Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 173
Перейти на страницу:

Cza­ar­dan prze­mknął dnem do­lin­ki i za­czął po­ko­ny­wać nie­zbyt stro­me wzgó­rze. Mu­siał jed­nak zwol­nić, żeby ko­nie nie stra­ci­ły zbyt wie­le sił. Je­śli oko­li­ca była taka jak do tej pory, to cze­ka­ło ich jesz­cze wie­le po­dob­nych wzgórz i do­lin.

Za ple­ca­mi usły­sza­ła tę­tent ko­pyt. To ści­ga­ją­ce ich a’ke­ery po­szły w cwał, chcąc mak­sy­mal­nie zmniej­szyć od­le­głość i na­brać pędu do po­ko­na­nia jak naj­więk­szej czę­ści wznie­sie­nia. Obej­rza­ła się. Pół­księ­życ stra­cił kształt, jego lewe skrzy­dło wy­raź­nie zo­sta­wa­ło w tyle. Albo tra­fi­li na trud­niej­szy te­ren, albo do­wód­ca a’ke­eru wie­dział coś, o czym oni nie mie­li po­ję­cia.

Roz­le­gły się dwa krót­kie gwiz­dy, za­koń­czo­ne prze­cią­głym tre­lem. W pra­wo. Cwał.

Skrę­ci­li jed­no­cze­śnie jak sta­do pta­ków w po­wie­trzu i po­chy­li­li się nad koń­ski­mi szy­ja­mi. Po­mknę­li ra­zem, do­sto­so­wu­jąc pręd­kość swo­ich wierz­chow­ców do ko­nia La­skol­ny­ka. Wiatr na twa­rzy, stu­kot ko­pyt, mię­śnie wierz­chow­ca pra­cu­ją­ce tak, jak­by ten cwał miał za­nieść ją na ko­niec świa­ta. Mimo gro­zy sy­tu­acji, mimo kil­ku­set śmier­tel­nych wro­gów sie­dzą­cych im na kar­ku, Ka­ile­an mia­ła ocho­tę wrzesz­czeć z dzi­kiej ra­do­ści.

Och! Jak ona to ko­cha­ła!

Gna­li na łeb, na szy­ję w bok sto­ku, a pra­we skrzy­dło po­ści­gu zbli­ża­ło się ku nim nie­ubła­ga­nie. Już nie­mal dało się do­strzec twa­rze, mo­gła je so­bie wy­obra­zić: za­cię­te, sku­pio­ne, bez­li­to­sne. Dwie­ście jar­dów.

Gwizd. Te­raz!

Na­pię­ła łuk i w peł­nym cwa­le, w chwi­li, gdy wszyst­kie ko­py­ta To­ry­na ode­rwa­ły się od zie­mi, po­sła­ła im strza­łę. Po­dob­nie jak resz­ta cza­ar­da­nu. La­skol­nyk ni­g­dy nie na­le­gał, żeby wszy­scy jego jeźdź­cy tra­fia­li z sio­dła z od­le­gło­ści stu kro­ków w cel wiel­ko­ści dło­ni, jak to po­dob­no ro­bi­li naj­lep­si kon­ni łucz­ni­cy se-koh­landz­kich za­go­nów. Wy­star­czy­ło mu, że tra­fią w ko­nia.

Efekt był taki, jak się spo­dzie­wa­ła po igłach, kil­ka koni za­rża­ło i zwol­ni­ło, kil­ka in­nych po­tknę­ło się, dwa czy trzy nie utrzy­ma­ły rów­no­wa­gi i w peł­nym cwa­le zwa­li­ły się na gło­wy. Wąt­pi­ła, żeby po ta­kim upad­ku któ­ry­kol­wiek wstał.

Mi­nę­li po­czą­tek po­ści­gu w od­le­gło­ści ja­kichś stu pięć­dzie­się­ciu jar­dów i na gwiz­dek skrę­ci­li w lewo, pod górę. W tej sa­mej chwi­li zza wzgó­rza, w miej­scu, ku któ­re­mu zmie­rza­li pier­wot­nie, wy­pa­dła co naj­mniej set­ka ko­czow­ni­ków. Gdy­by La­skol­nyk nie roz­ka­zał im skrę­cić, wpa­ko­wa­li­by się wprost na ich ar­ka­ny.

Czte­ry, te­raz co naj­mniej czte­ry a’ke­ery bra­ły udział w po­go­ni i nie wy­glą­da­ło na to, żeby mia­ły za­miar od­pu­ścić. Cza­ar­dan wy­sko­czył na grzbiet wzgó­rza i po­mknął da­lej. Za­czy­nał się mor­der­czy wy­ścig.

* * *

La­skol­nyk po­wiódł wzro­kiem do­oko­ła, za­trzy­mu­jąc go na mgnie­nie oka na każ­dej twa­rzy.

– Będą nas ści­gać tak dłu­go, aż pad­ną nam ko­nie. Są tu od mie­sią­ca, może na­wet pół­to­ra, więc pew­nie nie­źle po­zna­li wzgó­rza. Nie mam za­mia­ru zmu­szać ni­ko­go, żeby brał udział w tej za­ba­wie, bo ist­nie­je ry­zy­ko, że im się uda. I...

– Po co się z nimi ga­niać, kha-dar? Nie le­piej prze­cze­sać Lan­wa­ren woj­skiem?

