Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Pragnienie to najbardziej bezlitosny doradca.
Zgodnie z zapowiedzią nie dostała więcej wody aż do wieczora, gdy w ciemnościach ślepy tłumacz napoił ją połową kubka gorzkiego wywaru. Nie rozmawiali, bo dwóch bandytów odciągnęło go zaraz, po czym szybko, brutalnie sprawdziło jej więzy, nie odmawiając sobie obmacywania i podszczypywania.
Jej wartość malała z godziny na godzinę.
Następnego dnia dostała tylko ćwierć kubka naparu, gorzkiego jak bratobójczy cios w plecy, a przed wyruszeniem bandyci zarżnęli wszystkie zapasowe konie, łącznie z tym, na którym jechała. Ją przywiązali za wierzchowcem niewolnika i popędzili naprzód.
Gdyby nie to, że nadal jechali stępa, najpewniej nie dożyłaby do południa.
Potem pożałowali jej nawet tyle wody, by mogła zwilżyć usta, za to związali dokładniej niż zwykle, zasłaniając znów oczy, i wrzucili wraz z księciem i jego sługą do małej jaskini. Na zewnątrz słyszała krzątaninę i pokrzykiwanie.
Po dłuższej chwili zapadła cisza.
– Szukają.
Szept Omenara brzmiał ochryple, sucho. Nie odwróciła głowy w jego stronę, szkoda tracić siły.
– Są prawie pewni, że gdzieś w pobliżu mają kolejną kryjówkę, znaleźli coś, co wyglądało jak resztki wskazówki… ale niedokładne, zatarte… Wiesz, co to znaczy?
Myślenie nie szło jej najlepiej, ale to była prosta zagadka.
– Nie oni zostawili tu zapasy… ktoś inny… oni tylko wiedzieli, jak odczytywać znaki.
– Tak. Wielu ludzi zaangażowało się w to szaleństwo. Ale… Jeśli znajdą wodę, jesteśmy ocaleni.
– A jeśli nie?
Cisza. Nie poruszył się nawet.
– Tylko książę jest wart tyle, by za wszelką cenę utrzymywać go przy życiu. Reszta nie.
– Jutro… – wychrypiała. – Jutro rano, a może nawet dziś wieczorem, przyjdą po mnie.
– To prawda. Nie dali mi wody dla ciebie. I zakazali się zbliżać.
– Nie związali was?
Zaśmiał się cicho, z ponurą rozpaczą.
– Ślepiec nie jest groźny, dziecko nie ucieknie samo. Tylko tobie okazują jakiś szacunek.
Splunęłaby, gdyby miała czym.
– Szacunek. Gdybym miała wolne ręce…
– To co? – Milczenie stawało się nieznośne. – Ilu dałabyś radę pokonać? Gdyby cię rozwiązać? Dać szansę?
Nie miała sił, by się zaśmiać.
– Rozwiązać? Widziałeś te węzły? Pół dnia będziesz je rozplątywał.
– Odpowiedz.
Wykonała kilka głębokich wdechów, odnalazła wewnętrzny płomień. Sani wciąż się w niej żarzył, wystarczyło sięgnąć.
– Gołymi rękami… jednego. Potem będę miała już broń.
Usłyszała, jak się poruszył.
– A potem? Gdy zdobędziesz broń i być może konia? Co zrobisz?
Zrozumiała, o co pyta.
– Nie zostawię was. Przysięgam.
Odetchnął głęboko.
– Wiem… wierzę ci… Ale jeszcze jest za wcześnie. Zbliżają się najgorętsze godziny… oni wkrótce wrócą.
Miał rację, nie minęły dwa kwadranse, a obozowisko zatętniło kopytami, rozwrzeszczało się dzikimi głosami. Bandyci wrócili, podnieceni i radośni. Nie wiedziała, czy ma się cieszyć, czy bać.
– Znaleźli ślad drugiej wskazówki. – Omenar wymruczał te słowa ostrożnie, jakby spodziewał się, że ktoś ich podsłuchuje. – Ale przejście zawiał wiatr. Teraz jest za gorąco, by je odkopywać, zrobią to za kilka godzin.
Zamilkł na chwilę.
– Są zadowoleni… i pewni swego… czy… – zająknął się nagle, zawahał.
Oczywiście. Czy zaryzykujemy ucieczkę, skoro wieczorem możemy mieć znów zapasy wody, więc dla bandytów znów będziemy cenni? A oni będą mieli wodę, bez której nie przeżyjemy. Zacisnęła zęby. Żaden kozi wypierdek już jej nie dotknie.
– Jak szybko dasz radę mnie rozwiązać?
– W kilka chwil.
Zaskoczył ją, rzemienie, którymi była skrępowana, przypominały żelazne obręcze. Ale skoro tak twierdził…
– Dobrze, wierzę ci. Ale związali mnie mocno. Dłonie mi zdrętwiały. Będę potrzebować czasu…
– Damy ci czas, rozmasujemy dłonie… Jesteś pewna?
