Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Bo w San Marcos się zgnoiłem – mówi Santiago. – A w tym kraju można albo samemu się zgnoić, albo gnoić innych. Niczego nie żałuję, Ambrosio.
– Te gazety lubują się w brudach – powiedział Jacobo. – Jeśli w którymś z nas osłabnie morale, wystarczy rzucić okiem na jakąkolwiek z naszych gazet, a natychmiast wraca człowiekowi zdrowa nienawiść do peruwiańskiej burżuazji.
– Być może, że nasze wypociny ożywiają buntowniczego ducha u szesnastolatków – rzekł Garlitos. – Więc niech cię nie gryzie sumienie, Zavalita. Pociesz się, że jeszcze ciągle pomagasz twoim dawnym kumplom, wprawdzie nie bezpośrednio, ale dobre i to.
– Nie żartuj, zresztą może i tak jest – rzekł Santiago. – Za każdym razem kiedy piszę o czymś, do czego sam czuję odrazę, w moim artykule umieszczam możliwie najwięcej obrzydliwości. No i potem czyta to jakiś chłopak, zbiera mu się na wymioty i, jakby to powiedzieć, coś tam do niego dociera.
Na drzwiach była wywieszka, o której mówi Washington. Nierówne litery „Academia” niemal zupełnie pokrywał kurz, ale rysunek – stół, kij bilardowy i trzy bile – był całkiem wyraźny, a poza tym z wnętrza dochodził stuk kuł zderzających się w karambolach: to tutai.
– Teraz się okazuje, że Odria jest arystokratą – śmiał się don Fermín. – Czytaliście „El Comercio”? Wywodzi się z jakichś tam baronów i jak tylko zechce, może odnowić swój tytuł.
Santiago pchnął drzwi i wszedł do środka: pół tuzina bilardowych stołów i między sufitem z gołych desek a zielonym suknem na stołach twarze ledwie widoczne w kłębach dymu; nad stołami unosiła się plątanina drutów; gracze zaznaczali punkty na kijach.
– Co miał wspólnego strajk tramwajarzy z twoją ucieczką 7, domu? – rzekł Garlitos.
Minął salę gry, potem drugą salkę, w której tylko jeden stół był zajęty, potem podwórze zawalone kubłami na śmieci. W głębi, za figowcem, kryły się małe zamknięte drzwiczki. Zapukał dwa razy, odczekał chwilę i znów dwa razy, i w tym samym momencie otworzono.
– Odria nie zdaje sobie sprawy, że pozwalając na tego rodzaju wazeliniarstwo wystawia się na pośmiewisko całej Limy – powiedziała pani Zoila. – Jeśli on jest baronem, to czym dopiero my jesteśmy?
– Apriści jeszcze nie przyszli – powiedział Hektor. – Wejdź, towarzysze już czekają.
– Do tej pory nasza praca nie wykraczała poza sprawy studenckie – mówił Santiago. – Zbiórki pieniędzy na aresztowanych studentów, dyskusje w zrzeszeniu, rozpowszechnianie ulotek i numerów „Cahuide”. Ten strajk tramwajarzy to była okazja, żeby przejść do poważniejszych rzeczy.
Wszedł, a Hektor zamknął za nim drzwi. Było to pomieszczenie jeszcze starsze i jeszcze brudniejsze niż sale gry. Cztery stoły bilardowe odsunięto pod ściany, żeby zyskać trochę miejsca. Delegaci Cahuide rozproszyli się po sali.
– A czy to wina Odrii, że ktoś wypisuje artykuły o jego szlachectwie? – powiedział don Fermín. – Czego to cwaniacy nie wymyślą, żeby zdobyć trochę grosza. Nawet drzewo genealogiczne potrafią wyssać z palca!
Washington i Indianin Martínez rozmawiali stojąc przy drzwiach, Solórzano, przy stole, przerzucał stare tygodniki, Aidę i Jacoba ledwo było widać w jakimś ciemnym kącie, Ave rozsiadła się na podłodze, a Hektor przez szpary w drzwiach obserwował podwórze.
– Strajk tramwajarzy nie był polityczny, chodziło tylko o podwyżkę płac – powiedział Santiago. – Ich związek przysłał pismo do Zrzeszenia na Sam Marcos prosząc studentów o poparcie. W naszej Frakcji uznano to za wielką okazję.
– Mówiliśmy apristom, żeby przychodzili pojedynczo, ale oni mają w nosie wszelkie względy bezpieczeństwa – rzekł Washington. – Przyjdą całą gromadą, jak zwykle.
