Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– I nie wstyd ci było pracować dla takiego skurwysyna? – mówi Santiago.
– No więc postanowione, jutro rozmawiamy z Odną – powiedział senator Arévalo. – Dzisiaj mu wręczono szarfę prezydencką, więc trzeba mu dać spokój, niech się napatrzy w lustro, niech się nacieszy.
– A co bym się miał wstydzić – mówi Ambrosio. – Ja wtedy nie wiedziałem, że on tak po świńsku postąpi z pana ojcem. Byli w wielkiej przyjaźni, paniczu.
Kiedy przyjechali na hacjendę i wysiedli z furgonetki, Trifulcio nie prosił o jedzenie, tylko poszedł nad strumień i zmoczył sobie głowę, twarz i ramiona. Potem wyciągnął się na podwórzu za domem, w cieniu, pod bawełniarką. Piekły go dłonie i paliło w gardle, był zmęczony i szczęśliwy. Zaraz usnął.
– To właśnie ten osobnik, to ten Trinidad López, proszę pana – powiedział Ludovico. – Tak, señor Lozano, nagle zaczął nam tu wariować.
– Spotkałeś ją na ulicy? – powiedziała Queta. – Tę, co była służącą u Złotego Jaja, tę, co z tobą spała? To ta, w której się kochałeś?
– Cieszę się, że pan każe zwolnić Montagne’a, don Cayo – powiedział don Fermín. – Wrogowie ustroju wykorzystali to już jako pretekst do ogłoszenia, że wybory były czystą komedią.
– Jak to, zaczął wariować? – powiedział pan Lozano. – Więc mówił coś czy nie?
– Oczywiście, że były komedią, w cztery oczy możemy to sobie powiedzieć – rzekł Cayo Bermúdez. – Przymknięcie jednego kandydata opozycji nie było najlepszym wyjściem, ale co mieliśmy robić. Przecież chodziło o to, żeby generał przeszedł w wyborach, prawda?
– Opowiedziała ci, że jej mąż umarł, że jej synek umarł? – rzekła Queta. – I że szuka pracy, tak?
Zbudziły go głosy majstra, Urondo i Télleza. Usiedli obok, dali mu papierosa, gadali z nim. Dobrze wypadła manifestacja w Grocio Prado, nie? Pewnie, bardzo dobrze. Było więcej ludzi niż w Chincha, co? A pewnie, więcej. Don Emilio wygra wybory, prawda? Jasne, że wygra. I Trifulcio: jeżeli don Emilio będzie senatorem i wyjedzie do Limy, to go zwolni? Ale skąd, bracie, weźmie cię do siebie, powiedział majster. A Urondo: zostaniesz z nami, zobaczysz. Ciągle jeszcze było gorąco, popołudniowe słońce barwiło na czerwono pola bawełny, dom, kamienie.
– Mówił, ale same wariactwa, señor Lozano – powiedział Ludovico. – Że jest zastępcą szefa Apry, że sam jest szefem. Że apriści przyjdą z armatami, żeby go odbić. Dostał kręćka, słowo daję.
– I powiedziałeś jej, w jednym domu w San Miguel potrzebują pokojówki? – powiedziała Queta. – i zaprowadziłeś ją do Hortensji?
– Naprawdę uważa pan, że Odria mógłby zostać pobity przez Montagne’a? – powiedział don Fermín.
– No to was wystrychnął na dudków – powiedział señor Lozano. – Ach, wy darmozjady. Wy półgłówki.
– Więc to ta Amalia, ta, co przyszła do pracy w poniedziałek – powiedziała Queta. – Albo ty jesteś jeszcze głupszy, niż myślałam. Wydaje ci się, że nikt się o tym nie dowie?
– Wygrałby Montagne albo jakikolwiek inny kandydat opozycji – powiedział Cayo Bermúdez. – Nie zna pan Peruwiańczyków, don Fermín? Wszyscy mamy kompleksy, lubimy popierać słabszego, a nie tych, co są przy władzy.
– Nie, señor Lozano – powiedział Hipólito. Nie jesteśmy darmozjady, nie jesteśmy półgłówki. Niech pan zobaczy, jakeśmy go załatwili, sam pan się przekona.
– I kazałeś jej przysiąc, że nie powie Hortensji, że to ty jej poleciłeś ten dom? – powiedziała Queta. – Wmówiłeś w nią, że Cayo-Śmierdziel by ją wyrzucił, gdyby wiedział, że ona cię zna?
Kiedy lak pogadywali, otworzyły się drzwi dużego domu i wyszedł ten, co dawał rozkazy. Minął podwórze i stanął przed nimi, pokazał palcem na Trifulcia: portfel don Emilia, ty skurwysynu.
