Kroki w nieznane - 1971
- Автор: Бестер Альфред, Браун Фредерик
- Год: 1971
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Lech Jeczmyk
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane - 1971». Краткое содержание книги:
Robert wahał się go ująć, ubiegłem go. Metal był letni, jakby nagrzany dotykiem ciała. Powoli spojrzeliśmy na siebie.
— Złudzenie optyczne… — spróbowałem się odezwać, bez wiary we własne słowa. Robert, milcząc, obejrzał kolumnę, dotknął jej ręką, naraz gwałtownie zwrócił się ku mnie z wyrazem przestrachu na twarzy.
— Co…
— Słuchaj!
Usłyszałem słabe stukanie… odgłos kroków. Robert stał przez mgnienie bez ruchu, nasłuchując, z której strony dobiega odgłos i poszedł tam. Ja za nim. Odgłos kroków przed nami na mgnienie ustał… a potem wrócił, pośpieszny, jakby ktoś przed nami uciekał. Pobiegliśmy obaj, Robert trzy kroki przede mną. Naraz zza zakrętu wyłoniły się plecy dwu biegnących, jak my, postaci. To byli ludzie. Jeden, wyższy o pół głowy, ciągnął drugiego za rękę, tamten zdawał się opierać. Zdumienie jakby mnie sparaliżowało, zwolniłem kroku, stanąłem… tamci odwrócili się… patrzeliśmy na siebie. Niższym był Robert. Tym, który go prowadził, ja sam. Robert — tamten Robert — krzyknął przeraźliwie i rzucił się do ucieczki, a ten, który stał o dwa kroki przede mną, pognał za nim pędem. Człowiek, który został — podobny do mnie jak lustrzane odbicie — stał wciąż; gdy Robert mijał go, ten usiłował chwycić go za ramię i krzyknął coś, czego nie zrozumiałem, ale Robert wywinął się i przepadł za zakrętem, wówczas zawrócił i skoczył w ślad za nim. Może przez dziesięć sekund stałem sam, potem rzuciłem się w stronę, w której zniknęli. Nie zrobiłem kroku, gdy rozległ się odgłos szamotania, zdławiony jęk i łoskot. Rozbrzmiało echo, wracaj ąc płaczliwymi, zwichrowanymi głosami z różnych stron na raz. Zobaczyłem Roberta. Wpół leżał u stóp żółtawo ćmiącej kolumny i trzymał się za gardło. Potknąłem się o jakiś przedmiot — o nóż. Dotykał ostrzem niewielkiej plamy. Schyliłem się i podniosłem go bezmyślnie. Ostrze było powalane czymś lepkim, ciemnym. Spojrzałem na Roberta. Wciąż siedział, masując sobie gardło. Usiłował przemówić. Zaczął kaszleć i spluwać, potem patrząc na mnie błagalnie, wyj ąkał:
— On… on dusił mnie…
— Co się stało?
— Nie chciałem! Myślałem, że to jakiś fantom, przebranie. Chciałem go tylko zobaczyć z bliska, złapać…
Znowu rozkaszlał się. Naraz zerwał się na równe nogi i powoli zbliżył się ku mnie, pochylony. Patrzał mi długą chwilę w twarz szklanymi oczami.
— Ty kto jesteś? Kto ty jesteś?! — krzyknął strasznym głosem. Chwyciłem go za rękę, usiłował się wyrwać. Zaczęliśmy walczyć. Gdy spróbował gryźć, dałem mu w twarz… Osunął się na kolana.
— Trzymaj się, ty szmato! — krzyknąłem. Wciąż trzymałem go za ramiona. Jego mięśnie zwiotczały.
— Uciekajmy stąd… uciekajmy… — mamrotał, nie patrząc na mnie.
— Zaraz pójdziemy. Natychmiast! Ale trzymaj się, Robert! Głowa do góry! Powiedz, jak to było, ale spokojnie, rozumiesz?
— Biegłem za nim, byłem szybszy, dogoniłem go tu… chwyciłem z tyłu za koszulę, złapał mnie wtedy za gardło. Zacząłem się dusić i… i…
— Dalej!
— Uderzyłem…
— Nożem?
— Tak. On upadł, wtedy ty nadbiegłeś i podniosłeś go…
— Jak to ja?
— No ty! Ty przybiegłeś, wziąłeś go na ręce i poszedłeś tam — wskazał przeciwną stronę — a potem… potem znowu przyszedłeś, ale już bez niego…
— To nie byłem ja, ten, który… zresztą, nie czas teraz na to. Wstań! Jak się czujesz? Możesz iść?
— Mogę… Tak, mogę. Robert łykał kurczowo.
— Dławi mnie.
— Pokaż.
Obejrzałem jego szyj ę; z obu stron czerwieniały na gardle odciski palców. Może to sen? — przemknęło mi przez głowę. Otarłem z krwi ostrze noża, przytknąłem je do uda i nacisnąłem. Gdy ból stał się ostry, odjąłem nóż. Nie, to nie był sen.
