Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Nigdy się nie znałem na polityce, bo nigdy jej nie lubiłem – powiedział Bermúdez. – Tak się po prostu złożyło, że na starość zająłem się polityką.
– Ona mówi, że ją kupę razy rzucałeś – powiedział Ambrosio. – Że wracałeś do domu tylko po to, żeby jej zabrać forsę, na którą pracowała jak muł.
– Ja też nie cierpię polityki, ale cóż robić – rzekł don Fermín. – Kiedy ludzie pracy odsuwają się od niej i zostawiają te sprawy w rękach polityków, wszystko w kraju schodzi na psy.
– Kobiety zawsze przesadzają, a Tomasa to przecież kobieta, nie inaczej – powiedział Trifulcio. – Będę pracował w Ica, ale czasem tu wpadnę, czasem do niej zajrzę.
– Naprawdę nigdy pan tu nie był? – powiedział don Fermín. – Espina pana wyżyłowuje, don Cayo. Tu dają całkiem niezły show, sam pan zobaczy. Ale niech pan nie myśli, że ja to już nic tylko nocne życie, skądże, bardzo rzadko tu zaglądam.
– No a poza tym co słychać? – powiedział Trifulcio. – Powinieneś już coś niecoś wiedzieć, masz swoje lata, nie?
Gdzie tu się chodzi na dziwki? Jest tu jaki burdel, co, powiedz?
Miała białą wieczorową sukienkę, mocno wciętą w talii, połyskującą, a pod sukienką tak wyraźnie rysowało się jej ciało, że wydawała się naga. Sukienka, tego samego koloru co jej skóra, muskała ziemię, a ona posuwała się malutkimi kroczkami, jak skaczący świerszcz.
– Są dwa, jeden tańszy, drugi droższy-powiedziałAmbro-sio. – W drogim wstęp za dziesiątkę, a w tym tańszym to się zgodzą nawet i za trzy sole. Ale tam same wybierki.
Ramiona miała białe, okrągłe, miękkie, a bladość cery podkreślały jeszcze czarne włosy spływające na plecy. Ściągała wargi z wolna i łakomie, jakby chciała ugryźć maleńki srebrny mikrofon, a jej wielkie oczy błyszczały, gdy raz po raz przesuwała wzrok po stolikach.
– Ładna ta Muza, prawda? – powiedział don Fermín. – Zwłaszcza jak się ją porówna z tymi płaskimi szczapami, co przedtem tańczyły. Ale głos nie za bardzo.
– Nie chcę cię tam ciągnąć, nie chcę, żebyś tam ze mną wchodził, no i lepiej, żeby cię nie widzieli razem ze mną, nie bój się, ja wiem – powiedział Trifulcio. – Ale sam to bym się tam przespacerował, tak tylko, rzucić okiem. Gdzie jest ten tańszy?
– Bardzo ładna, owszem, piękna figura, śliczna buzia – powiedział Bermúdez. – A glos całkiem niezły, mnie się podoba.
– Tu zaraz, niedaleko – powiedział Ambrosio. – Ale tam się zawsze kręci policja, bo nie ma dnia, żeby się nie pobili.
– A wie pan, że to wcale nie taka stuprocentowa kobietka, jak się wydaje? – powiedział don Fermín. – Ona lubi dziewczyny.
– Ba, to i nic takiego, dla mnie bójki i rozróby nie nowina – roześmiał się Trifulcio. – No dobra, zapłać za piwo i idziemy.
– Doprawdy? – powiedział Bermúdez. – Taka miła laleczka? Coś takiego.
– Odprowadzę cię, ale autobus do Limy odjeżdża o szóstej – powiedział Ambrosio. – A jeszcze mam graty nie spakowane.
– Więc pan nie ma dzieci, don Cayo – powiedział don Fermín. – To lepiej, nie ma pan kłopotów. Ja mam troje i głowa mi pęka od zmartwień. Mnie i Zoili.
– Podejdź ze mną pod drzwi i uciekaj – powiedział Trifulció. – Jak chcesz, to mnie prowadź taką drogą, żeby nas nikt nie widział.
– Dwóch zuchów i jedna panienka? – powiedział Bermú-dez. – Duże to już?
Znów wyszli na ulicę, noc była bardzo jasna. Księżyc oświetlał wyboje, rowy, kamienie. Biegli przez puste uliczki, Trifulcio rozgląda! się na prawo i lewo, gapił się, ciekaw wszystkiego; Ambrosio szedł z rękami w kieszeniach i od czasu do czasu kopał nogą jakiś kamyk.
– Marynarka. Co to za przyszłość dla chłopaka? – powiedział don Fermín. – Żadna przyszłość. Ale Chispas się uparł, ja użyłem swoich wpływów, tak że go przyjęli. No i teraz, wie pan, wylali go. Słaby w nauce, niezdyscyplinowany. Zostanie bez zawodu, to najgorsze. Pewnie, mógłbym tu i tam pocisnąć i załatwiłbym, przyjęliby z powrotem. Ale nie, nie chcę, żeby mój syn był marynarzem. Już wolę go wziąć do siebie, będzie pracował razem ze mną.