– Szkoda, że pan nie przyjmuje mandatu senatorskiego – powiedział Cayo Bermúdez. – Prezydent miał nadzieję, że pan będzie rzecznikiem większości w Parlamencie, don Fermín.
– Portfel? Ja miałbym go ściągnąć? – Trifulcio wstał i walił się w pierś. – Ja, don, ja?
– Durnie – powiedział pan Lozano. – To czemużeście go nie zanieśli do izby chorych, idioci?
– Okradasz pana, który cię karmi? – powiedział ten, co dawał rozkazy. – Pana, który cię wziął do pracy, ciebie, chociaż każdy wie, żeś złodziej?
– Nie znasz kobiet – powiedziała Queta. – Któregoś dnia wygada się Hortensji, że cię zna, że to ty ją ściągnąłeś do San Miguel. A potem Hortensja wygada wszystko Cayo-Śmierdzielowi, a Cayo powie Zavali. I wtedy cię załatwią, Ambrosio.
Trifulcio rzucił się na kolana, zaklinał się i pochlipywał. Ale, ten, co dawał rozkazy, był niewzruszony: on go każe znowu wsadzić, ty bandyto, znamy cię, złodzieju, zaraz oddaj portfel. Na to otworzyły się drzwi dużego domu i wyjrzał don Emilio: co się tu dzieje.
– Zanieśliśmy, ale nie chcieli go przyjąć, señor Lozano – powiedział Ludovico. Mówili, że oni nie mogą za niego odpowiadać, jeśli pan im nie da rozkazu na piśmie.
– Rozmawialiśmy już o tym, don Cayo – powiedział don Fermín. – Jestem szczęśliwy mogąc służyć prezydentowi. Ale senatorstwo wymaga absolutnego poświęcenia się polityce, a ja nie mogę.
– Ja nic nie wygadam, ja nigdy nie mówię, czego nie trzeba – powiedziała Queta. – Mnie to nic a nic nie obchodzi. I tak cię rozpieprzą, ale nie przeze mnie.
– A, powiedzmy, ambasady też by pan nie przyjął? – rzekł Cayo Bermúdez. – Generał jest panu bardzo wdzięczny za współpracę i chciałby to okazać. Nie interesowałoby to pana, don Fermín?
– On mnie obraża, don Emilio – powiedział Trifulcio. – Oskarża mnie o takie świństwo. Ażem się spłakał, don Emilio.
– Mowy nie ma – powiedział don Fermín ze śmiechem. – Nie nadaję się ani do parlamentu, ani do dyplomacji, don Cayo.
– To nie ja, señor – rzekł Hipólito. – On sam z siebie zaczął szaleć, sam się rzucił na ziemię, señor. Myśmy go prawie nie dotknęli, przysięgam panu, señor Lozano.
– To nie on, skądże – rzekł don Emilio do tego, co dawał rozkazy. – To jakiś Indianin z tego tłumu podczas manifestacji. Ty byś mi nie zrobił takiego draństwa, nie okradłbyś mnie, prawda, Trifulcio?
– Pańska obojętność na pewno zaboli generała – powiedział Cayo Bermúdez.
– Prędzej bym sobie dał rękę uciąć, don Emilio – powiedział Trifulcio.
– Sami nawarzyliście piwa – powiedział pan Lozano. – Więc teraz sami musicie się wyplątać z tej cholernej historii.
– Ależ skąd, pan się myli, gdzież tu obojętność – powiedział don Fermín. – Odria zawsze znajdzie okazję, żeby mi się odwdzięczyć. I pan też, don Cayo, mówię to panu, skoro już tak szczerze rozmawiamy.
– Wynieście go ostrożnie i ani pary z gęby – powiedział pan Lozano. – I zostawcie gdziekolwiek. A gdyby was ktoś zobaczył, to marny wasz los. I jeszcze ja wam dołożę. Zrozumiano?
– No już dobrze, ty czarna małpo – powiedział don Emilio. I poszedł do drugiego domu razem z tym, co dawał rozkazy, a Urondo i majster też zaraz sobie poszli. Ale cię nazwał, Trifulcio, roześmiał się Téllez.
– Pan mnie ciągle zaprasza, chciałbym się zrewanżować – rzekł Cayo Bermúdez. – Chętnie bym pana widział u siebie na kolacji któregoś wieczora, don Fermín.
– Już on będzie miał za swoje, ten, co mnie obraził – powiedział Trifulcio.
– Załatwione, señor – powiedział Ludovico. – Jużeśmy go wzięli i wynieśli, i nikt nas nie widział.
– I mówisz, żeś mu nie ściągnął portfela? – powiedział Téllez. – Mnie nie oszukasz, Trifulcio.
– Kiedy tylko pan sobie życzy – rzekł don Fermín. – Z prawdziwą przyjemnością, don Cayo.