Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Nie myśl, że jesteś przez to mniej wart – powiedział Llaque do Santiago. – We Frakcji Studenckiej równie przydatni są ci, co walczą, jak i sympatycy.
Podał im rękę, cześć, towarzysze, i wyszli w dziesięć minut po nim. Dzień był pochmurny i wilgotny, księgarnia Matiasa została daleko za nimi, kiedy weszli do „Bransa” na Colmena i poprosili o kawę z mlekiem.
– Można cię o coś spytać? – powiedziała Aida. – Czemu nie chciałeś? Jakie masz wątpliwości?
– Już ci raz mówiłem – powiedział Santiago. Jeszcze co do pewnych spraw nie jestem przekonany. Chciałbym…
– Jeszcze nie jesteś pewien, czy przypadkiem nie ma Boga? – roześmiała się Aida.
– Nie można podważać niczyjej decyzji – powiedział Jacobo. – Daj mu spokój, zostaw mu trochę czasu.
– Nic nie podważam, ale coś ci powiem rzekła Aida ze śmiechem. – Ty się nigdy nie zapiszesz, a kiedy skończysz San Marcos, zapomnisz o rewolucji i będziesz adwokatem w International Petroleum i członkiem ekskluzywnego klubu.
– Możesz się nie martwić, przepowiednia się nie sprawdziła – powiedział Garlitos. – Nie jesteś ani adwokatem, ani członkiem klubu, Zavalita. Ni to proletariusz, ni to burżuj. Tylko coś pośredniego, takie biedne małe gówienko.
– A co się stało z tym Jacobem i z Aida? – mówi Ambrosio.
– Pobrali się, pewnie mają dzieci, nie widziałem ich całe lata – mówi Santiago. – O Jacobie mam wiadomości wtedy, kiedy czytam w gazetach, że go aresztowali albo że właśnie wyszedł z więzienia.
– Ciągle jeszcze gryzie cię zazdrość – powiedział Garlitos. – Zabronię ci o tym gadać, bardziej ci to szkodzi niż mnie jeden głębszy. Bo to jest twój nałóg, Zavalita: ten jakiś Jacobo i ta cała Aida.
– To straszne, co piszą w dzisiejszej „La Prensa” – powiedziała señora Zoila. – Nie powinni pisać o takim okrucieństwie.
Zazdrość o tę historię z Aida? Już teraz nie, myśli. Więc o coś innego, Zavalita? Musiałbym go zobaczyć, myśli, pogadać z nim, dowiedzieć się, czy to pełne poświęceń życie uczyniło go lepszym czy gorszym. Myśli: dowiedzieć się, czy ma spokojne sumienie.
– Całe życie oburzasz się na różne kryminalne wybryki, ale zawsze przede wszystkim o tym czytasz – powiedziała Teté. – Jakaś ty zabawna, mamo.
Przynajmniej nie czuł się samotny, myśli, zawsze miał być otoczony, zawsze w towarzystwie, zawsze na kimś mógł się wesprzeć. To coś niejasnego, coś oślizgłego, co się wyczuwało podczas dyskusji w kółku, i w komórce, i we Frakcji, myśli.
– Znowu jakiś potwór porwał i zgwałcię nieletnią? – powiedział don Fermín.
– Od tego dnia widywaliśmy się jeszcze rzadziej – powiedział Santiago, – Nasze kółka naukowe przekształciły się w komórki partyjne, ale w dalszym ciągu byliśmy rozdzieleni. A na zebraniach Frakcji było wkoło nas pełno innych ludzi.
– Jesteś jeszcze bardziej wulgarny niż gazety – powiedziała señora Zoila. – Mógłbyś tego nie mówić przy Teté.
– Ale ilu ich tam było i co takiego robili? – powiedział Garlitos. – Za czasów Odrii nigdy nie słyszałem o Cahuide.
– No wiesz mamo, tak jakbym ciągle miała dziesięć lat – rzekła Teté.
– Nigdy nie wiedziałem, ilu – powiedział Santiago. – Ale coś tam się robiło przeciw Odrii, przynajmniej na uniwersytecie.
– No to powiedzcie wreszcie, co za straszna wiadomość – rzekł don Fermín.
– A u ciebie w domu wiedzieli, że politykujesz? – powiedział Garlitos.
– Sprzedają własne dzieci! – powiedziała señora Zoila. – Czy może być coś bardziej okropnego?
– Starałem się nie widywać rodziny ani nie rozmawiać z nimi – powiedział Santiago. – Ze starymi układało się coraz gorzej.
W Puno nie było deszczu, całe dni, całe tygodnie bez deszczu, posucha zniszczyła zbiory, dziesiątkowała bydło, wioski opustoszały, i w gazetach pojawiły się fotografie Indian na tle zdewastowanego przez suszę krajobrazu, Indian wędrujących po spękanej ziemi, z dziećmi na plecach, i bydła, które dogorywało z szeroko otwartymi oczyma; pojawiły się opatrzone znakami zapytania tytuły i podtytuły.