– Tylko tyle masz, Ambrosio? – powiedział Trifulcio. – Dwie dziesiątki? To wszystko? Taki z ciebie ważny kierowca i tylko dwie dychy?
– Niech go pan wyśle na studia za granicę – powiedział Bermúdez. – Może weźmie się w garść, jak zmieni środowisko.
– Gdybym miał, sam bym ci dał więcej – powiedział Ambrosio. – Tylko byś poprosił i zaraz bym dał. No i po coś wyciągnął ten nóż? Nie trzeba było. Wiesz co, chodźmy do domu, dam ci więcej. A to sobie weź, dam ci jeszcze pięć. Tylko mi nie wygrażaj. Ja się cieszę, że ci mogę pomóc, i dam ci jeszcze. Chodź, pójdziemy do domu.
– Niemożliwe, moja żona umarłaby z tęsknoty – powiedział don Fermín. – Chispas sam za granicą, Zoila nigdy by do tego nie dopuściła. To jej oczko w głowie.
– Nie, nie pójdę – powiedział Trifulcio. – Starczy mi tego. To tylko pożyczka, zwrócę ci te twoje dwie dziesiątki, będę miał robotę w Ica. Przestraszyłeś się, jak wyjąłem nóż? Nic ci nie zrobię, przecieżeś mój syn. Zwrócę ci, słowo.
– A młodszy synek też taki trudny? – powiedział Bermúdez.
– Nie chcę, żebyś mi zwracał, dałem ci je – powiedział Ambrosio. – Wcale mnie nie nastraszyłeś. Słowo daję, nie musiałeś wyciągać noża. Jesteś mój ojciec, dałem ci, bo mnie prosiłeś. Chodź do domu, dam ci jeszcze piątkę, przysięgam.
– Nie, chudy to zupełne przeciwieństwo Chispasa-powiedział don Fermín. – Pierwszy w klasie, na koniec roku zawsze nagrody. Trzeba go powstrzymywać, żeby się za dużo nie uczył. Złoty chłopak, don Cayo.
– Będziesz myślał, że jestem jeszcze gorszy, niż mówiła Tomasa – powiedział Trifulcio. – Ale nóż wyciągnąłem tylko tak sobie, naprawdę, nie chciałem ci nic zrobić, nawet gdybyś mi nie dał ani grosika. I zwrócę ci, daję słowo, że ci zwrócę te twoje dwie dziesiątki, Ambrosio.
– Widzę, że młodszy synek to pana pupilek – powiedział Bermúdez. – A co sobie wybrał, jaki zawód?
– W porządku, zwrócisz, kiedy zechcesz – powiedział Ambrosio. – Zapomnij o tym, ja już zapomniałem. Nie chcesz iść do domu? Dam ci jeszcze pięć, naprawdę.
– Jest dopiero na drugim roku, jeszcze nie wie – powiedział don Fermín. – Nie, nie o to chodzi, żebym go wyróżniał, całą trójkę kocham jednakowo. Ale z chudziny jestem dumny. Zresztą sam pan rozumie.
– Będziesz myślał, że ze mnie taki pies, co potrafi obrabować nawet własnego syna, taki co wyciąga nóż na własnego syna – powiedział Trifulcio. – Przysięgam ci, to pożyczka.
– Zazdroszczę panu, señor Zavala – powiedział Bermúdez. – Mimo że czasem panu głowa pęka, to jednak ojcostwo ma swój urok.
– No już dobrze, no już ci wierzę, że to było tak sobie i że mi zwrócisz – powiedział Ambrosio. – Już o tym zapomnij, ja cię proszę.
– Pan mieszka w Maury, prawda? – powiedział don Fermín. – Podwiozę pana, proszę siadać.
– Nie wstyd ci za mnie? – rzekł Trifulcio. – Powiedz, tylko szczerze.
– Nie, bardzo dziękuję, wolę się przejść, mam blisko – powiedział Bermúdez. – Miło mi było pana poznać, señor Zavala.
– Coś takiego, czemu miałoby mi być wstyd – powiedział Ambrosio. – Chodź, jak chcesz, pójdziemy razem na dziewczynki.
– Ty tutaj? – powiedział Bermúdez. – Co tu robisz?
– Nie, idź się pakować, niech cię ze mną nie widzą – powiedział Trifulcio. – Dobry syn z ciebie, niech ci się poszczęści w Limie. A forsę ci zwrócę, możesz mi wierzyć, Ambrosio.
– Odsyłali mnie to tu, to tam, kazali czekać godzinami, don Cayo – powiedział Ambrosio. – Już miałem wracać do Chincha, słowo daję.