Kroki w nieznane - 1971
- Автор: Бестер Альфред, Браун Фредерик
- Год: 1971
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Lech Jeczmyk
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane - 1971». Краткое содержание книги:
— Wiesz, gdzie jesteśmy? — odezwał się cicho Robert.
— Domyślam się.
— We wnętrzu… meteoru…
— Tak.
— To nie był meteor…
— Nie.
— Ale jakiś…
Nie dokończył. Milczałem. Ta szalona myśl oblegała mnie od chwili otwarcia powiek. Wypowiedzianą, przyjąłem ze spokojem. Znaleźliśmy się — jak mogłem w to wątpić? W obrębie działania różnych od nas, rozumnych istot, mieliśmy je poznać, zobaczyć, to było nieuniknione. Robert myślał jak ja. Dobiegł mnie jego szept:
— Muszą tu być gdzieś…
Tam, gdzie do głównej żyły dołączała się druga, korytarz łagodnie skręcał. Szliśmy dalej, pochylając głowy, z nogami grzęznącymi lekko w ciągliwym podłożu — przemknęło mi przez głowę, że te istoty nie chodzą tędy albo… nie mają nóg… Jeszcze jedna żyła i jeszcze. Ich z lekka wężykowy przebieg nasuwał myśl o tworze organicznym — jakieś kable biegłyby chyba prosto… Robert dotknął końcami palców migającej nad głową żyły.
— Zimne… — szepnął. Znów zatrzymaliśmy się. Ścianę przed nami oblewało trzepocące światło. Czułem niepochwytny wiew — tam otwierała się jakaś przestrzeń. Zamarliśmy. Robert ściskał mnie za ramię.
— Myślę…schwytano nas! — tchnął mi prosto w ucho. — Nonsens! — odparłem natychmiast takim samym szeptem.
— Mówię ci.
— Skąd wiesz?
— Uważaj: możemy przecież oddychać!
Te słowa olśniły mnie. Robert miał rację. Było nie do pomyślenia, żeby wnętrze statku z innej planety wypełniało ziemskie powietrze — nie tylko takie samo, ale to samo, bo najwyraźniej czułem w nim wilgotną, świeżą woń jeziora.
— Zatroszczyli się o nas — tchnął mi w ucho Robert. Gruby kabel świetlny pulsował nad nami. Nie byłem pewny, czy w jego słowach nie kryje się lęk. Sam nie czułem go.
— Chodź! — umyślnie podniosłem głos.
— To nie sen, prawda? — spytał, nie ruszając się z miejsca..
— Nie ma snów śnionych wspólnie. Chodź! — powtórzyłem. Korytarz rozszerzał się za zakrętem i kończył się ujściem, ujętym w grube wały obrzeża. Dalej roztaczał się przestwór o nie dających się pochwycić rozmiarach, półmroczny, pełen krążących nisko i wysoko świateł. Opalizujące żyły, grubości ludzkiego tułowia, wybiegały z różnych stron i łączyły się w kręte kanały; w ich splotach trwała nieustanna cyrkulacja puszystych, podługowatych świateł. Z głębi występowały zaklęśnięcia jakiejś materii ciemnej, połyskliwej, w których sunęły świetlne odbicia, powtarzając się seriami coraz dalszych i słabszych błyśnięć. Zarazem cała ta przestrzeń rozprężała się i kurczyła na przemian, lśniące przewody smuklały., rozciągały się z jakąś wężową gracją, w światłach pojawiło się ciemniejsze pręgowanie, rozpadały się na pojedyncze obłoczki, by po chwili niepostrzeżenie, sennie, znowu rozjarzyć się i w rosnącym blasku płynąć i krążyć. W głębi grubego przewodu nad nami, który wzbijał się wysoko i w plątaninie takich samych łączył się z nimi, leniwie przepływały podłużne, błękitnawe światełka. Szare fosforyzowanie naszych ciał było teraz ledwo widoczne, jakby zaćmione. Dotykając się ramionami, śledziliśmy bez ruchu dookolny obszar.
— Patrz! — syknął Robert.
Puszysta masa świetlna, pręgowana ciemnymi przewężeniami, sunęła ku nam; blaskiem swym do reszty zgasiła poświatę naszych twarzy i poszybowała w górę, malejąc w oddaleniu.