– Czym, Da­ghe­na? Jed­nym puł­kiem i gar­ścią cza­ar­da­nów, któ­re tu mamy? Wzgó­rza to po­nad sie­dem­set mil kwa­dra­to­wych. Sam po­trze­bo­wał­bym dwu­dzie­stu ty­się­cy koni, żeby do­kład­nie prze­szu­kać ten ob­szar, a i wte­dy nie był­bym pe­wien, czy mi się uda. Gdy na Ste­pach wrze, nie ścią­gnę tu ca­łej ar­mii kon­nej, żeby wy­tro­pić kil­ka a’ke­erów. Nie. Mu­si­my urzą­dzić po­lo­wa­nie z przy­nę­tą. A przy­nę­tą bę­dzie­my my – wy­krzy­wił się. – Szy­kuj­cie się na dłu­gi po­ścig, dzie­ci.

* * *

Nie są­dzi­ła, że to po­trwa aż tak dłu­go.

Gna­li przez wzgó­rza i do­li­ny, prze­ska­ki­wa­li ja­kieś ra­chi­tycz­ne stru­gi, klą­ska­li ko­py­ta­mi po błoc­ku u ich brze­gów, by za chwi­lę prze­dzie­rać się przez chasz­cze i wy­schnię­te ba­dy­le, wzbi­ja­jąc za sobą się­ga­ją­cy nie­ba tu­man ku­rzu. I tak raz za ra­zem. Ści­ga­ją­cy nie za­mie­rza­li re­zy­gno­wać.

Ka­ile­an się­gnę­ła do koł­cza­nu po ostat­nią igłę i rzu­ci­ła wzro­kiem na wierz­chow­ca Da­ghe­ny, Lei, a po­tem na resz­tę cza­ar­da­nu. Mie­li do­bre ko­nie, naj­lep­sze, ja­kie moż­na było ku­pić za pie­nią­dze, zdo­być w wal­ce lub ukraść, ta­kie, któ­rym nie­jed­no­krot­nie po­wie­rza­li wła­sne ży­cie i któ­re im to ich ży­cie nie­je­den raz wy­nio­sły z opa­łów. Lecz to mo­gło nie wy­star­czyć. To nie był te­ren, na któ­rym dało się po pro­stu pu­ścić w cwał, ru­nąć na­przód i niech zwy­cię­ży szyb­szy. Cho­ler­ne wzgó­rza, po­ro­śnię­te krza­ka­mi, par­szy­we, wy­peł­nio­ne pod­mo­kły­mi tra­wa­mi do­li­ny mię­dzy nimi, i to cią­głe w górę, w dół, w górę, w dół, i znów w górę. Taki po­ścig za­bił­by każ­de­go słab­sze­go ko­nia, ale i nie­któ­re z ich wierz­chow­ców za­czy­na­ły już rzę­zić. Za to ko­nie Se-koh­land­czy­ków...

Ka­ile­an nie pa­trzy­ła już w tył, bo spo­sób, w jaki pę­dzi­ły te zwie­rzę­ta, był bar­dziej niż prze­ra­ża­ją­cy. Ko­nie wy­glą­da­ły, jak­by się nie mę­czy­ły. Gna­ły na­przód, trzy­ma­jąc szyk, i czy to cwa­łu­jąc na dno do­li­ny, czy ga­lo­pu­jąc na szczyt ko­lej­ne­go wzgó­rza, wy­glą­da­ły, jak­by do­pie­ro co roz­po­czę­ły go­ni­twę. Ani je­den się nie po­tknął, nie dy­szał, sierść żad­ne­go nie le­pi­ła się od spie­nio­ne­go potu.

Za to im Se-koh­land­czy­cy nie po­zwa­la­li ode­tchnąć.

Co chwi­lę od głów­nej gru­py od­ry­wał się mniej­szy od­dział i pę­dząc cwa­łem, pró­bo­wał ogar­nąć cza­ar­dan. Oni wte­dy rów­nież pusz­cza­li ko­nie z naj­więk­szą pręd­ko­ścią, gro­żą­cą po­tknię­ciem i skrę­ce­niem kar­ku, więc po chwi­li ści­ga­ją­cy re­zy­gno­wa­li. A je­śli nie, ucie­ki­nie­rzy od­wra­ca­li się i za­sy­py­wa­li ich strza­ła­mi, co za­zwy­czaj źle się koń­czy­ło dla kil­ku Bły­ska­wic, i wte­dy do­pie­ro ści­ga­ją­ca grup­ka zwal­nia­ła. Lecz za­nim cza­ar­dan zdą­żył na­cie­szyć się tym chwi­lo­wym zwy­cię­stwem, ko­lej­na wy­ry­wa­ła się do przo­du i sia­da­ła im na kark. I znów roz­pacz­li­wy cwał i bez­gło­śna mo­dli­twa, by żad­ne z ko­pyt nie tra­fi­ło na kró­li­czą norę albo ostry ka­mień. I znów chwi­la prze­rwy, gdy Jeźdź­cy Bu­rzy od­pusz­cza­li. I tak raz za ra­zem. Do­wód­ca ko­czow­ni­ków mógł rzu­cać do ta­kich po­ści­gów co­raz to nowe od­dzia­ły, zmie­niać je, oszczę­dza­jąc ko­nie po­zo­sta­łych, ale oni nie mie­li ta­kich moż­li­wo­ści. Szar­pa­ne tem­po, cwał, wście­kły ga­lop, cwał, chwi­la od­de­chu, znów cwał – to było za­bój­cze. Wkrót­ce na­dej­dzie czas, gdy ich ko­nie nie wy­krze­szą już z sie­bie ani odro­bi­ny sił. Do­pad­nie ich wte­dy wy­su­nię­ta naj­da­lej gru­pa jeźdź­ców, a chwi­lę po niej – resz­ta.

1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)