Kroki w nieznane - 1971
- Автор: Бестер Альфред, Браун Фредерик
- Год: 1971
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Lech Jeczmyk
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane - 1971». Краткое содержание книги:
— No, co tam z tobą? Nie możesz usiedzieć? Dojeżdżamy już.
— Duszno w tym pudle — mruknąłem, opuszczając okno, i wystawiłem głowę na ostry wiatr. Ciemność leciała w tył, tylko szmat szosy przed nami wibrował od pędu w świetle reflektorów.
Jeden zakręt, drugi — snopy światła otwierały długie ulice między pniami wysokich sosen. Jak białe duszki wyskakiwały z mroku i ginęły milowe słupki. Naraz asfalt skończył się. Chevrolet skoczył na wybojach i rwał tańcząc wąską, leśną drogą, aż mrowie przechodziło mnie na myśl, że możemy najechać na jakiś nie wykarczowany pniak. Nic jednak nie mówiłem. Drzewa rozrzedziły się przed nami, rozstąpiły się na boki, byliśmy na miejscu. Jak mogłem się spodziewać, Robert nie zwolnił na skraju polany i zahamował ze zgrzytem tuż przed majaczącą blado płachtą namiotową.
Przednimi kołami dotknął nieomal kołków, do których przywiązane były liny. Chciałem dociąć mu już za tę głupią brawurę, gdy wspomniałem, że to nasz ostatni wieczór.
W Albany na poste restante oczekiwała Roberta wiadomość, że ma za dwa dni stawić się w redakcji. Tyle właśnie czasu pochłonąć musiało przebycie tysiąca bez mała kilometrów, jakie dzieliły miejsce naszego biwaku od Ottawy: do Albany autem, dalej statkiem, potem znów autostradą. Robert zaproponował mi, żebym został nad jeziorem sam, do końca września, tak jakeśmy planowali, a ja, oczywiście, nie zgodziłem się na to.
Tuż za miasteczkiem, wyjeżdżając o zmroku na autostradę, przejechaliśmy zająca. Był to jedyny okaz dzikiej zwierzyny, jeśli nie liczyć pstrągów, który stał się naszym łupem myśliwskim. Wzięliśmy go do auta i teraz zabrali się do przygotowania kolacji. Zając był stary i wskutek tego oporny na działanie ognia; ugryźć dał się dopiero około północy. Zmagania z łykowatą pieczenią rozwiały nieco nasz grobowy nastrój, przyczyniło się do tego i piwo, chowane w bagażniku na jakąś szczególną okazję. Uznaliśmy, że właśnie nadeszła. Robert przypomniał sobie naraz przywiezione z miasteczka gazety i poszedł po nie do auta. Gasnące ognisko nie dawało dość światła, włączył więc boczny reflektor.
— Zgaś! — zawołałem.
— Zaraz.
Rozpostarł gazetowe płachty.
— Nie jesteś godny przebywania w tych czcigodnych ostępach — powiedziałem, zapalając fajkę. — Mieszczuch z ciebie i tyle.
— Słuchaj lepiej.
Robert pochylił się nad gazetą.
— Ten meteor, o którym pisano w zeszłym tygodniu, pamiętasz? Znowu się pokazał.
— Bujda.
— Ależ nie, słuchaj
Dziś w godzinach rannych — to wczorajsza,gazeta — zbliżył się po raz trzeci do Ziemi i wchodząc w górne warstwy atmosfery, rozpalił się do białości, po czym oddalił się, gasnąc. Na konferencji prasowej w Toronto profesor Merrywheather z miejscowego obserwatorium astronomicznego zdementował wersję, szerzoną przez pisma amerykańskie, jakoby ciałem tym byt statek kosmiczny, okrążający naszą planetę przed lądowaniem. Jest to — oświadczył profesor meteor, pochwycony ziemskim przyciąganiem, który stał się nowym księżycem i okrąża Ziemię po eliptycznej orbicie. W odpowiedzi na pytanie naszego korespondenta, czy należy liczyć się z upadkiem meteoru na Ziemię, profesor Merrywheather odparł, że nie jest to wykluczone, albowiem, zbliżając się przy każdym okrążeniu do Ziemi, meteor ulega zahamowaniu wskutek tarcia o powietrze. Kwestia ta, opracowywana przez liczne obserwatoria, zostanie niebawem wyjaśniona…
Tutaj mam gazety ze Stanów sprzed trzech dni. Ależ oni tam brykają:
„Gwiazdolot kosmiczny zbliża się”, „Elektromózgi będę tłumaczyły mowę nieznanych istot”, „Mamy gości z kosmosu…”
— No, popatrz — dodał z odcieniem żalu — a ja tu siedziałem w lesie.
— Przecież to wszystko kaczki — powiedziałem. — Zgaś światło i rzuć tę makulaturę.
