Kroki w nieznane - 1971
- Автор: Бестер Альфред, Браун Фредерик
- Год: 1971
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Lech Jeczmyk
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane - 1971». Краткое содержание книги:
Z przypadkowej obecności powietrza nie wynikało nic przynajmniej w odniesieniu do inteligencji i obyczajów Istot. Mogły w ogóle nie oddychać i rodzaj gazu, wypełniającego statek, mógł być dla nich zupełnie obojętny. To było zupełnie możliwe. Nie tędy droga — zbyt wiele możliwości, a przy tym przypadek, jako wcale prawdopodobna przyczyna, kształtująca wydarzenia, zbijał mnie całkiem z tropu. W każdym razie dzięki historii z kukłami myśl o wszechwiedzy Istot, o ich zorientowaniu w ziemskich stosunkach mogłem pogrzebać. Gdzie one były? Albo naprawdę znaleźliśmy się w „brzuchu Lewiatana”, wciągnięci prądem wsysanej przezeń wody, albo te światła… Co się stało z tą wodą? Jeśliby wypełniła to pomieszczenie, to potem ściekłaby przez okrągłe otwory, w które powpadały ryby. Ryby wróciły do wody? Czyżby i o nie zadbali? Cały ten rozdział analizy zamknąłem z westchnieniem.
Głowa bolała mnie coraz mocniej, a tak byłem mądry, jak na początku. Pragnienie wciąż mi doskwierało. W ciemności zamajaczyło coś blado — zerwałem się na równe nogi. Świetlista, wydłużona postać była już blisko. Poznałem Roberta. Nie ruszyłem się z miejsca. Podszedł do mnie i rozejrzał się. Zrozumiałem go.
— Ryb nie ma. Jedyną, jaka została, zjadłem. Inne musiały spaść na dół.
Nic nie mówiąc skierował się w stronę, gdzie połyskiwała szklista rybia kukła.
— Nie fatyguj się — rzuciłem. W paru słowach objaśniłem mu to zjawisko. Odtrącił nogą martwą podobiznę i stał nad nią chwilę zgarbiony. Gdy zwrócił się ku mnie, przeraziłem się — tak zapadłą miał twarz. Wyglądał, jakby się postarzało wiele lat.
— Coś robił? Gdzie byłeś? — spytałem stłumionym głosem.
Wzruszył ramionami, siadaj ąc powoli. Poszedłem za jego przykładem. Zauważyłeś coś nowego? — spytałem. Zaprzeczył głową.
— Gdzie masz nóż?
— W kieszeni.
— Daj mi go.
Dał bez oporu.
— Uspokoiłeś się? — spytałem.
— Przestań… — poprosił ochryple. Zrobiło mi się go żal.
— No, stary, co było, to było — powiedziałem — chociaż mogłeś Bóg wie jakiej biedy napytać…
— Nie mogę mówić… tak wyschło mi w ustach… — szepnął.
Milcząc, wziąłem do ręki nóż, otworzyłem go i popróbowawszy ostrza brzuścem palca, przyłożyłem je do brzegu najbliższego otworu. Elastyczny materiał zrazu poddał się, ale gdy nacisnąłem mocniej, dał się krajać. Prowadząc ostrze piłuj ącym ruchem, doszedłem do następnego otworu i zmieniłem tam kierunek cięcia. Postępując tak, wyciąłem wreszcie płat podłoża kształtu mniej więcej kwadratowe go — wtedy odgiąłem zwisłą część i pochyliłem się nad powstałym, dużym otworem. Ziała tam niezgłębiona ciem pość. Zawahałem się, co robić dalej, gdy Robert przyszedł mi z pomocą. Podniósł świecącą imitację, a ja, skinąwszy ze zrozumieniem głową, natychmiast rzuciłem ją w dół Klęcząc, ze wstrzymanym tchem patrzyliśmy. w ślad z błękitnawą smużką jej lotu.