— Ciemnieje… — powiedział Robert.
Podniosłem głowę. Istotnie światła wysoko nad nami czerwieniały, a w głębi kolumny, pod którą staliśmy, w jej szypułowatych zgrubieniach pałały nieregularne zagęszczenia miodowego blasku. Wzmagał się coraz bardziej. Nie umiem powiedzieć, dlaczego ten rosnący blask wydał mi się pożarem, szalej ącym za szklistą powłoką.
— Chodźmy! — zawołałem i równocześnie poczułem zawrót głowy. Nogami nie mogłem ruszyć, tak stały się ciężkie.
— Nie mam sił… Karolu… — usłyszałem chrypliwy głos Roberta. Oburącz trzymając się niekształtnej kolumny, chwiejąc się całym ciałem, osuwał się po niej, aż ukląkł. Gorąco rozsadzało mi skronie; musiałem szybko usiąść, padając niemal, bo wydało mi się, że podłoże ucieka spod stóp, że unosi mnie gdzieś. Wszystko zatańczyło w oczach.
Pojazd startuje! — przemknęła myśl — odlatują… zabierając nas z sobą!
Ale nie poczułem lęku w przygniatającym, dziwnym bezwładzie, który mnie opanował. Nie byłem już zdolny do żadnej myśli. Leżąc obok Roberta, czułem gwałtowne bicie serca, rozsadzaj ące pierś, a blask nad nami potężniał, cała ta zwalista budowla gorzała jak obj ęta płomieniami. Zamknąłem oczy, tracąc do reszty poczucie kierunków. Potem zacząłem powoli przychodzić do siebie. Cały byłem zlany potem; obok lśniła twarz oddychającego otwartymi ustami Roberta.
— Chodźmy! Chodźmy stąd! — wychrypiałem i z największym wysiłkiem powstałem. Mięśnie drżały mi jeszcze, ale mogłem już iść. Robert był słabszy. Podparłem go ramieniem, ruszyliśmy ku stromej ścianie. Metrowa różnica poziomów dzieliła nas od przestrzeni, z której przyszliśmy, lecz zwątpiłem, czy w tym stanie uda mi się ją pokonać. Blask osłabł, stając się słabym żarzeniem, gdy usłyszałem z tyłu kroki. Porwał mnie okropny strach, pociągnąłem Roberta, który podniósł głowę i nasłuchiwał.
— Uciekajmy! — wydyszał.
Zaczęliśmy biec. Kroki za nami także przyśpieszyły. Były tuż. Robert, trzymając mnie za rękę, odwrócił się nagle. I ja spojrzałem za siebie. Stali tam dwaj ludzie. Nim jeszcze dostrzegłem ich twarze, odgadłem, że zobaczę nas samych że sobowtór Roberta puści się w pogoń za moim towarzyszem, że rozegra się — tylko przy odwróconych rolach! cała scena, którą już raz przeżyłem. Wszystko to przemknęło mi przez głowę jakimś oślepiającym olśnieniem, a „mój” Robert z wykrzywioną twarzą począł uciekać, tamten pomknął za nim; „stój! stój!” — krzyknąłem, wyciągając ręce, ale umknął mi. Ten drugi patrzał na mnie, a ja na niego naraz uprzytomniłem sobie, że kiedy ja stałem tam, gdzie on teraz, widziałem, jak mój sobowtór chwieje się nieznacznie. Następne, przeraźliwe wypadki zatarły wspomnienie tego zjawiska, którego wtedy nie pojąłem. Wtem dźgnęła mnie nowa myśl — o Robercie — i rzuciłem się w stronę, w której znikł ze swym prześladowcą. Dopadłem obu, sczepionych, pod kolumną. Jeden zatoczył mi się w ramiona krew zalewała mu koszulę. Podniosłem go jak piórko, i z całej siły przyciskając do siebie, pobiegłem dalej. Gnałem jak szalony, zdawało mi się, że jeśli tylko wyniosę go stąd, jeśli umknę z tego obłędnego kręgu, wszystko da się uratować, dlatego biegnąc na załamujących się nogach z bezwładnym Robertem przygniatałem go do siebie, jakbym w ten sposób mógł zatrzymać jego krew, parzącą mi ciało poprzez koszulę. Słyszałem przez chwilę tupot za sobą… aż nastała zupełna cisza. Byłem u kresu sił. Zataczaj ąc się złożyłem wiotczejące ciało u stóp kolumny. Rana nie krwawiła już. Mimo to zerwałem z grzbietu koszulę, podarłem j ą i począłem obwiązywać pierś. Szło mi to niesporo, nie mogłem zaciągnąć węzła trzęsącymi się rękami. Naraz otworzył oczy.
— To ty?… — powiedział słabo. — Zdejm maskę…