Kroki w nieznane - 1971
- Автор: Бестер Альфред, Браун Фредерик
- Год: 1971
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Lech Jeczmyk
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane - 1971». Краткое содержание книги:
— No dobrze, ale my wiemy już dziś o atomach, i to niejedno.
— Zgoda, ale oni wiedzą już znacznie więcej, atomy są może dla nich pojęciem grubo przestarzałym albo je w ogóle przeskoczyli, inaczej rozwi ązali zagadnienie materii… nie, nie myślę, żeby to były płodne rozmowy — nawet na terenie nauk ścisłych. A w sprawach codzienności nie znalazłoby się już nic wspólnego — tak więc, nie potrafiąc się porozumieć w konkretach, tym oczywiście nie porozumiemy się w sferze uogólnień, które są pochodnymi tych konkretów. Inne planety, inna fizjologia, inne życie umysłowe… chyba że… ale to bajka…
— Chyba że co? Mów.
— E, nic. Przyszło mi do głowy, że mogliby z pozoru być do nas bardzo podobni, a jednak przedstawiać świat niepojęty… — urwałem.
— Nie bardzo cię rozumiem. Co chciałeś powiedzieć?
— Chodzi to — wyjaśniłem; uderzając trzonkiem fajki o kamień — że na Ziemi tylko człowiek osiągnął wysoki stopień umysłowego rozwoju. W odmiennych warunkach mogłyby się równolegle rozwinąć dwa rozumne gatunki, różne od siebie…
— I wybuchłaby między nimi walka — czy o to ci chodzi?
— Nie. To wciąż jeszcze ziemski, antropocentryczny punkt widzenia. Ale dajmy temu spokój. Dochodzi druga, chodźmy spać.
— Dobry sobie. Teraz spać? Nie, musisz powiedzieć wszystko.
— Bóg z tobą. Powiem, chociaż wgadałem się w nieprawdopodobną bajdę. Jeden z tych gatunków rozumnych mógłby być człekokształtny, ale na niskim stopniu rozwoju… a ten drugi panowałby nad nim, i… wyobraź sobie taką sytuację: na Ziemi ląduje statek, odkrywamy w nim istoty podobne do nas, fetujemy je jako zwycięzców przestrzeni, a tymczasem są to po prostu formy z innego świata niższe, uważasz, które właściwi konstruktorzy pocisku wsadzili do pojazdu i wystrzelili w przestrzeń… tak jak my wysyłamy w rakietach małpy…
— To niezła historia. Dlaczego nie piszesz takich opowiadań? Masz bujną wyobraźnię.
— Nie pisnę bajek, bo robię coś innego. Ale teraz nie — odwołalnie już idziemy spać. Rano popływamy jeszcze po jeziorze, chciałem… ale czekaj no, co się dzieje?
— Gdzie?
— Tam, nad lasem.
Robert zerwał się z ziemi. Niebo, dotąd niewidoczne, pojaśniało. Zabłysły blaskiem obrzeża chmur.
— Co to, księżyc? Ale światło za silne… patrz. Przybór blasku nie ustawał. Chwila, a pobliskie drzewa jęły rzucać cienie. Naraz oślepiający słup ognia rozerwał chmury. Musiałem zamknąć oczy. Twarz i ręce oparzył momentalny gorąc. Ziemia wzdrygnęła się pode mną, skoczyła i zapadła. Potem dał się słyszeć przeciągły, ze wszystkich stron nieba nadlatujący grzmot, który rósł i opadał kaskadami. Przez słabnący łoskot słychać było przeraźliwy trzask i łomot padaj ących drzew. Gorący podmuch uderzył w nas, rozmiótł ogniska, poczułem palący ból w nodze — dostało mi się głownią. Krztusząc się w obłokach popiołu, potoczyłem się w bok. Z twarzą wciśniętą w trawę przeczekałem kilkanaście długich sekund. Powoli nastała cisza, niespokojny wiatr szumiał w gałęziach ocalałych drzew, ciemność wróciła i tylko nad północnym horyzontem pełgała czerwonawa łuna.
— Meteor! Ten meteor! — z uniesieniem zawołał Robert. Zakręcił się na miejscu, skoczył do auta i zapalił reflektory. W ich blasku ukazały się rzucone płasko na ziemię płachty namiotowe, pokłębione i osypane wygasłym żarem posłania, a Robert, biegnąc na wszystkie strony, donosił mi z podnieceniem:
— Przednia szyba wozu trzasła — widać jakiś odłamek… ten wielki świerk wyrwało z korzeniami… no, szczęście, że nas drzewa osłoniły… czekaj, wezmę lornetkę, pójdziemy zobaczyć z brzegu, co się tam dzieje…
Zostawiwszy za sobą światła samochodu, wąską dróżką dostaliśmy się na opadający łagodnie brzeg zatoczki. W dalekiej, pomrocznej łunie zaznaczały się słabo kształty ciemnych głazów, sterczących z wody. Robert lornetował ciemność na wszystkie strony, ale nie odkrył nic poza jednostajnym, szkarłatnym brzaskiem u północnego widnokręgu.
