Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
– Khm… – Chrząknięcie Raji przerwało ciszę, choć nadal nie podniósł na niego wzroku. – Usiądź, proszę, bracie Altsinie.
Złodziej przyszedł w habicie, by nie rzucać się w oczy. W Kamanie mnisi odwiedzali każdego, od bogaczy po nędzarzy, i nikogo nie dziwił jeszcze jeden braciszek pukający do drzwi szanowanego członka cechu, zapewne w celu zbierania datków. Właściwie, jak szybko się przekonał, w tak zapracowanym mieście na ludzi w tym stroju nikt nie zwracał uwagi. To było przebranie doskonałe.
Usiadł na krześle, oparł się wygodnie i obrzucił wzrokiem gospodarza. Sever był szczupły, blady, a rzadkie włosy nosił zaczesane w bok, jakby próbował nieudolnie zakryć powiększającą się łysinę. Niemal nigdy nie patrzył rozmówcy w oczy, błyszczącą skórę miał nieustannie pokrytą kropelkami potu, a jeśli nie trzymał pióra lub księgi, cały czas zacierał nerwowo dłonie.
Gdyby ktoś potrzebował modela do obrazu przeciętnego miejskiego urzędnika, pisarza niższego szczebla lub pomocnika jurysty, to Raja, z palcami poplamionymi atramentem i czołem zmarszczonym z wysiłku, byłby idealny. Ciekawe, ilu ludzi dało się nabrać na ten wizerunek? Nie zostaje się przywódcą gildii złodziei w mieście takim jak Kamana, jeśli pod powierzchownością wystraszonego urzędasa nie kryje się prawdziwa stal. I to pokryta trucizną.
– Jakiś czas temu – pióro nawet nie zadrżało w swoim tańcu po pergaminie, więc Altsin potrzebował chwili, by zorientować się, że właśnie przechodzą do poważnej rozmowy – poprosiłeś mnie o pewną przysługę.
Złodziej uśmiechnął się półgębkiem. Jeśli Raja zaczynał od takich słów, znaczyło to, że spróbuje renegocjować warunki umowy. Z jednej strony było to irytujące, z drugiej sugerowało, że ma informacje, na których Altsinowi zależało. Inaczej nie próbowałby podbić ceny.
– Nie o przysługę, lecz o wykonanie pewnej drobnej pracy – uściślił uprzejmym tonem. – Za sowitą opłatą.
– Dwieście orgów to… – pióro zanurkowało w kałamarzu, zgubiło nadmiarową kroplę atramentu i wróciło na pergamin – … nie tak wiele.
– Za te pieniądze można kupić małe stado krów, kilka dobrych wierzchowców albo spory udział w pełnomorskim statku.
– Doprawdy? Nie wiedziałem, że na kontynencie wszystko aż tak potaniało od zeszłego lata.
– Nie wszystko. Ale za kilka dni podpytywania wśród strażników karawanowych i kupców jeżdżących za mury to dobra cena.
Raja chrząknął, zakończył ostatnie zdanie zamaszystym zawijasem, posypał całą stronę drobnym piaskiem i – wyraźnie zadowolony – odłożył pióro. A potem posłał złodziejowi nieśmiały uśmiech. Altsin nie dał się nabrać ani na przepraszającą minę, ani na wyraz szczerego zakłopotania w oczach gospodarza. Były równie prawdziwe co poza safandułowatego pisarczyka ledwo zarabiającego na chleb.
– To podpytywanie – dłonie Severa splotły się w nerwowym tańcu – było kosztowne. Sam rozumiesz, nie przekazałeś nam zbyt wielu szczegółów. Jakaś Aonel, najpewniej wiedźma, która kilka lat temu opuściła wyspę i popłynęła na kontynent szukać matki. Nie wiadomo nawet, czy wróciła do siebie. Może mieć teraz dwadzieścia dwa, dwadzieścia pięć lat, no i – co okazało się najbardziej pomocne – wygląda jak urodzona Seehijka.
Raja uśmiechnął się, dając znać, że to był żart.
– Moi ludzie – kontynuował, nie doczekawszy się reakcji – szukali opowieści, a to wcale nie jest takie proste. Wierz mi, znacznie łatwiej znaleźć uciekinierów albo porzucony skarb. Zarówno kupcy, jak i strażnicy karawan, o których raczyłeś wspomnieć, to zapracowana banda i nie mają czasu wysłuchiwać miejscowych historyjek, nawet jeśli Seehijczycy w ogóle chcieliby się nimi podzielić.
Altsin nie zmienił pozycji ani wyrazu twarzy, ale ziewnął, dyskretnie przysłaniając dłonią usta.
