Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Skąd się dowiedziałeś, że stary umarł? – mówi Santiago.
– Nie żartuj, Landa, senatorstwo odmłodziło cię o dziesięć lat – powiedział don Fermín. – i nie narzekaj, to przyjemność kandydować w takich wyborach.
– Z gazety, paniczu – mówi Ambrosio. – Strasznie się zmartwiłem, nawet pan sobie nie wyobraża. Bo pański tatuś to był wielki człowiek.
Plac wrzał teraz śpiewem, szmerem rozmów, okrzykami. Ale kiedy z głośników wybuchnął głos don Emilia Arévalo, hałas ucichł; ten głos słychać było z dachu ratusza, z dzwonnicy, z wierzchołków palm. Nawet w kapliczce Trifulcio założył głośnik.
– Co to, to nie, wybory mogły być łatwe dla Landy, który kandydował sam jeden – powiedział senator Arévalo. – Ale w moim departamencie były dwie listy i wygrana kosztowała mnie pół miliona, bagatelka!
– No widzisz, Hipólito się rozgrzał i masz za swoje – powiedział Ludovico. – Kto, jak się nazywają kumple i gdzie. I to już, López, bo Hipólito zaraz wpadnie w trans.
– To nie moja wina, że na drugiej liście z Chiclayo były podpisy apristów – roześmiał się senator Landa. – Ja tej listy nie skreśliłem, skreśliła ją komisja wyborcza.
A co z chorągiewkami? – powiedział sobie nagle Trifulcio, 7. rozszerzonymi ze zdumienia oczyma. On miał swoją przypiętą do koszuli, jak kwiat. Oderwał ją i wyzywającym gestem pokazał zgromadzonemu tłumowi. Tu i tam uniosły się inne, powiewały nad słomianymi kapeluszami i czapkami z papieru, które wielu ludzi zrobiło sobie dla ochrony przed słońcem. A gdzie pozostali, co oni sobie myślą, po co ich tu sprowadzono, czemu nie wyciągają chorągiewek? Cicho bądź, Murzynie, powiedział ten, co wydawał rozkazy, wszystko dobrze wypadło. A Trifulcio: łyknąć to sobie łyknęli, a o chorągiewkach już nie pamiętają. I ten, co wydawał rozkazy: daj im spokój, wszystko świetnie idzie. A Trifulcio: tak, don, ale na tę ich niewdzięczność to aż złość bierze.
– Na co umarł pański ojciec, paniczu? – mówi Ambrosio.
– Landę odmłodziła ta wyborcza krzątanina, ale mnie przybyło siwych włosów – powiedział senator Arévalo. – Koniec z wyborami. Na noc wezmę pięć proszków.
– Na serce – mówi Santiago. – A może przeze mnie, bo go doprowadziłem do wściekłości.
– Aż pięć? – roześmiał się senator Landa. – Tyłek ci zdrętwieje, Emilio.
– No, teraz to już Hipólito wpada w trans – powiedział Ludovico. – Na moją mamuśkę, teraz to już ci dołoży, Trinidad.
– Niech pan tak nie mówi, paniczu – mówi Ambrosio. – Don Fermín bardzo pana kochał. Zawsze mówił najbardziej kocham mojego chudzielca.
Uroczysty marsowy głos don Emilio Arévalo płynął ponad placem, wdzierał się w pełne kurzu ulice, gubił się wśród zasianych pól. Senator, bez marynarki, wymachiwał rękami, a jego pierścień rzucał błyski na twarz Trifulcia. Podnosił głos – czy jest o coś zły? Spojrzał na tłum: twarze spokojne, oczy zaczerwienione od alkoholu, a może z nudy, a może od upału, usta z papierosami, usta otwarte w ziewaniu. Rozzłościł się, bo go nie słuchają?
– Zaraziłeś się słownictwem tej hołoty, z którą musiałeś się stykać podczas kampanii wyborczej – powiedział senator Arévalo. – Ale jak będziesz przemawiał w senacie, raczej nie używaj takich słów, Landa.
– Bardzo pana kochał, strach pomyśleć, jak cierpiał, kiedy pan uciekł z domu, paniczu – mówi Ambrosio.
– Gringo jest niezadowolony, chodzi mu właśnie o’ takie sprawy – powiedział don Fermín. – Że wybory już zakończone, że na jego rządzie zrobiło złe wrażenie aresztowanie kandydata opozycji. Ci gringowie to straszni formaliści, mówię wam.
– Co dzień zaglądał do pańskiego stryja Clodomira i pytał o pana – mówi Ambrosio. – Czy coś wiesz o chudzielcu, co słychać u chudzielca.