– Tak. A ty? Zaryzykujesz życie swojego księcia?
– Tak. Krew Ognia nie będzie… Nie, powiem inaczej. Taka jest jego wola. Po prostu. A teraz postaraj się zasnąć.
Chciała parsknąć kpiąco, ale nagle poczuła, że opuszcza ją napięcie. Decyzja zapadła i było to jak balsam łagodzący wszelki ból i niedogodności. Cokolwiek się stanie, będzie miała swoją szansę. Zamknęła powieki.
*
Poczuła dotknięcie, lekkie jak muśnięcie skrzydeł ćmy. Drobne dłonie zdjęły jej opaskę. Tłumacz i chłopiec siedzieli tuż obok i miała wrażenie, że obaj wpatrują się w nią z napięciem, mimo iż jeden miał oczy zakryte bielmem.
– To już. Teraz albo nigdy – zaszeptał ślepiec.
– Ilu ich zostało?
– Dwóch. Reszta wyjechała kwadrans temu. Jeśli dobrze wszystko zrozumiałem, praca zajmie im czas aż do nocy.
– Naprawdę dasz radę rozwiązać to szybko?
Obróciła się na bok, pokazując związane ręce. Rzemienne węzły zmieniły się w podobne do kamieni zgrubienia.
Chłopiec otworzył usta i wypluł na ziemię coś, co wyglądało jak długa na dwa cale szklana łuska. Odchrząknął, splunął jeszcze raz, krwią, wsadził palec do ust i krzywiąc się, obmacał policzki. Rzucił kilka krótkich, dosadnych słów.
– Znaleźliśmy to na wczorajszym postoju i schowaliśmy, jak widzisz dobrze. Książę twierdzi, że to był najdłuższy dzień w jego życiu i że jesteś mu winna wielką przysługę. – Omenar razdwa wymacał kawałek szkliwa i przystąpił do przecinania jej więzów. – Ale szczerze mówiąc, pierwszy raz w życiu tak długo był cicho.
– To wszystko powiedział jednym zdaniem?
– Owszem. Pamiętaj, że to książę, więc nie musi tracić tylu słów, co zwykli śmiertelnicy.
Zaśmiałaby się, gdyby mogła, ale w tej właśnie chwili rzemienie krępujące jej nadgarstki puściły i pierwszy raz od wielu godzin krew bez przeszkód zaczęła dopływać do dłoni. Jakby ktoś wsadził jej ręce w mrowisko.
– Jużjuż. – Ślepiec rozciął jej pozostałe więzy i delikatnie ujął dłonie. – Postaraj się nie krzyczeć. W każdym razie nie za głośno.
Rozmasowywanie przypominało polewanie rąk ciekłym ołowiem. Palące fale wędrowały wzdłuż przedramion aż do łokci, a każde dotknięcie przypominało wbijanie rozpalonego pręta prosto w kość.
– Powoli… tak… dobra dziewczyna… spróbuj poruszyć palcami… jeszcze raz… ruszaj jednocześnie stopami, niech krew krąży.
Długo to trwało, ale w końcu mrowienie stało się znośne. Na próbę zacisnęła dłoń. Szabli jeszcze by nie utrzymała, ale przynajmniej czuła już każdy palec z osobna i mogła nimi poruszać.
– Kto został w obozie?
– No cóż… Sądzę, że najbardziej zaufani ludzie naszego gospodarza. Nie zostawiłby byle kogo. Musimy ich tu zwabić pojedynczo i zabić.
Doprawdy?
– Znów się boisz?
– Wybacz. – Uśmiechnął się dziwnym grymasem, nie przestając masować jej rąk. – Studiowałem języki, kulturę i obyczaje różnych ludów, lecz ich sposoby na wzajemne mordowanie się jakoś mi umknęły.
– Na dodatek twoje żarty robią się kiepskie. – Mrowienie ustępowało, ale nie cofnęła dłoni. Sposób, w jaki jej dotykał, był… przyjemny. Została im jeszcze chwila, a przyjemności są jak krople deszczu na pustyni, każda ma swoją wartość.
Usiadła ostrożnie, ale i tak zakręciło jej się w głowie. Była wolna. Była też słaba jak niemowlę, z pragnienia skręcało jej kiszki, nie miała broni, a jej towarzyszami byli ślepiec i dziecko, lecz mimo wszystko czuła się wspaniale. Być może jej wolność sprowadzała się do prawa wyboru, z czyjej ręki zginie, ale i tak była to wolność całkowita, wolność człowieka, który nie jest skrępowanym kawałkiem mięsa, bezbronnym wobec cudzego dotyku, obelg i razów. Uśmiechnęła się i delikatnie wyjęła dłonie z uchwytu Omenara.