Kwestia honoru [Field of Dishonor - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-093-9
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Kwestia honoru [Field of Dishonor - pl]». Краткое содержание книги:
Wywołało to sekundową przerwę w chrupaniu, po czym treecat wrócił do przerwanej, a zdecydowanie ważniejszej czynności. Honor roześmiała się i zdjęła go z ramienia. Skafandry wyglądały na cienkie i dobrze przylegały do ciała, ale podział na wewnętrzne, mogące zamknąć się w przypadku utraty szczelności przedziały i inne wyposażenie powodowały, że były cięższe, niż można by sądzić, i Nimitz w skafandrze stanowił zbyt duże obciążenie. Sam zainteresowany zresztą nie miał nic przeciwko temu, że ponoszą go w objęciach — tylko na wszelki wypadek złapał mocniej selera, nim się wygodnie zwinął, bo nigdy nic nie wiadomo. Teraz przyzwyczaił się już i czuł w nim wygodnie, ale pierwsza próba kompletnego założenia skafandra miała, łagodnie rzecz ujmując, ciekawy przebieg. I musiała przyznać rację Paulowi — dobrze że to ona dokonała podłączenia treecata do kanalizacji: dla każdego innego człowieka mogło się to zakończyć nieciekawie.
Schyliła się, by zdjąć buty, a raczej zaczęła się schylać, bowiem okazało się, że zajął się już tym jeden z członków załogi. Młody, ledwie pełnoletni technik przyklęknął przed nią na jedno kolano, drugie oferując jako podnóżek, i uśmiechnął się, gdy postawiła na nim stopę. Sprawnie rozpiął klamry i zdjął but, po czym powtórzył cały zabieg z drugim.
— Dziękuję — powiedziała i młodzian zaczerwienił się niespodziewanie.
— Zawsze do usług, milady — odparł wstając.
Honor z trudem stłumiła chęć roześmiania się — w jego głosie słychać było prawie nabożny podziw. Z początku zresztą wcale jej nie bawiła rewerencja, z jaką traktowała ją cała załoga. Obserwowali ją z szacunkiem i czcią zarezerwowanymi zwykle jedynie dla Protektora, co ją niepomiernie irytowało. W znacznej części zresztą dlatego, że nie miała pojęcia, jak reagować. W końcu zdecydowała się być po prostu sobą, jak by jej nie traktowali, i okazało się, że była to najsłuszniejsza decyzja. Cześć zmieniała się stopniowo w szacunek, co miało tę zaletę, że spotkany przypadkiem na korytarzu członek załogi nie zamierał już z otwartą gębą i nie rzucał się klękać.
Byłoby na pewno łatwiej, gdyby nie była jedyną kobietą na pokładzie. Nigdy zresztą nie spotkała się z podobną sytuacją — załoga liczyła ośmiuset ludzi i co do jednego byli to mężczyźni, ale należało pamiętać, że jeszcze trzy standardowe lata temu na Graysonie kobiety nie miały prawa służyć w wojsku, podobnie jak nie miały prawa posiadać nieruchomości, być sędziami czy zarządzać większymi kwotami pieniędzy. Zanim pojawią się w czynnej służbie na okrętach wojennych, musi upłynąć trochę czasu.
Poprawiła trzymanego w objęciach treecata i skierowała się ku drzwiom. A Brentworth dołączył do niej i gdy znaleźli się na korytarzu, nadal uważnie jej się przyglądał. Wyglądała lepiej niż mógłby marzyć, lecz po jej kilkudniowym pobycie na pokładzie zaczynał rozumieć, że nie wyleczono jej tak idealnie, jak w pierwszej chwili sądził. Lewa strona jej twarzy poruszała się jakby z malutkim wahaniem, co dawało efekt lekkiej ironii albo łobuzerstwa. Był to skutek opóźnienia przekazywania sygnałów przez implanty nerwów. Gdy mówiła szybko, niektóre słowa brzmiały niewyraźnie. Medycyna Graysona z okresu poprzedzającego utworzenie Sojuszu nie byłaby w stanie w ogóle pomóc Honor, ale po prawie cudotwórczej medycynie Królestwa spodziewał się czegoś idealnego i troszkę mu było żal.
