Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Kroki w nieznane - 1971
Kroki w nieznane - 1971 - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kroki w nieznane - 1971

Электронная книга - «Kroki w nieznane - 1971». Краткое содержание книги:

Kroki w nieznane - 1971
1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 85
Перейти на страницу:

— Co mówisz?! Nie odzywaj się, leż spokojnie! — zawołałem.

— Proszę cię, zdejm maskę… — powtórzył, opuszczając powieki. — W laboratorium… Karol nosił maskę… żeby szczur w labiryncie… nie mógł odgadnąć, czy jest na dobrej drodze, ale ja… nie muszę… zdejm, proszę cię.

— To przywidzenie, Robercie… Nie mam żadnej maski i nie jesteśmy w laboratorium, tylko na tym statku… wiesz przecież… miałeś wypadek, ale nie bój się… wszystko będzie dobrze — mówiłem pośpiesznie, pochylając się nad nim.

Milczał z zamkniętymi oczami. Przyłożyłem głowę do jego piersi. Nie usłyszałem nic. Jeszcze raz i jeszcze przyciskałem ucho do nagiego ciała. Nic. Podniosłem go. Szarpałem za ramiona, głowa latała mu na boki. Położyłem go na powrót. Gdy w obie ręce wziąłem jego skronie, poczułem, że stają się chłodne. Siadłem obok niego, podpierając brodę na piersiach i trwałem tak bez ruchu. Świetlisty firmament nad nami gasł, a kolumny wydzielały szkarłatną poświatę, coraz ciemniejszą; zanurzałem się jakby w krwawej chmurze; ten blask tężał powoli, szarzał, jakby popielał. Słyszałem od dawna jakiś miarowy odgłos, ale nie zwracałem nań uwagi… wtem coś dotknęło mojej stopy i cofnęło się. Dotyk wrócił po chwili, poczułem chłód. Spojrzałem nieprzytomnie. To była woda. Wzbierając milimetr po milimetrze, zalewała dno zapadliny. W drętwym osłupieniu patrzyłem na jej lśniącą, zygzakowatą, posuwającą się naprzód linię. Wciąż przybierała, zakrywała już moje uda, chciałem podnieść Roberta, żeby go nie zatopiła, ale nie zrobiłem tego, dalej nie ruszałem się, a woda powoli wznosiła się, łaskocącym zimnem obejmowała mój brzuch, podchodziła do piersi… blask zanurzonej podstawą kolumny znów spotężniał. Tylko ona jedna płonęła jeszcze w zaległych ciemnościach. Musiałem zamknąć oczy, oślepione aż do bólu. Serce znowu rozłomotało się, straszliwy ciężar dławił mnie, przygniatał… Naraz czarny, lodowaty odmęt porwał mnie i wchłonął. Więcej nie pamiętam nic.

Obudziłem się po niewiadomym czasie — po tygodniach, jak się później dowiedziałem — w montrealskim szpitalu miejskim. Saperzy, opływając na motorówkach północny brzeg jeziora dwa dni po kataklizmie, dostrzegli unoszone wodą ciało na wpół nagiego, nieprzytomnego człowieka. To ja nim byłem. Po Robercie nie znaleziono żadnego śladu. Kilka dni później w szuwarach zachodniego brzegu rybacy odkryli szczątek naszej łodzi; miejsce to oddalone jest w prostej linii o kilkadziesiąt metrów od strefy, którą płynęliśmy przez jezioro. Długi czas lekarze nie pozwalali mi wspominać o przebytych wydarzeniach. Powiedzieli mi, że doznałem ciężkiego szoku i bredziłem nieprzytomny.

Przez cały pobyt w szpitalu mało interesowałem się otoczeniem i musiałem uczyć się chodzić — do tego stopnia utraciłem władzę nad własnym ciałem. W ostatnich dniach począłem stawiać pytania; zaspokajając moją ciekawość, zaopatrzono mnie w plik gazet, z których dowiedziałem się o szczegółach katastrofy.

Meteor, który widzieliśmy w nocy z 26 na 27 września, spadł na trzęsawiska, rozciągające się na obszarze tysięcy hektarów od północnego brzegu jeziora. Nie znaleziono żadnych jego szczątków; uczeni tłumaczyli to tym, że ogromna energia zderzenia zmieniła rozpaloną masę w gaz, który, rozprężając się, obalił las w promieniu dziesiątków mil i wzniecił liczne pożary. Dlatego przez wiele dni nie można się było zbliżyć do centrum kataklizmu; badania prowadzono helikopterami i samolotami. Jeden z nich musieliśmy słyszeć z Robertem, zanurzywszy się w rozległej chmurze mgieł, która zakrywała północną część jeziora. Meteorytolodzy doszli do zgodnego przekonania, że powtórzyła się historia słynnego bolidu syberyjskiego. Obrócony w gaz meteor ognistym słupem wzbił się w najwyższe warstwy atmosfery i rozpłynął się w nich doszczętnie. Równocześnie wgnieciona siłą wybuchu powierzchnia trzęsawisk utworzyła rozległą depresję, którą w ciągu doby wypełniło jezioro, tworząc nową odnogę, tak że obecnie miejsce zderzenia znajduje Się kilkadziesiąt metrów pod powierzchnią wody, otoczone bagnistymi wyspami.