– Wybacz, służyłem wczoraj Naszej Pani w porcie. – Złożył dłonie jak do modlitwy i skłonił się lekko, przepraszająco. – Mało snu powoduje, że człowiek ma kłopoty z pamięcią, ale jestem gotów przysiąc, że w wiadomości, którą mi przysłałeś, pisało, że masz dla mnie ważne wieści. I żebym szykował resztę pieniędzy. Pewnie źle cię zrozumiałem.
– Dobrze, dobrze. Mam informacje, których szukasz.
– Więc na czym polega problem? Masz mnie za głupca? Gruby nie będzie zadowolony, że bez powodu próbujesz podbić cenę.
Uśmiech Raji znikł, jego ręce znieruchomiały, a oczy straciły wyraz lekkiego rozkojarzenia. Nareszcie wyglądał jak człowiek, do którego można zwrócić się o pomoc w rozwiązaniu swoich problemów. Bo błagać o życie kogoś o takim spojrzeniu raczej nie byłoby sensu.
– Gruby… dobrze, że o nim wspomniałeś. Wysłałem mu wiadomość o twojej skromnej osobie. Potwierdził, że cię zna, kazał pomagać w granicach rozsądku, napisał, żeby nie ufać. Co ty na to?
Złodziej posłał mu uprzejmy uśmiech.
– Też bym napisał, by mi nie ufać, co w tym dziwnego?
– Racja. Człowiek ulegnie porywowi serca, prośbie kobiety, łzom dziecka, i nagle próbuje oddychać przez kołnierz z konopnej liny. Ale nie o tym chciałem mówić. Cetronben–Goron, nasz nowy anwalar, napisał też, żebym przekazał ci, iż wasz dobry znajomy, którego palce zostały obcięte pewnej ciemnej nocy, wylizał rany i wzrósł w siłę. I że Liga ostrzy noże. Wszystkie, jakie może znaleźć.
No, to były wieści. Ważne wieści. Liga Czapki starła się już raz z kultem Pana Bitew i wygrała, choć więcej było w tym szczęścia, niż ktokolwiek mógł sądzić. Na dodatek wplątały się w tę grę siły, których nikt się nie spodziewał. Altsin bardzo chciałby wiedzieć, czy Cetron podejrzewał go o współudział w wybiciu wszystkich Prawych, czy skojarzył jego nagłe zniknięcie z rzezią na dachach i rzecznym molo. Ale wtedy Raja najpewniej nie dostałby listu z enigmatycznym ostrzeżeniem, tylko zlecenie na „małą skórkę”. Wspomnienie o molo i rzece przywołało przyprawiający o dreszcze obraz dziewczyny i jej zabójczego towarzysza. Ta dwójka wydawała się osią, wokół której w tamtej chwili kręcił się świat. A on patrzył im w oczy i widział otchłań…
A teraz co? Cetron pisze, że hrabia Terleach odzyskał wpływy i władzę w Świątyni? A Liga idzie na wojnę, jeszcze większą niż ta, która omal jej nie unicestwiła? I prosi go o powrót?
Nie, przyjacielu. Póki mam tego sukinsyna w głowie, nie wrócę.
Raja odchrząknął, przerywając te rozmyślania i natychmiast budząc jego czujność. Głos Severa był teraz inny, śliski, lepki i zimny.
– Kamana – mówił mężczyzna, którego w tej chwili nawet pijany w sztok marynarz nie uznałby za wymoczkowatego urzędasa – zawsze była bardzo niezależnym miastem. Szanujemy Ligę i jej prawo do przewodzenia naszym bractwom, ale w lokalnych sprawach rządzimy się własnymi zwyczajami.
Altsin nagle zrozumiał, skąd wziął się przydomek Severa. Raja – niepozorna ryba, która leżąc na dnie, stapia się z nim całkowicie i człowiek może nieświadomie na nią nadepnąć. A wtedy szastprast i kolec jadowy wbija mu się w stopę.
– Słyszałem – odpowiedział, opierając się wygodnie i kładąc ręce na kolanach – że to Liga desygnowała cię na tutejszego przywódcę.
– To prawda. Ale to było za poprzedniego anwalara. Nie. – Poplamione atramentem dłonie uniosły się w geście zaprzeczenia. – Nie myśl, że obowiązuje mnie jakakolwiek lojalność wobec tego martwego wieprza. Szanuję Cetrona za to, co zrobił, ale PonkeeLaa jest daleko. A ty, przyjacielu, wydajesz się potencjalnym źródłem problemów.
– Ja? Wędrowiec oczekujący ma oświecenie przez Wielką Matkę? Jeśli mnie uważasz za kłopot, to co z resztą zakonu? Braciszkowie mają zacząć się bać?