— Karolu… — szepnął Robert — może… to są… oni?
— Te światła?
— Tak, przecież my też… widocznie ta przestrzeń ma takie własności. A ryby! Pamiętasz? One też świeciły… wszystko, co żyje, wydaje tu taki blask…
Milczałem, patrząc w korowody pełzaj ących świateł. Wciągnąłem głęboko powietrze. Chłodne było i czyste. Tak, to nie mógł być przypadek. I od tej świadomości serce zaczęło mi bić powoli i ciężko.
— Karolu… — wyszeptał Robert.
— Co?
— Co będziemy robić?
To bezradne pytanie przypomniało mi coś.
— Przede wszystkim musimy zapamiętać drogę, którąśmy tu przyszli — powiedziałem i spojrzałem na siebie. Wyloty korytarzy, podobnych do tego, który nas tu przywiódł, ciemniały w łagodnie pochylonych w tył wnękach.
„Nasz” korytarz wyróżniał się rozmiarami, a także otaczającym go obwałowaniem.
— Spróbujemy przejść… — powiedziałem, kierując się w głąb przestrzeni. Robert ruszył posłusznie za mną. W trwającej, absolutnej ciszy krążyły światła, nadpływały, wymijały nas, puszyste, falujące łagodnie we wnętrzu szklistych przewodów… zarazem cały obszar zdawał się oddychać miarowo; jakby spał. Dziwna rzecz, ta sama myśl musiała zbudzić się w Robercie.
— Karolu!
— Co?
Widziałem, że usiłuje poskromić strach. Łykał długo, zanim powiedział:
— Może to nie jest wnętrze statku, tylko…
— Tylko co?
— Organizmu… Drgnąłem.
— Jednego organizmu?
— Tak. Statek mógł mieć tylko jednego… jednego mieszkańca. Może jest metalową skorupą, wypełnioną jednym wielkim organizmem, który…
— Który śpi, zbudzi się zaraz i połknie cię — powiedziałem szyderczo. — Więc jesteśmy w jego trzewiach, tak? To jest „brzuch Lewiatana?”
— Czemu nie?
— To wykluczone!
— Dlaczego?
— Skąd by się tu wzięło powietrze? Zresztą dość tego, to ty masz nazbyt bujną wyobraźnię, nie ja. Chodź. Krocząc pod skrzyżowanymi przewodami, omijając pionowe, wybiegające z podłoża rury, usiłowałem przywyknąć do myśli, że podługowate światła są żywymi istotami, ale nie mogłem się z tym pogodzić. Nie zwracały na nas o ile można było sądzić — najmniejszej uwagi. Szliśmy tak, krętą, zawiłą drogą. Wędrówka trwała chyba godzinę. Stopniowo otoczenie zmieniało się. Podłoże, dotąd gładkie, fałdowało się, tworząc podłużne, płytkie rynny. Męczyło mnie pragnienie. Gdybyśmy mieli choć trochę wody. Przypomniał mi się lodowaty odmęt jeziora, w którym omal nie utonęliśmy, i złośliwy grymas wykrzywił mi usta. O nędzo człowieczej egzystencji, oscylującej wiecznie między brakiem i nadmiarem. Skarciłem się zaraz za to głupie filozofowanie. Kątem oka zerkałem na Roberta. To przyśpieszał kroku, to stawał i rozglądał się, oblizywał wargi, raz usiadł nawet, ale gdy spojrzałem nań, milcząc wstał i podążył za mną. Wtem zagrodził mi drogę.
— Karolu, to nie ma sensu. Wracajmy.
— Dokąd?
— Tam, skądeśmy przyszli. Tam są… ryby… Zrozumiałem.
— Jesteś głodny?
— Pali mnie pragnienie, że ledwo mogę mówić. Mam już tego dość. Wracajmy. Może uda się przeciąć nożem te jakieś gumowe ściany.
— Wrócimy tam, ale powinniśmy pierwej zbadać tę przestrzeń tutaj. Może znajdziemy wyj ście. Nie wydaje mi się, żeby dało się je znaleźć tam, w ciemności.
— Chodźmy tam zaraz. Nie mogę już. Ja… powiadam ci, jesteśmy obserwowani.