W czarnej głębi ukazała się taka sama świetlista iskra ale mknąca w górę, na spotkanie tej, która spadała: gdy obie zetknęły się, usłyszałem cichy plusk i blade światełko „rybiej lalki” znieruchomiało.
— Woda! Tam jest woda! — odezwaliśmy się z Robertem jak z jednych ust.
— Ze cztery, może pięć metrów — próbowałem ocenić odległość.
Robert zrobił taki ruch, jakby chciał skoczyć w dół. Chwyciłem go za rękę.
— Nie rób głupstw!
— Musimy się tam dostać!
— Zaraz. Skakać nie można, kto wie, czy dałoby się wrócić. Czekaj, mam!
To był dobry pomysł. Pośpiesznie jąłem wycinać długi pas elastycznego podłoża, na którym klęczeliśmy, tnąc je od otworu do otworu. Robota nie postępowała tak szybko, jak bym chciał; ostrze więzło w ciastowato-elastycznej masie. Robert, pojąwszy mój plan, pomagał mi. Zmieniając się, wycięliśmy w końcu pas do samej niemal ściany, szeroki na pół metra, długi bodaj na cztery, który zwisając swobodnym końcem w dół dotykał czarnego zwierciadła wody. Dzięki pozostawionym na jego bokach nierównościom, można się było opuścić po nim, jak po drabince. Szarpnąłem raz i drugi — zdawał się dość mocny, by utrzymać nasz ciężar. Obsunęliśmy się ostrożnie na dół, aż stopy nasze dotknęły zimnej tafli; wówczas pogrążyliśmy się w niej od razu po szyje. Nie puszczając z rąk skośnie napiętego pasa, piliśmy i pili, aż nam w brzuchach bulgotało.
Obmywszy twarz, poczułem się o wiele raźniej. Sił przybyło mi w jednej chwili. Cóż to była za rozkosz! Robert, który poweselał jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, po dwu uderzeniach rąk dotknął ściany. Zbadaliśmy dokładnie tę zamkniętą przestrzeń. Była to studnia o średnicy czterech-pięciu metrów. Z kolei spróbowałem nurkować, ale choć popłynąłem w dół ze wszystkich sił, aż pulsy rozdzwoniły mi się w głowie i poczułem do bólu rosnący ucisk w uszach, nie zgruntowałem — ani wiodąc dłońmi po ścianach studni, nie natrafiłem na żadną lukę. Wypłynąwszy powiedziałem o tym Robertowi.
Pogrążeni po głowy, przytrzymuj ąc się lekko zwisaj ącego z góry pasa, dopiero teraz dostrzegliśmy obaj to samo że ciała nasze przestały świecić — jedynie pływająca tuż przy nas sztuczna ryba jarzyła się blado-niebieskawo.
— Może tu już jest granica tej przestrzeni, uważasz?! mówił rozgorączkowany Robert. — A to może bić studnia wylotowa; statek zanurzony jest częściowo w jeziorze i tutaj jest właśnie jego poziom!
— Jeziora?
— No, tak! Gdyby się dało, gdyby się dało znurkować aż do końca tej przeklętej studni i wypłynąć na zewnątrz! Słyszałem, jak oddycha głęboko, nabieraj ąc dodatkowego powietrza do nurkowania. Potem odepchnął się mocno i prawie niedostrzegalną, białawą smugą spłynął w dół, ginąc w coraz większej głębi: tylko powierzchnia wody tuż przy mnie delikatnie pieniła się od bąbli powietrznych. Już począłem się o niego niepokoić, gdy znowu wychynął. Łapał kurczowo powietrze.
— Na nic, psiakrew! — mówił przerywanym głosem. Potem uj ąwszy jedną ręką pas, podniósł się i, wychylony z wody do połowy, odchylił się w zamachu. Czułem, jak miota się, uderzaj ąc przed siebie.