Ale nagle don Emilio przestał krzyczeć i uśmiechnął się, i wyglądało, że jest zadowolony. Uśmiechnął się, głos miał miękki, poruszał dłonią, tak jakby powiewał muletą i jakby za chwilę byk miał się otrzeć o niego. Ludzie na trybunie uśmiechali się i Trifulcio też się uśmiechnął, bo mu kamień spadł z serca.
– Teraz już nie ma powodu, żeby go trzymać w areszcie, można go w każdej chwili zwolnić – powiedział senator Arévalo. – Przecież pan to powiedział ambasadorowi, prawda, Fermín.
– Nareszcie zacząłeś gadać – powiedział Ludovico. – A może bicie ci się nie podoba, może wolisz, żeby Hipólito cię popieścił, co, Trinidad?
– I jeszcze chodził do tego pensjonatu w Barranco, gdzie pan mieszkał – mówi Ambrosio. – I ciągle do gospodyni co robi mój syn, jak tam mój syn.
– Nie rozumiem, czego oni chcą, ci zasrani gringowie – powiedział senator Landa. – Przed wyborami bardzo mu się podobało, żeśmy przymknęli Montagne’a, a teraz mu się nie podoba. Przysyłają nam tutaj cyrkowców, a nie ambasadorów.
– Przychodził i pytał o mnie? – mówi Santiago.
– Jasne, że mu to powiedziałem, ale wczoraj wieczorem rozmawiałem z Espina i on ma skrupuły – powiedział don Fermín. – Mówi, że trzeba poczekać, że jeśli się teraz wypuści Montagne’a, to będzie wyglądało, że został aresztowany po to, aby Odria mógł wygrać wybory, i że ta cała historia z konspiracyjną działanością była zmyślona.
– No więc jak, to ty jesteś prawą ręką Haya de la Torre? – powiedział Ludovico. – Czy ty jesteś prawdziwym szefem Apry, a Haya de la Torre twoim pomagierem, co, Trinidad?
– Właśnie tak, paniczu, przez cały czas – mówi Ambrosio. Dawał pieniądze gospodyni, żeby nic panu nie mówiła.
– Espina to nieuleczalny, zadufany w sobie kretyn – powiedział senator Landa. – Widocznie myśli, że ktoś jeszcze wierzy w tę bajeczkę o spisku. Przecież nawet moja służąca wie, że Montagne’a wsadzili po to, żeby dać wolną rękę Odrii.
– Nie żartuj sobie z nas, kochasiu – powiedział Hipólito. – Chcesz, żebym ci wpakował jaja do gęby, czy jak, Trinidad?
– Don Fermín myślał, że pan by się gniewał, jakby pan o tym wiedział – mówi Ambrosio.
– Tak czy inaczej, aresztowanie Montagne’a to był poroniony pomysł – rzekł senator Arévalo. – Nie wiem, czemu pozwolono, aby został kandydatem opozycji, jeśli w ostatniej chwili musiano się wycofać i go zamknąć. Winę ponoszą nasi doradcy polityczni, Arbeláez, ten idiota Ferro, a nawet i pan, don Fermín.
– Sam pan widzi, paniczu, tatuś bardzo pana kochał – mówi Ambrosio.
– Sprawy nie ułożyły się tak, jak oczekiwano, don Emilio – powiedział don Fermín. – Z Montagne’eni mogło nam się nie udać. A poza tym ja nie chciałem go zamykać. Tak czy inaczej, trzeba to załatwić.
A teraz krzyczał, jego ręce były jak ramiona krzyża, głos wznosił się i huczał jak olbrzymia fala i nagle się załamał: niech żyje Peru! Grzmot oklasków na trybunie, oklaski na placu. Trifulcio wymachiwał, niech-zyje-don-Emilio-Arévalo, i teraz już las innych chorągiewek wyrósł nad głowami, niech-żyje-generała-Odria, tak, teraz i inne. Głośniki chrypiały przez chwilę, i zaraz zalały plac melodią hymnu narodowego.
– Kiedy Espina mi oświadczył, że zamknie Montagne’a pod pretekstem organizowania spisku, zaraz mu powiedziałem, co o tym myślę – rzekł don Fermín. – Nikt w to nie uwierzy, zaszkodzi pan generałowi, cóż to, czy my nie mamy swoich ludzi w Komisji Wyborczej? Ale Espina to tępak, nie ma wyczucia politycznego.
– Więc mówisz, że główny przywódca razem z tysiącem apristów napadną na prefekturę, żeby cię odbić – powiedział Ludovico. – Więc uważasz, że jak będziesz z siebie robił wariata, to nas wyprowadzisz w pole, co, Trinidad?