Kroki w nieznane - 1971
- Автор: Бестер Альфред, Браун Фредерик
- Год: 1971
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Lech Jeczmyk
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane - 1971». Краткое содержание книги:
— Obserwowani? Skąd?
— Nie wiem. Czuję to.
— Robercie, to przywidzenie. Żeby wyjść obronną ręką z tej historii, musimy starać się…
— Przestań mnie pouczać! — Robert wykrzykiwał te słowa ze skurczoną twarzą. — Wiem, wiem, musimy zachować się rozsądnie, mam być rozważny i rzeczowy…
— Niepotrzebnie marnujesz siły krzycząc — wtrąciłem. — Jak dotąd nie ma powodów do rozpaczy, nie spotkało nas nic złego i…
— Naturalnie. Tak, wiem, troszczą się o nas. Proszę, daj im do zrozumienia, że bez wody i żywności nie możemy żyć. Będziemy tu konać, a oni nam przyświecą.
— Robercie!
Przemogłem rosnący gniew.
— Zrozum, Robercie, że oni nie mogą być podobni do nas. Wyobrażenie, że Kosmos może powtarzać tę samą drogę ewolucji, z tymi samymi kształtami, mózgami, otworami oczu, ust, mięśniami, jest bzdurą. Musimy zachować zimną krew.
— No więc co, no więc co? — znowu mi przerwał. Czy ja chcę, żeby byli podobni do nas, czy ja w ogóle czegoś chcę? Proszę cię bardzo, bądź rozsądny, bądź tu genialnym myślicielem. Newtonem, Einsteinem, zaprezentuj im godność i mądrość człowieczą.
Robert umilkł nagle. Wargi mu latały. Zacisnął je i poszedł naprzód, nie patrząc, czy idę za nim. Światła wciąż przepływały nad nami. Posuwaliśmy się we wklęsłości długiej rynny, której brzegi wznosiły się stopniowo. W plamach światła, rzucanych przez rozjarzone chmury, szedłem miarowo, wyprzedzany coraz bardziej przez Roberta, który chwilami prawie biegł — nie próbowałem powstrzymywać go, uznałem to za bezcelowe. Świetlny gąszcz pulsował blaskiem i pochylał się z wolna ku nam, obniżały się tu wielkie rury, pełne błękitnawego mżenia, w którym jawiły się coraz częściej smużki trzepocącej czerwieni, tworząc rosnące osady w głębi szklistych kolumn. Widziałem wyraźnie, jak w jednej przede mną ów zgęstek tężeje, prześwietlony rubinowo od środka, aż nadeszła fala potężniejszego blasku i ruchu i uniosła szkarłatne skrzepy. Znów mlecznosina jasność pałała w głębi kolumny. Zapatrzony w ów proces szkarłatnych przyćmień i białych rozbłysków na chwilę straciłem z oczu Roberta. Nie widząc go, rozejrzałem się stał kilka kroków dalej jak skamieniały. Naraz począł się nieznacznie cofać tyłem… wyciągniętą nogą dotknął czegoś u swych stóp… i z okropnym krzykiem rzucił się do ucieczki.
— Stój! — krzyknąłem. — Robert! Robert!
