Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
Huamán był maleńki i zmanierowany, przywrócenie do życia Zrzeszenia kosztowało nas trzy lata trudów, popierał swe słowa okrągłymi gestami, i teraz mamy ogłaszać strajk z powodów nie związanych z uczelnią, strajk, którego ogół może nie poprzeć? Jedną dłonią trzymał się za klapę, druga trzepotała w powietrzu jak motyl, a jeśli ogół odrzuci projekt strajku, stracimy zaufanie studentów, w jego głosie brzmiała obłuda, mówił kwiecistymi zdaniami, chwilami piskliwie, a na dodatek zaczną się znowu represje i Zrzeszenie zostanie rozbite w proch, zanim zdążą cokolwiek zdziałać.
– Wiem, że taka musi być partyjna dyscyplina – powiedział Santiago. – Inaczej byłby bałagan. Wcale się nie bronię, Garlitos.
– Nie bujaj w obłokach, Ochoa – rzekł Saldívar. – Ograniczajmy się do przedmiotu dyskusji.
– Oczywiście, właśnie o to mi chodzi – rzekł Ochoa. – Pytam: czy Zrzeszenie na San Marcos dysponuje wystarczającą siłą, aby rzucić się do frontalnego ataku na dyktaturę?
– Powiedz wreszcie, za czym głosujesz, nie mamy czasu – rzekł Hektor.
– A jeśli Zrzeszenie nie dysponuje taką siłą i ogłasza stra jk – rzekł Ochoa – to jaką postawę ma zamiar przyjąć? Ja pytam.
– Słowo daję, mógłbyś się zgłosić do Zgaduj-zgaduli, jedno pytanie za dwadzieścia tysięcy solów – powiedział Washington.
– Czy to będzie postawa prowokacyjna, czy też nie? – mówił niczym nie zrażony Ochoa. – Pytam i muszę sam odpowiedzieć: tak, prowokacyjna. Czym to będzie? Prowokacją.
– I w kulminacyjnym punkcie takich zebrań czułem nagle, że nigdy nie będę rewolucjonistą, prawdziwym, walczącym-powiedział Santiago. – Nagle jakiś niepokój, zamęt w głowie, uczucie, że w straszliwy sposób marnuję czas.
– Młody romantyk nie lubił kłótni – powiedział Garlitos. Chciał głośnych akcji, bomb, strzelaniny, ataków na koszary. Literatura, mówię ci, Zavalita.
– Wiem, że ciężko ci stawać w obronie strajku – powiedziała Aida. – Ale nie martw się, sam widzisz, wszyscy apriści są przeciw. A bez nich Zrzeszenie odrzuci nasz wniosek.
– Powinni wymyślić jakąś pigułkę, jakiś czopek przeciwko wątpliwościom, Ambrosio – mówi Santiago. – Popatrz, jakby to było pięknie, bierzesz lekarstwo i sprawa załatwiona: wierzę.
Podniósł rękę i zaczął mówić, jeszcze zanim Saldívar zdążył mu udzielić głosu: strajk skonsoliduje Zrzeszenie, zahartuje delegatów, ogół ich poprze, przecież dał dowód swego zaufania wybierając ich, no nie? Trzymał ręce w kieszeniach i wbijał sobie paznokcie w dłonie.
– Zupełnie tak samo jak wtedy, kiedy w czwartki przed pierwszym piątkiem miesiąca robiłem rachunek sumienia – powiedział Santiago. – Czy nagie dziewczyny śniły mi się z własnej woli, czy za sprawą diabła, któremu ja nie umiałem przeszkodzić? Czy tam, w ciemnościach, przychodziły do mnie nieproszone, czy też dlatego, że je wzywałem?
– Mylisz się, miałeś wszystkie dane na walczącego rewolucjonistę – powiedział Garlitos. – Gdybym ja miał bronić stanowiska niezgodnego z moim, to chyba bym nie mówił ludzkim głosem.
– A co robisz w „Kronice”? – rzekł Santiago. – Powiedz sam, Garlitos, co robimy każdego dnia?
Santos Vivero podniósł rękę; całej dyskusji wysłuchał z wyrazem lekkiego zaniepokojenia i zanim zaczął mówić, przymknął oczy i zakaszlał, jakby jeszcze się wahał.
– Dopiero w ostatniej chwili wylazło szydło z worka – powiedział Santiago. – Wydawało się, że apriści są przeciw, że nie będzie strajku. Być może wszystko ułożyłoby się wtedy inaczej, a ja nie pracowałbym teraz w „Kronice”.
On myślał, koledzy i towarzysze, że w takich momentach najważniejszą sprawą jest walka nie o reformę uniwersytecką, ale walka z dyktaturą. A skuteczna walka o swobody obywatelskie, o uwolnienie więźniów, o powrót wygnanych i legalizację partii jest to, koledzy i towarzysze, czynnik konsolidujący sojusz robotniczo-studencki czy też, jak to kiedyś powiedział wielki filozof, sojusz pracowników fizycznych z umysłowymi.