To, co opowiedziałem o moich przeżyciach, uznano za płód halucynacji. Gdyśmy wpłynęli na jezioro — tłumaczono mi — porwał nas potężny prąd wody, wypełniającej powstały w zderzeniu lej, łódź zatonęła, a my staliśmy się igraszką fal, Robert utonął, mnie zaś odśrodkowa siła wiru wyniosła ku brzegom. Próbowałem spierać się. Utrzymywałem, że niemożliwością było dla nieprzytomnego człowieka pozostawać na powierzchni przez kilkanaście godzin — bo po takim czasie wyłowiono mnie — lekarze udawali zainteresowanie i zgodnie ustępowali; zrozumiałem wreszcie, że nikt nie bierze moich słów poważnie. Aż do wiosny przebywałem na południu, korzystając z urlopu zdrowotnego, który zapewnił mi życzliwie rektor Blasbury.

Tuż przed końcem urlopu, wczesną wiosną, wsiadłem w pociągu i pojechałem do Richmond, gdzie kilkanaście mil od przedmieść, z dala od autostrady mieszka dawny mój nauczyciel, sława kanadyjskiej psychologii, profesor Gadshill. Dałem mu znać depeszą o moim przybyciu i wczesnym rankiem kwietniowym znalazłem się w małym domku profesora.

Siedząc w ciasnym, kolącym foteliku trzcinowym opowiedziałem moją przygodę. Profesor słyszał o niej. Krok po kroku, godzina po godzinie opowiedziałem mu wszystko. Skończywszy, z zaciśniętymi zębami czekałem jego słów.

— Chcesz, żebym ci powiedział moje zdanie? — spytał cicho. — Powiedz najpierw, co sam o tym sądzisz?

— Sądzę, że to było — powiedziałem z naciskiem, patrząc na własne ręce, splecione na kolanie.

— Oczywiście. Ale czy próbowałeś ułożyć to jakoś, zrozumieć?

— Tak. Czytałem wiele… szukałem w książkach… rozmawiałem z fizykami i mechanizmu pewnych zjawisk domyślam się… przynajmniej fizycznego ich mechanizmu. Tylko w określonych warunkach, takich jak ziemskie, upływ czasu jest jednostajny i jednokierunkowy. Zmiany grawitacji mogą przyśpieszać go lub spowalniać. Być może, dla tych istot czas jest czymś takim, jak dla nas przestrzeń… potrafią modelować go, kształtować jego bieg… jakaś architektura czasu — tak to sobie wyobrażam.

Myślę, że znaleźliśmy się w labiryncie czasu. Incydent z nożem polegał na tym, że w obrębie potężniejącego pola grawitacyjnego strumień czasu począł płynąć szybciej, w jednym miejscu tylko, i nóż oddalił się od nas jakby skokiem w przyszłość, a potem, gdy zjawisko to objęło i nas, myśmy go „dogonili”… Później czytałem u Weyla o teoretycznej możliwości powstania tak zwanej pętli czasu. Normalnie istnieje tylko jedna teraźniejszość, bezustannie stająca się przeszłością — zrazu bliską, potem coraz dalszą. Otóż, w pętli czasu można przeżyć raz godzinę siódmą, potem ósmą… tu czas poczyna się cofać, znowu — jeszcze raz — jest siódma… i jeżeli człowiek znajdzie się w tym samym miejscu, w którym był o siódmej, może spotkać samego siebie…

W owym momencie istnieją dwa przekroje teraźniejszości… jeden wcześniejszy, drugi późniejszy. My byliśmy właśnie w tym samym miejscu o dwu porach: raz, gdyśmy weszli w pętlę czasu i spotkali samych siebie, starszych o godzinę, a potem, gdy pętla skrzyżowała się, drugi raz… starsi o tę godzinę, widzieliśmy znowu samych siebie. Raz z jednej strony… raz z drugiej… Skutki i przyczyny zamykały się, tworzyły koło… Uczucie ciężaru, utraty sił, gorąca, musiał wywołać nagły wzrost grawitacji, który zakrzywiał bieg czasu. Tak to sobie tłumaczę. Ale czemu to miało służyć, co oznaczało — nie wiem.

— Tak… myślałem o czymś takim — powiedział profesor. — A co stało się ze statkiem? I jak wydostałeś się z niego?

— Tego nie wiem. Być może, oni po prostu… odlecieli. Stwierdziwszy, dajmy na to, że Ziemia nie stanowi dla nich obiektu godnego dłuższych badań. Może wzgardzili nami… Uznali nas za stworzenia nie dość rozwinięte…

1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 85
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)