Skoczyłem za nim. Wyrwał mi się z taką siłą, że upadłem. W momencie zderzenia dostrzegłem szkliste osłupienie w jego oczach. Powstając na kolana, zawołałem go raz jeszcze, bez nadziei, że usłucha. Lśniącą, coraz mniejszą sylwetką gnał, pochylony, przez plątaninę przepływaj ących wolno, miękkich jak obłoki świateł. Jeszcze raz zobaczyłem go, jak przeskakiwał jakąś przeszkodę, potem znikł. Zostałem sam. W pierwszym porywie chciałem biec za nim, ale natychmiast zatrzymałem się. Godzinami mógłbym błądzić, szukając go w tym oświetlonym labiryncie. Zawróciłem… Co go tak przeraziło? Odnalazłem wzrokiem to miejsce i zbliżyłem się tam. W płytkim wgłębieniu, utworzonymi przez ścianę rynny, tkwiła skulona postać ludzka. Na ciemnym tle otoczenia świeciła blado, jak ja. Z głową pochyloną do przodu, z kolanami i rękami przyciśniętymi do piersi, człowiek ten trwał nieruchomo. Przepływaj ąca górą jarząca masa oblała nas blaskiem. Nie rozumiej ąc nic, z gardłem zaciśniętym ad ohydnego lęku, porwałem bezwładną postać za ramiona. Pod palcami wyczułem twardą powłokę — ten człowiek był powleczony cienką skorupą szkliwa! Mumia?! Odruchowo puściłem go — przechylił się wolno i wsparł plecami o ścianę tak, że jego twarz, słabo świecąca w mroku, spojrzała w moj ą.
Cóż to był za wstrząs! Znałem te rysy. Nie mogłem sobie zrazu uświadomić, kogo przypominają… ależ tak, to była twarz Roberta — choć zarazem podobna i do mojej… Raz jeszcze chwyciłem to ciało… lekkie… puste… to nie był żywy człowiek, on nigdy nie żył — to nie był w ogóle człowiek, ale kukła, martwa kukła.
Byłem bliski histerii. Spojrzałem na krążące wokoło podłużne, wijące się światło, jakby poszukując odpowiedzi… Raz jeszcze zbadałem sumiennie ten połyskliwy, sztywny kształt. Chaos rozsadzał mi głowę. Wstałem, obrzuciłem to miejsce wzrokiem, jakby szukaj ąc czegoś. Naraz przypomniałem sobie, że Roberta nie ma. Usiłowałem nakłonić się do spokoju, tak jak mówiłem poprzednio do Roberta, lecz nie znalazłem żadnej myśli, żadnych słów. Powlokłem się w stronę, z której przyszedłem.
Byłem jak w gorączce; światła mrowiły mi się w oczach, przepływały, zaciskałem z całej siły zęby i powtarzałem bez głosu „spokojnie… spokojnie…” Pragnienie wysuszyło mi wnętrzności, warg nie mogłem oblizać. Na myśl niespodzianą o soczystym, świeżym mięsie ryb, poczułem kłujący ból w szczękach. Nie myślałem już o niczym innym, jak tylko o tym, by je odszukać. Szedłem coraz szybciej pod wielkimi, pulsuj ącymi przewodami, aż dotarłem do wylotu wielkiego korytarza i pod błękitną żyłą stropu biegłem, potykaj ąc się, dysząc. Oddech rozkrawał mi boleśnie krtań i płuca. Musiałem zwolnić, gdy otoczyła mnie ciemność. Jedynie ciało moje rzucało w nią odrobinę blasku. Z wyciągniętymi rękami kroczyłem naprzód… obijając się od czasu do czasu o elastyczne ściany — na koniec stopą poczułem brzeg niewielkiego otworu. To musiało być gdzieś tutaj. Rzuciłem się na kolana i oświecając w ten sposób własną twarzą i rękami otoczenie, szukałem gorączkowo, z sercem pełnym rozpaczy. Nie było nic. Naraz dotknąłem czegoś śliskiego, obłego. Ryba! Była dość „duża, ale płaska, więcej w niej było płetw i ogona niż mięsa, krwi nie poczułem nawet na języku. Szukałem dalej — nie było nic. Pomyślałem, że powpadały na dół, w pustkę rozwieraj ącą się za tymi okrągłymi otworami. Wciąż jednak szukałem, aż odkryłem prawie gasnące już światełko. Porwałem rybę, błyszczała słabo… przez długą chwilę trzymałem ją tuż przed oczami jak skamieniały, a potem wybuchnąłem okropnym śmiechem. To była podobizna ryby, szklista kukła, taka sama jak tamta, ludzka, w przestrzeni krążących świateł… Nie mogłem powstrzymać śmiechu, zanosiłem się, aż mi łzy ciekły po twarzy. Zamknięta przestrzeń oddzwaniała głucho. Umilkłem raptownie. Siadłem w ciemności, ścisnąłem głowę rękami i zacząłem myśleć z takim wysiłkiem, jakbym ciężary dźwigał. Ten przejaw Ich systematyczności w dociekaniu, to podłożenie rybom rybiej kukły, a nam — ludzkiej, świadczyło o tak zupełnym nierozeznaniu w świecie ziemskim, że doprawdy nie było powodów do wesołości. I gdzież Oni w ogóle są? Pod zamkniętymi powiekami ukazał mi się obraz przestrzeni świetlistego krążenia. Czy to naprawdę mógł być jeden ustrój, jego trzewia? Nieprawdopodobne. Jakim jednak prawem odrzucić tę hipotezę? Obecność powietrza pozwalała na to. Organizm z innego świata, wypełniony ziemskim powietrzem — to nie składało się na sensowną całość. Podobieństwo do trzewi było naciągnięte i prymitywne.