— Chodź! Pojedziemy tam. Obejrzymy z bliska. Chłopie, cóż będę miał za sensację! — zawołał Robert. Olśniony swym pomysłem, pośpieszył do obozowiska.
— Dla twojej gazety? — spytałem poważnie, choć w gardle łaskotał już śmiech.
— Ajakże.
— Minęła druga. Jest noc. Położymy się spać.
— Co ty mówisz!
— Położymy się spać! — oświadczyłem z naciskiem. Weź płachtę z drugiej strony, naciągniemy ją. Materace podziurawione jak rzeszoto… trzeba wyciągnąć poduszki z auta. Jeżeli to był meteor, do rana nie ucieknie. Przy świetle możemy zrobić wypad w tamtą stronę — jeziorem, bo wóz nie przejedzie. To, zdaje się, na północnym brzegu, na tych bagnach. Wóz cały?
— Tak, tylko przednia szyba.
— Dobre i to. A teraz spać.
Robert, mrucząc coś o drobnomieszczanach, którzy nawet pod koniec świata nakładaj ą filcowe pantofle, wespół ze mną postawił namiot i ułożył w nim siedzenia samochodowe. Mycie naczyń odłożyliśmy ze względu na wyjątkowe okoliczności do jutra. Zasypiałem już, gdy Robert odezwał się:
— Karol. Ze statystycznego punktu widzenia prawdopodobieństwo, że ten meteor spadnie akurat tutaj, było równe zeru. Co ty na to? Słyszysz? — podniósł głos.
— Słyszę — odpowiedziałem zły. — Daj mi wreszcie spokój.
Naciągnąłem koc na głowę i zasnąłem natychmiast. Obudził mnie ryk syreny samochodowej. Wyjrzałem z namiotu. Był już dzień. Robert krzątał się przy aucie. Zaczął tłumaczyć, że nacisnął syrenę niechcący. Nie dałem mu dokończyć i poszedłem do jeziora. Biwak nasz znajdował się na czubku wielkiego półwyspu. Jezioro otaczało go czarną, nieruchomą prawie taflą, w której odbijała się zwarta ściana lasu. Tu i ówdzie ziały w niej szczerby. Północny brzeg, rysuj ący się zazwyczaj cienką linią na horyzoncie, był niewidoczny; ciągnęła się tam ławica białych mgieł. Tuż za wielkimi głazami otwierała się głębia; skoczyłem w wodę, tracąc od razu dech, tak była zimna, i opłynąłem dokoła cypel; potem, leżąc na wznak i pracuj ąc nogami, wróciłem do brzegu. Robert spychał już łódź, musiał jednak zaczekać, aż zjem śniadanie, bo nie chciałem usłuchać go i jeść w czasie wyprawy. Potem silniczek nie chciał zapalić, trzeba było przedmuchać gaźnik, tak że odbiliśmy dopiero po dziesiątej.
Poszarpana linia lesistych brzegów rozciągała się za nami; oddaliwszy się od nich, poczuliśmy słaby wschodni wiatr, który podnosił fale. Silniczek pracował donośnie w czystym powietrzu i posuwaliśmy się szybko. Po kilkunastu minutach brzeg stał się siną smugą, za to ściana mgieł zdawała się podnosić, wysuwały się ż niej mleczne opary, sięgające pochmurnego nieba. Nie mając nic do roboty, siedziałem bez ruchu na ławeczce, a moje powątpiewanie w celowość wyprawy rosło.
Usiłowałem przypomnieć sobie wszystko, co kiedykolwiek czytałem o meteorach, a zwłaszcza o wielkim meteorycie syberyjskim. Miejsca jego upadku poszukiwano przez lata całe daremnie, a mieszkańcom okolic, nad którymi przelatywał, zdawało się, że spadł w ich bezpośrednim pobliżu. Jeśli „nasz” meteor był równie wielki, mógł spaść o kilkanaście mil dalej na północ, myślałem, i poszukiwania spełzną na niczym. Jednakże ta mgła… nigdy nie widziałem jeszcze tak gęstej, na podobnie wielkim obszarze. Przyszło mi raptem do głowy, że gotowiśmy zabłądzić w niej bez kompasu. Spojrzałem na rufę — brzegi znikły, otaczała nas czarna, pofałdowana, miarowo kołysząca łodzią powierzchnia wód. Jeśli meteor upadł nawet stosunkowo blisko… to i tak droga ku niemu przez bagna nie będzie łatwa.