Niespodziewanie Honor odwróciła głowę i widząc jego minę, uśmiechnęła się specjalnie krzywo — najwyraźniej domyśliła się tematu jego rozważań. Widząc, że się zaczerwienił, potrząsnęła głową. Odruchowo się uśmiechnął. Zupełnie nie przypominała zdeterminowanego oficera broniącego systemu Yeltsin, którego miał okazję podziwiać. Wtedy była jedną z najniebezpieczniejszych osób, jakie w życiu spotkał. Zwłaszcza wówczas, gdy ustawiła swoje dwa okręty między Saladinem a planetą pełną ludzi, których nie dość, że nie znała i którzy nawet nie byli jej sojusznikami, to jeszcze zrobili co mogli, by ją upokorzyć. Tylko za to, że ośmieliła się być inna niż nakazywały ich przesądy, i nosiła mundur, do którego według nich nie miała prawa. I by ich ratować, podjęła walkę z dwukrotnie potężniejszym przeciwnikiem, i pokonała go, tracąc dziewięciuset ludzi.
Te wspomnienia nadal napełniały go wstydem… i tłumaczyły nadzwyczajny szacunek załogi. Sam go czuł, ale znając ją lepiej niż inni, jako że był w czasie walki oficerem łącznikowym na jej okręcie, wiedział, że nie powinien go okazywać w ten sposób. Nagle parsknął śmiechem.
— Co się stało? — zdziwiła się Honor.
— Przypomniałem sobie coś, milady.
— Związanego ze mną?
— Jak najbardziej. Szkoda, że nie było pani na pokładzie, gdy zjawił się tu pani steward. Sądzę, że dobrze by się pani ubawiła.
— Co takiego Mac wymyślił?!
— On niczego. Natomiast reszcie wystarczyło, że jest mężczyzną… Właśnie, milady. Dla niektórych był to ciężki szok… obawiam się, że jeszcze nie jesteśmy tak obiektywni czy wyzwoleni, jak się nam często wydaje.
— Mogę sobie wyobrazić, jak zareagował! — Honor uśmiechnęła się szeroko.
— Chyba nie, chociaż… jego pełny politowania wzrok był wymowniejszy od najlepszej awantury. Było zupełnie jak w szkole, kiedy belfer przyłapał człowieka w ubikacji na opowiadaniu świńskich dowcipów.
— To by do niego pasowało. Podobnie i mnie traktuje, kiedy spóźnię się na obiad.
— Serio?! Mogę to sobie wyobrazić… On naprawdę się o panią troszczy, milady. I jest do pani przywiązany.
— Wiem. — Honor uśmiechnęła się i potrząsnęła głową. — Tak na marginesie, to chciałam o czymś z tobą porozmawiać, Mark. Jesteśmy równi stopniem, więc nie musisz mi cały czas wypominać starszeństwa. Jeśli ciągle będziesz mówił „milady”, nabawię się tytułomanii albo czegoś podobnego. Mam na imię Honor.
Brentworth z wrażenia omal nie potknął się o własne nogi. Społeczeństwo planety Grayson zaczęło dopiero wypracowywać własny model zachowania w świecie równouprawnienia obu płci, a jak prywatnie podejrzewał, większość mieszkańców nadal była ogłupiona zmianami zainicjowanymi przez Protektora Benjamina i nie w pełni zdawała sobie sprawę, jak są one przełomowe. Według starych zasad nazwanie po imieniu niezamężnej kobiety byłoby dla niej obelgą nie do pomyślenia i to nawet gdyby nie była patronką. Zresztą nie mogłaby nią być.
— Ja… milady, nie wiem, czy…
— Proszę, nie jąkaj się! — jęknęła. — I mów mi po imieniu. Niech to będzie osobista uprzejmość. Jeśli chcesz, to w miejscach publicznych nadal mnie tytułuj, niech już będzie moja krzywda, ale kiedy jesteśmy sami!? Duszę się od tych „dam” i „lady”. Zdajesz sobie sprawę, że na pokładzie tego okrętu nie ma nawet jednej osoby, której choćby przyśniło się nazywać mnie po imieniu?!
— Przecież pani jest patronką!
— Nie od urodzenia! — warknęła.
— Cóż, no nie. Ale… — Brentworth urwał i widać było, że zmaga się sam z sobą.
Z jednej strony było mu niezwykle miło, że o to poprosiła, z drugiej — sprawa nie była tak prosta, jak się jej wydawało. Była patronem — pierwszą i jedyną jak dotąd kobietą noszącą ten tytuł i mającą taką pozycję w tysiącletniej historii planety. Była też jedyną żyjącą posiadaczką Star of Grayson, które to odznaczenie otrzymała za uratowanie planety. Poza tym była bystra, inteligentna i intrygująco piękna.
W żaden sposób nie przypominała graysońskich kobiet, nie mówiąc już o tym, że była o dobre dziesięć lat standardowych starsza od niego, ale on był już w pełni fizycznie rozwinięty; gdy dzięki Królestwu mógł skorzystać z prolongu, było dość późno. A wyglądała na ponad dziesięć lat młodszą… z czego w pełni zdawały sobie sprawę jego hormony.