– No to każ sobie sprowadzić tego pismaka i niech nam też wygrzebie arystokratyczne tytuły – powiedziała señora Zoila. – Baron Odria, tylko tego brakowało.
Przyszli w kilka minut później, wszyscy razem, tak jak przewidywał Washington; było ich pięciu spośród dwudziestu delegatów apristowskich: Santos Vivero, Arévalo, Ochoa, Huamán i Saldívar. Przemieszali się z ludźmi z Cahuide i bez głosowania postanowiono, że Saldívar poprowadzi zebranie. Jego chuda twarz, kościste dłonie i szpakowata czupryna nadawały mu wygląd odpowiedzialnego człowieka. Jak zwykle na początku pełno było wzajemnych docinków.
– We Frakcji uzgodniliśmy, że postaramy się wywołać na San Marcos strajk dla podkreślenia solidarności z tramwajarzami – powiedział Santiago.
– Wiem, czemu tak dbasz o bezpieczeństwo – powiedział Santos Vivero do Washingtona. – Bo więcej was nie ma, tylko wy, jak rodzynki w cieście, i jakby was zabrali, to koniec z peruwiańskim komunizmem. A nasza piątka jest tylko małą kropelką w apristowskim morzu.
– Chyba w morzu słów – powiedział Washington. Hektor pozostał na swym punkcie obserwacyjnym przy drzwiach; wszyscy mówili półgłosem, był to łagodny, nieprzerwany szmer, z którego raz po raz wznosił się w górę wybuch śmiechu czy okrzyk.
– My, delegaci Frakcji, nie mogliśmy decydować o strajku, mieliśmy tylko osiem głosów w Zrzeszeniu – powiedział Santiago. – Ale razem z apristami mogliśmy. Zorganizowaliśmy spotkanie z nimi w sali bilardowej. No i tak się zaczęło, Garlitos.
– Wątpię, czy oni poprą strajk – szepnęła Aida do Santiago. – Nie są jednomyślni. Wszystko zależy od Saniosa Vivero, jeżeli on się zgodzi, inni pójdą za nim. Sam wiesz, pójdą jak barany, lider zawsze ma rację.
– To była pierwsza wielka kłótnia w Cahuide – rzekł Santiago. – Ja byłem przeciwny temu strajkowi solidarnościowemu; Jacobo stał na czele jego zwolenników.
– Spokój, koledzy – Saldívar dwa razy klasnął w dłonie. – Podejdźcie bliżej, zaczynamy.
– To nie dlatego, żeby się sprzeciwić Jacobowi – powiedział Santiago. – Tylko myślałem, że nie będziemy mieli poparcia wśród studentów, że się nam nie uda. Ale byłem w mniejszości i projekt przeszedł.
– Koledzy to wy – roześmiał się Washington. – Jesteśmy tutaj razem, ale nie mieszaj nas, Saldívar.
– Te zebrania razem z apristami były jak przyjacielskie mecze piłki nożnej – powiedział Santiago. – Zaczynały się od uścisków, a kończyły kuksańcami.
– Niech ci będzie, a zatem koledzy i towarzysze – rzekł Saldívar. – Chodźcie bliżej, bo jak nie, to idę do kina.
Skupili się wokół niego, śmiechy i szepty milkły powoli. Saldívar, przybrawszy nagle grobowo poważną minę, wyjaśnił pokrótce powód spotkania: koledzy, w Zrzeszeniu przedyskutuje się dziś prośbę tramwajarzy, musimy się zastanowić, towarzysze, czy jesteśmy w stanie podjąć wspólne postanowienie. Jacobo podniósł rękę.
– We Frakcji przygotowywaliśmy te zebrania jak popisy baletowe – mówił Santiago. – Obracać się na wszystkie strony, każdy niech wystąpi z innymi argumentami, nie pozostawiać niczyjego sprzeciwu bez odpowiedzi.
Stał przed nimi w niedbale zawiązanym krawacie, potargany, i mówił cichym głosem: strajk to doskonała okazja, by obudzić wśród studenterii świadomość polityczną. Ręce zwisały mu wzdłuż ciała: aby powstał sojusz robotniczo-studenc-ki. Patrząc z powagą w twarz Saldívara: wszcząć akcję, którą będzie można potem rozszerzyć, żądając na przykład uwolnienia aresztowanych studentów i amnestii politycznej. Zamilkł, a wtedy podniósł się Huamán.
– Ja byłem przeciwny strajkowi z tych samych powodów co aprista Huamán – powiedział Santiago. – Ale ponieważ Frakcja uchwaliła strajk, więc mnie wypadło bronić go przeciw Huamánowi. To jest centralizm demokratyczny, Garlitos.