Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Świat finansjery [Making Money - pl]
Świat finansjery [Making Money - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Świat finansjery [Making Money - pl]

Электронная книга - «Świat finansjery [Making Money - pl]». Краткое содержание книги:

Była to propozycja nie do odrzucenia... Kto by nie chciał zarządzać Królewską Mennicą w Ankh-Morpork i sąsiadującym z nią bankiem? To posada na całe życie. Ale były oszust, Most von Lipwig, odkrywa, że niekoniecznie znaczy to: na długo.
Główny kasjer jest prawie na pewno wampirem. W piwnicy kryje się coś bezimiennego (a i sama piwnica jest raczej bezimienna). Okazuje się też, że Królewska Mennica przynosi straty. Trzystuletni mag zaczepia jego dziewczynę, a jemu samemu grozi ujawnienie mrocznej przeszłości, choć Gildia Skrytobójców może załatwić go wcześniej. Prawdę mówiąc, bardzo wielu ludzi chciałoby widzieć go martwym. Aha... I codziennie musi wyprowadzać prezesa na spacer. Gdzie nie spojrzy, pojawiają się nowi wrogowie.
Czy znajdzie swoje miejsce w tym nowym ŚWIECIE FINASJERY?
1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 90
Перейти на страницу:

— Proszę jakieś znaleźć. Na pewno jakiemuś sierocińcowi przyda się pięćdziesiąt dolarów. Darowizna anonimowa, naturalnie.

Bent zrobił zdziwioną minę.

— Naprawdę, panie Lipwig? Nie będę ukrywał, że wydaje się pan tego rodzaju człowiekiem, który w kwestii wpłacania pieniędzy na cele dobroczynne robi wielki Roz Gardya Aż. — W jego ustach rozgardiasz brzmiał niczym jakaś ezoteryczna perwersja.

— No więc nie. Moim hasłem jest: czynić dobro dyskretnie.

I tak szybko to odkryją, a wtedy będę nie tylko bardzo porządnym gościem, ale też gościem rozsądnie skromnym.

Tak się zastanawiam… czy naprawdę jestem draniem, czy tylko dobrze potrafię myśleć jak drań?

Coś drażniło jego umysł. Maleńkie włoski na karku drżały. Coś było nie w porządku, nie na miejscu… niebezpiecznie.

Odwrócił się i raz jeszcze spojrzał na salę. Ludzie krążyli wokół, ustawiali się w kolejkach, rozmawiali w grupach…

W świecie ruchu bezruch przyciąga wzrok. Pośrodku hali banku, omijany przez ludzi, stał człowiek jakby stężały w czasie. Ubrany był na czarno, a na głowie miał szeroki, płaski kapelusz; takie nosiły co bardziej posępne sekty omniańskie. Po prostu… stał. I patrzył.

Kolejny z gapiów, który chce obejrzeć przedstawienie, tłumaczył sobie Moist i od razu wiedział, że kłamie. Ten człowiek ciążył w jego świecie.

składając piśmienne oświatczenia…

On? Ale jakie? Moist nie miał przeszłości. Och, tuzin pseudonimów posiadało wspólnie przeszłość całkiem pracowitą i bogatą w wydarzenia, ale tamci wyparowali razem z Albertem Spanglerem, powieszonym za szyję aż do nie całkiem śmierci i obudzonym przez lorda Vetinariego, który zaproponował Moistowi von Lipwigowi życie nowe i błyszczące…

Na bogów, zaczynał się denerwować tylko dlatego, że jakiś starszy mężczyzna przygląda mu się z lekkim uśmieszkiem! Przecież nikt go nie znał! Był panem Niezapamiętywalnym! Gdyby przeszedł wokół miasta bez złotego kostiumu, byłby tylko jeszcze jedną twarzą.

— Dobrze się pan czuje, panie Lipwig?

Moist odwrócił się i spojrzał prosto w twarz głównego kasjera.

— Co? Och… nie. To znaczy tak. Eee… widział pan już kiedyś tego człowieka?

— A jakiż to człowiek?

Moist obejrzał się, by go wskazać, ale przybysz w czerni zniknął.

— Wyglądał jak kaznodzieja — wymamrotał. — I był… no, patrzył na mnie.

— Cóż, zachęca pan do tego. Może teraz pan przyzna, że ten złoty kapelusz był pomyłką?

— Podoba mi się! Nikt nie ma takiego kapelusza!

Bent pokiwał głową.

— Na szczęście to prawda, sir. Och… Papierowe pieniądze! Praktyka stosowana jedynie przez pogańskich Agatejczyków…

— Pogańskich? Mają o wiele więcej bogów niż my! A złoto jest u nich warte mniej niż żelazo!

Twarz Benta, zwykle tak opanowana i spokojna, teraz pomarszczyła się jak zmięty kawałek papieru.

— Niech pan posłucha — rzekł Moist. — Czytałem trochę. Banki emitują monety do czterokrotnej wartości złota, jakie mają w skarbcach. To nonsens, z którego możemy zrezygnować. To przecież świat sennych marzeń! Miasto jest dostatecznie bogate, by być własną sztabą złota.