– Na pewno nie są okrutni, mamo, ale przede wszystkim są głodni – powiedział Santiago. – Jeśli sprzedają dzieci, to po to, żeby nie poumierały z głodu.
Susza powodem handlu niewolnikami między Puno i Juliaca?
– Tak, wiem, prowadzili dyskusje na temat wstępniaków w gazetach i czytali marksistowskie książki, ale czy robili coś poza tym? – powiedział Garlitos.
Indianie sprzedają swoje dzieci turystom?
– Nieszczęsne stworzenia, nie wiedzą, co to znaczy dziecko, rodzina – powiedziała señora Zoila. Jak się nie ma co jeść, to się nie ma dzieci.
– Powołano na nowo do życia Zrzeszenie Studentów – powiedział Santiago. – Jacobo i ja zostaliśmy wybrani na delegatów z naszego roku.
– Chyba nie powiesz, że to z winy rządu w Puno nie ma deszczu – rzekł don Fermín. – Odría chce pomóc tym biedakom. Stany Zjednoczone przekazały imponującą ilość darów. Ubranie i żywność.
– Wybory były jakimś wyjściem dla Frakcji – mówił Santiago. – Spośród delegatów z wydziału literatury, prawa i ekonomii ośmiu należało do Cahuide. Apristów było więcej, ale głosując razem z nimi mogliśmy mieć jakąś kontrolę nad organizacją. Apolityczni byli niezorganizowani i łatwo było ich rozpoznać.
– Nie powtarzaj mi ciągle, że pomoc gringów posłuży do napełnienia kieszeni ludziom Odrii – rzekł don Fermín. Odría mnie prosił, żebym przewodniczył komisji, która ma rozdzielać dary.
– Tylko że uzgodnienie czegokolwiek z apristami było okupione nie kończącymi się dyskusjami i walką – powiedział Santiago. – Przez cały rok nic nie robiłem, tylko biegałem na zebrania, zebrania w Zrzeszeniu, zebrania we Frakcji i potajemne zebrania z apristami.
– On zaraz powie, że i ty kradniesz, tato – rzekł Chispas. – Dla mądrali każdy przyzwoity Peruwiańczyk to wyzyskiwacz i złodziej.
– O, znów coś dla ciebie, mamo, patrz, co piszą w „La Prensa” – powiedziała Teté. – W więzieniu w Cuzco umarło dwóch ludzi; podczas autopsji znaleziono w ich żołądkach sprzączki i zelówki od butów.
– Dlaczego tak bardzo cię rozgoryczyła utrata przyjaźni tej pary? – powiedział Garlitos. – Nie miałeś w Cahuide innych przyjaciół?
– Uważasz, mamo, że tylko z głupoty jedli podeszwy butów? – powiedział Santiago.
– Fermín, ten smarkacz niedługo powie, że jestem idiotka, albo zacznie mnie bić – powiedziała pani Zoila.
– Przyjaźniłem się ze wszystkimi, ale to była taka przyjaźń organizacyjna – powiedział Santiago. – Nigdy nie rozmawialiśmy prywatnie. A przyjaźń z Jacobem i Aidą to była kiedyś po prostu sprawa życia.
– Przecież nie powiesz, że gazety kłamią? – rzekł don Fermín. Uważasz, że kiedy mówią o osiągnięciach rządu, to kłamstwo, a kiedy piszą o tych okrucieństwach, to musi być prawda?
– Zamęczasz nas przy każdym obiedzie – powiedziała Teté. – Nie usiedzisz spokojnie, tylko wciąż się kłócisz, mądralo.
– Ale wiesz, coś ci powiem – mówi Santiago. – Wcale nie żałuję, że zamiast na Katolicki poszedłem na San Marcos.
– Patrz, mam tu wycinek z „La Prensa” – powiedziała Aida. – Można się porzygać, kiedy się to czyta.
– Bo wiesz, Ambrosio, dzięki San Marcos nigdy się nie stałem wzorowym studentem ani wzorowym synem, ani wzorowym adwokatem – mówi Santiago.
– Że susza wywołała napiętą sytuację na Południu – powiedziała Aida – że to doskonała pożywka dla agigatorów. To jeszcze nic, czytaj dalej.
– Bo w burdelu jest się bliżej życia niż w klasztorze mówi Santiago.
– Będą stawiać na nogi całe garnizony, będą śledzić poszkodowanych chłopów – powiedziała Aida. Susza jest dla nich problemem, dlatego że może wywołać rozruchy, a nie dlatego że Indianie umierają z głodu. To się nie mieści w głowie!