– Jeśli znowu cytujesz Haya de la Torre, to ci dam Manifest komunistyczny – powiedział Washington. – Mam go przy sobie.
– Jesteś jak podstarzała kurwa, która wspomina młodość, Zavalita – powiedział Garlitos. – i w tym także się różnimy. Ja już dawno zapomniałem, co mi się zdarzyło w dzieciństwie, i jestem pewny, że to najważniejsze przyjdzie jutro. A dla ciebie czas się zatrzymał, kiedy miałeś osiemnaście lat.
– Nie przerywaj, bo jeszcze się wycofa – szepnął Hektor. – Nie widzisz, że on jest za strajkiem?
Tak, to może być doskonała okazja, bo towarzysze tramwajarze wykazali się dzielnością i bojowością, a ich związek nie jest zdominowany przez żółtych. Delegaci nie powinni ślepo ulegać ogółowi, powinni masom studenckim wskazać kierunek: rozbudzić te masy, koledzy i towarzysze, pchnąć je do działania.
– Kiedy Santos Vivero skończył, apriści zaczęli swoje od nowa i my też – powiedział Santiago. – Wyszliśmy z sali bilardowej pogodzeni i tego samego wieczora Zrzeszenie uchwaliło strajk nieograniczony dla podkreślenia solidarności z pracownikami tramwajów. W dziesięć dni później zostałem aresztowany.
– To był twój ogniowy chrzest – powiedział Garlitos. – A może raczej gwóźdź do twojej trumny, Zavalita.
IX
– Więc może byłoby lepiej dla ciebie, gdybyś został u nas w domu i nie wyjeżdżał do Pucallpa – mówi Santiago.
– Tak, o wiele lepiej – mówi Ambrosio. – Ale kto mógł wiedzieć, paniczu.
Ach jak on pięknie przemawia, krzyczał Trifulcio. Na placu rozlegały się pojedyncze oklaski, zebrało się trochę ludzi, ktoś krzyczał niech żyje. Ze schodów trybuny Trifulcio widział tłum falujący jak morze podczas deszczu. Dłonie go piekły, ale nie przestawał klaskać.
– Po pierwsze kto ci kazał krzyczeć niech żyje Apra pod ambasadą kolumbijską – powiedział Ludovico. – Po drugie jak się nazywają twoi wspólnicy. I po trzecie gdzie oni są, ci twoi kumple. Ale już, Trinidad López.
– A skoro przy tym jesteśmy – mówi Santiago. – Czemu od nas uciekłeś?
– Siadaj, Landa, dosyć się nastaliśmy w czasie Te Deum – powiedział don Fermín. Don Emilio, niech pan siada.
– Sprzykrzyło mi się robić dla kogoś – mówi Ambrosio. – Chciałem spróbować czegoś na własną rękę, paniczu.
Czasem wołał niech-żyje-don-Emilio-Arevalo, czasem nie-ch-żyje-generał-Odria, czasem Arévalo-Odría. Z trybuny dawali mu znaki, mówili nie przerywaj, kiedy przemawia, klęli przez zęby, ale Trifulcio nie słuchał: pierwszy zaczynał klaskać, ostatni kończył.
– Duszę się w tej koszuli z gorsem – powiedział senator Landa. – Takie galowe występy to nie dla mnie. Ja tam jestem człowiek ze wsi, niech to diabli.
– No, Trinidad López – powiedział Hipólito. – Kto cię tam posłał, jakich masz kumpli i gdzie oni są. Ale już.
– A ja myślałem, że to mój stary cię zwolnił – mówi Santiago.
– Wie pan, Fermín, dlaczego Odrii nie przyznano senators-twa Limy? – powiedział senator Arévalo. – Bo nie nosi fraka ani melonika.
– Ale skąd, na odwrót – mówi Ambrosio. – Prosił mnie, żebym został, a ja nie chciałem. Coś takiego, paniczu, skąd to panu przyszło do głowy.
Od czasu do czasu podchodził do poręczy i z twarzą w stronę tłumu, ze wzniesionymi ramionami: hura dla Emilia Arévalo! I sam ryczał: rra! Hurra dla generała Odrii! I darł się basem: rrarrarra!
– Parlament jest dobry dla tych, co nie mają nic do roboty – powiedział don Fermín. – Dla was, posiadaczy ziemskich.
– No, López, bo ja się już rozgrzałem – powiedział Hipólito. – Teraz to się już naprawdę rozgrzałem, López.
– Wpakowałem się w tę hecę tylko dlatego, że prezydent nalegał. Chciał, żebym był na czele listy z Chiclayo – powiedział senator Landa. – Ale teraz żałuję. Będę musiał zaniedbać „Olave”. Uff, ten przeklęty gors.