— Oni panu ufają bez żadnych rozsądnych powodów — oświadczył Bent. — Ufają panu, bo ich pan rozśmiesza. Ja nie rozśmieszam ludzi i to nie jest mój świat. Nie potrafię uśmiechać się jak pan ani mówić jak pan. Czy trudno zrozumieć, że musi istnieć coś, co ma wartość sięgającą poza modę i politykę? Trwałą wartość. Chce pan oddać Vetinariemu zarząd nad moim bankiem? Co ma być gwarancją dla oszczędności, jakie ci ludzie przekazują nam w okienkach?

— Nie co, ale kto. Ja. Osobiście dopilnuję, aby ten bank nie upadł.

— Pan?

— Tak!

— Rzeczywiście, człowiek w złotym stroju! — odparł kwaśnym tonem Bent. — A jeśli wszystko inne zawiedzie, będzie się pan modlił?

— Poprzednim razem to podziałało.

Bentowi zadrgała powieka. Po raz pierwszy, odkąd Moist go poznał, kasjer wydawał się… zagubiony.

— Nie wiem, co pan chce, żebym robił!

Był to niemal rozpaczliwy jęk. Moist poklepał Benta po ramieniu.

— Proszę kierować bankiem, jak zawsze. Myślę, że skoro wpływa do nas tyle gotówki, powinniśmy uruchomić jakieś pożyczki. Jest pan dobrym sędzią charakterów?

— Myślałem, że tak. Ale teraz? Nie mam pojęcia. Sir Joshua, przykro to mówić, nie był. Pani Lavish była bardzo, ale to bardzo dobra, moim zdaniem.

— No dobrze. Wyprowadzę prezesa na spacer, a potem… rozdamy trochę pieniędzy. Co pan na to?

Bent zadrżał.

* * *

„Puls” wypuścił wydanie popołudniowe i na pierwszej stronie dał wielki obrazek kolejki przed bankiem. Większa część tej kolejki chciała wziąć udział w akcji, czegokolwiek ta akcja dotyczyła, reszta ustawiła się w nadziei, że na drugim końcu można zobaczyć coś ciekawego. Azeciarz sprzedawał „Puls”, a ludzie kupowali go, by przeczytać artykuł zatytułowany „Gigantyczna kolejka przed bankiem”. Moistowi wydało się to dość dziwne — przecież sami stali w tej kolejce. Czyżby stawała się rzeczywista, dopiero kiedy o niej przeczytali?

— Są tu już pewne… osoby… interesujące się kredytami, sir — odezwał się Bent zza jego pleców. — Proponuję, żeby pozwolił mi pan z nimi porozmawiać.

— Nie. Razem porozmawiamy. — Moist odwrócił się od okna. — Proszę ich wprowadzić do gabinetu na dole.

— Naprawdę sądzę, że powinien pan zostawić ich mnie — nalegał Bent. — Idea bankowości wydaje się niektórym dość nowa. Prawdę mówiąc, nie sądzę, by niektórzy z nich w ogóle byli kiedyś w banku, w każdym razie poza godzinami nocnymi.

— Chcę, żeby był pan obecny, oczywiście. Ale to ja podejmę ostateczną decyzję — oświadczył Moist możliwie wyniośle. — Z pomocą prezesa, naturalnie.

— Pana Marudy?

— O tak.

— On jest doświadczonym sędzią charakterów?

— O tak!

Moist podniósł psa i ruszył do gabinetu. Czuł na plecach niechętne spojrzenie głównego kasjera.

Bent miał rację. Część ludzi, z nadzieją czekających na rozmowę, myślała w kategoriach paru dolarów do piątku. Te sprawy łatwo było załatwić. Ale byli też inni…

— Pan Dibbler, prawda? — zapytał Moist.

Wiedział, że tak, ale w ten sposób powinno się mówić, kiedy się siedzi za biurkiem.

— Zgadza się, pszepana, od małego — odparł Dibbler, który zawsze miał w wyrazie twarzy jakąś szczurzą zachłanność. — Ale jeśli pan chce, mogę też być kimś innym.

— I sprzedaje pan paszteciki, kiełbaski, szczury na patyku…

— Ehm… Ja je dostawiam — poprawił go Dibbler. — A to dlatego, że jestem dostawcą.

Moist przyjrzał mu się ponad papierami. Geronimo Sebastian Procjusz Dibbler, nazwisko bardziej okazałe od swego nosiciela. Wszyscy znali G.S.P. Dibblera. Sprzedawał paszteciki i kiełbaski z tacy na szyi, zwykle ludziom, którym zaszkodziły napoje, a którzy w efekcie stawali się ludźmi poszkodowanymi przez paszteciki.

Moist jadał u niego niekiedy jakiegoś pasztecika czy od czasu do czasu kiełbaskę w bułce i ten fakt bardzo go ciekawił. Było w nich coś, co kazało wracać po więcej. Musiały zawierać jakiś tajemniczy składnik, a może mózg zwyczajnie nie wierzył w to, co przekazywały kubeczki smakowe, i chciał jeszcze raz poczuć na języku strumień tych gorących, tłustych, nie całkiem organicznych i trochę chrupiących substancji. No i człowiek kupował następną porcję.

Należy też uczciwie przyznać, że zdarzały się chwile, gdy Dibblerowa kiełbaska w bułce była właśnie tym, czego człowiek pragnął… Smutne to, ale prawdziwe. Życie sprowadzało go czasem tak nisko, że przez kluczowe kilka sekund ta kakofonia dziwnych tłuszczów i niepokojących faktur była jego jedynym przyjacielem na całym świecie.

1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 90
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)