— No tak, koniec baśni…
Robert wrócił w półmroku do ogniska, które zmieniło się w stos czerwonego żaru, dorzucił gałęzi, a gdy zajmowały się, usiadł na trawie i odezwał się niegłośno:
— A może to był statek… czemu się śmiejesz? — dodał. — Bo wiedziałem, że nie dasz temu spokoju.
— Ej, ty psychologu, psychologu — mruczał Robert, poruszaj ąc gałęzią ognisko, które jak podrażnione, wyrzucało snopy iskier, trzeszcząc przeraźliwie. — A dlaczego to nie mole być statek? No, powiedz.
— Powiem ci. Gdzie jest koc? Ciągnie od ziemi jak diabli. Zapowiada się na przymrozek. Więc, mój drogi, przez sześć tysięcy lat cywilizacji ziemskiej nie przybył do nas żaden pojazd kosmiczny. Takie wydarzenie zostawiłoby niechybnie ślad w kronikach historycznych… a nie ma go. Otóż prawdopodobieństwo jakiegoś zdarzenia można ocenić według jego częstości, rozumiesz? Wielkie meteory spadaj ą na Ziemię co jakiś czas — raz albo i dwa razy na stulecie. A statków nie było… dlatego prawdopodobieństwo, że to ogniste ciało było rakietą, jest praktycznie równe zeru.
— No tak… ale wiadomo przecież — Robert ożywił się że istnieją zamieszkane planety. Jeśli nie w naszym systemie słonecznym, to w innych. Tak, że wreszcie przyleci do nas jakiś statek…
— A, to możliwe. Za dwa miliony lat, powiedzmy. A może już za sto tysięcy. Nie chcę cię martwić, jak widzisz. — Cóż by to było za niesłychane zdarzenie… — marzył głośno Robert. — Uważasz, opinie dzielą się w tej kwestii w ten sposób: jedni sądzą, że taki kontakt z innymi przyniósłby nam dobrodziejstwa, a inni — że byłby to początek „wojny światów”. Po której stronie się opowiadasz?
— Po żadnej. Byłoby to coś w rodzaju wizyty ślimaków u wiewiórek i wyniki byłyby podobne: żadne. Różnice struktury nie dadzą się przekroczyć.
— Struktury mózgu?
— Nie tylko. Struktury życia w ogóle. Nawet gdyby posiadali mowę — co wcale nie jest pewne — nie dogadalibyśmy się z nimi…
— Po jakimś czasie dałoby się to przecież zrobić.
— Bardzo wątpię.
— Dlaczego?
— My, ludzie, jesteśmy wzrokowcami; mnóstwo naszych pojęć wywodzi się z dziedziny wrażeń optycznych. Ich doznania mogą się opierać na innej zasadzie… na przykład węchowej. Albo nieznanej, jeszcze innej, chemicznej, czy la wiem. Coraz zimniej się robi. Dorzuć do ognia. Więc, mniejsza nawet o różnice zmysłów, te w końcu pokonałaby się, ale wtedy zobaczylibyśmy, że nie mamy z nimi o czym mówić… Jesteśmy twórcami i udoskonalaczami futerałów do mieszkania, do okrywania ciała, do podróżowania… poza tym zajmujemy się karmieniem i oczyszczaniem naszych ciał, poruszaniem się w umówiony sposób (mam na myśli sporty) — otóż w tych wszystkich dziedzinach nie byłoby wspólnego języka…
— Cóż ty opowiadasz, Karolu? Nie przylecieliby przecież do nas, by rozmawiać o modzie czy sporcie.
— A o czym?
— No… o problemach ogólnych…
— O jakich?
— Cóż mnie tak egzaminujesz! O nauce, o fizyce, technice…
— Udowodnię ci, że się mylisz. Nie masz jakiego drucika pod ręką? Fajka mi się zatkała. Dziękuję ci. Otóż, po pierwsze, ich cywilizacja może rozwijać się w zupełnie innym kierunku aniżeli nasza — w takim wypadku porozumienie byłoby nadzwyczaj trudne. Ale nawet, jeśli założyć, że jak u nas, zasadza się ona na doskonalonej technice, to rozmowa nastręczałaby niewyobrażalne trudności. My nie jesteśmy jeszcze zdolni pokonać przestrzeni między gwiazdami, nieprawdaż, a ani, jeśli przybędą, wykażą tym samym, że potrafią to zrobić. Tak więc będą górować nad nami, będą nas wyprzedzać technicznie, a zarazem naukowo, bo jedno łączy się z drugim. Wyobraź sobie teraz, że fizyk współczesny, jakiś de Broglie czy Lawrence, spotyka swego ziemskiego kolegę sprzed stupięćdziesięciu czy dwustu lat. Tamten opowiada o jakichś flogistonach, a ten mówi o promieniowaniu kosmicznym, o atomach…