Analogiami daleko nie zajdę — pomyślałem. — Coś jednak trzeba zrozumieć, od czegoś muszę zacząć, w przeciwnym razie grozi mi śmierć nie tylko w głodzie i pragnieniu, ale w całkowitej niewiedzy; będę błąkał się tu, w samym jądrze zagadki, i nie pojmę do końca niczego — cóż za szyderstwo! Zdechnę, jak te ryby wyłowiony z wody, duszące się obok podłożonej im dyskretnie podobizny…
Znalazłem punkt wyjścia. Było to chyba dowodem mego otępienia czy utraty zdolności dociekania logicznego, dość że jako odkrycie, jako gwiazdę przewodnią w mrokach, przyj ąłem oczywisty fakt, że Oni przybyli na Ziemię. Przybyli statkiem, który rozżarzył się w atmosferze, musiał więc być zbudowany z jakiejś substancji twardej, odpornej na wysokie temperatury. Ale nie to było w tej chwili najważniejsze. Najważniejsze było, że zanim przybyli, musieli tego swojego lotu zapragnąć, postanowić go, i w tym akcie stawali się podobni do nas — bo my też planujemy podróże kosmiczne. A więc podjęli wyprawę, w jakich celach? Badawczych, zapewne. Skąd? Nie wiadomo. Nieważne zresztą. Jaki jeszcze miałem materiał? Kukły. Więc próby nawiązania kontaktu? To nie było pewne. Należało być niezmiernie ostrożnym, by nie pobłądzić przez pochopne wysnuwanie wniosków. Do czego miały służyć kukły? Żeby zbadać nasze reakcje? Ludzi — i ryb? Ale tej reakcji nie zrozumieliby, nie mogli jej odczytać, bo nie pojmowali naszej mowy ani znaczenia naszych gestów, ruchów, naszego zachowania się. Niczego. Sami na pewno nie wiedzieli o nas nic — analogiczne potraktowanie ryb i nas świadczyło o tym chyba dostatecznie? Był jednak jeden istotny czynnik obecność powietrza. Dlaczego nam zapewnili powietrze, a rybom wody — nie? Miałem niejasne wrażenie, że gdzieś tutaj kryje się, jeśli nie rozwiązanie zagadki, to początek jakiejś nici, po której będzie można iść. Jeszcze raz przeszedłem etapy dotychczasowego rozumowania. Powietrze… Najprostsza odpowiedź brzmiała: wypełnia ono tę przestrzeń, bo statek komunikuje się (albo komunikował się przez czas jakiś) z atmosferą. Może otwarte luki dla przewietrzenia? Nonsens. Więc może otwarto je dla jakichś tam, nie znanych mi, ale nic z powietrzem ziemskim nie maj ących wspólnego powodów, a ono wtargnęło do wnętrza statku i wypełniło je — zupełnie przypadkowo? Jeśli tak się rzec miała, to mogłem sobie darować moją analizę logiczną.