Kroki w nieznane - 1971
- Автор: Бестер Альфред, Браун Фредерик
- Год: 1971
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Lech Jeczmyk
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane - 1971». Краткое содержание книги:
W aucie była mapa okolicy, należało ją zabrać, ale jak to zwykle bywa, zapomnieliśmy o tym. Centrum katastrofy wskazują korzeniami powalone drzewa… przynajmniej teoretycznie. Po brzegu, do którego zmierzaliśmy, nie łatwo się było poruszać nawet przy doby ej widoczności… Całe przedsięwzięcie wydawało mi się już bezsensowne, milczałem jednak, wiedząc aż nadto dobrze, że Robert będzie głuchy na argumenty rozsądku.
Dopływaliśmy do ściany mgieł. Wysuwała ku nam nisko ścielące się po wodzie, długie odnóża. Otoczyła nas mleczna jasność. Raz jeszcze, w prześwicie między dwoma kłębami oparów, zobaczyłem czarny obszar wodny, potem rozwijaj ące się języki mgły łagodnie zamknęły się i popłynęliśmy w ciepłej, wilgotnej chmurze. Opanowało mnie osobliwe uczucie — nie lęk, ale przemożne wrażenie, że zmierzamy ku czemuś niezwykłemu, co lada chwila wynurzy się z nieprzejrzanej jasności. Nacisnąłem rękojeść silniczka i wydobyłem jego wirującą śrubę z wody.
— Co robisz! — zawołał Robert.
Opuściłem drugą ręką wiosło, bo wydawało mi się, że dzieje się coś niedobrego. Woda, zamiast wzburzyć się wokół łopatki wiosła, pozostała nieruchoma.
— Robert! — krzyknąłem — prąd nas niesie. Przedtem żadnego tu nie było!
Białe opary zalewały łódź, rozmazując kształt dziobu; uderzając energicznie wiosłem, ustawiłem ją bokiem, potem tyłem do prądu, opuściłem śrubę, woda zawrzała za rufą, ale choć motor pchał nas teraz w przeciwnym kierunku, płynęliśmy dalej w głąb chmury, rufą naprzód.
— Wiosła! Robert, wiosła! — krzyknąłem.
Łódź nie kołysała się już jak przedtem. Dygocąc nieznacznie, ale tak, że czuło się w tych drobnych ruchach niezwalczoną siłę prądu, leciała, przecinaj ąc mgłę. Stawało się mroczniej, a w rozrzedzeniach mgły woda, uderzana wiosłami, ciemniała poprzez lotne opary dziwnie brunatna. Wysiłki nasze nie dawały rezultatu, przeciwnie, od straszliwego pędu ławeczka pode mną drżała jak napięta struna. Wtem basowy głos motoru rozebrzmiał tuż nad nami. Samolot! — zawołaliśmy z jakąś nierozumną nadzieją, podnosząc oczy w górę. Nie zobaczyliśmy nic. Odgłos motoru oddalał się, aż znikł, za to poprzez szczekanie naszego silniczka dał się słyszeć miarowy, głuchy szum, jak gdyby wodospadu. Na wprost ukazał się we mgle potworny garb, łódź stanęła dęba i runęła w dół. Rozpaczliwymi uderzeniami wioseł chcieliśmy utrzymać ją w równowadze, na próżno. Czułem, jak ławka wymyka się spode mnie; fala zimnym uderzeniem rzuciła mnie w bok, straciłem z oczu Roberta, odruchowa zacząłem płynąć, walcząc o utrzymanie się na powierzchni, czułem, jak słabnę. Leciałem po czarnej, nachylonej stromo krzywiźnie, ze wszech stron wody waliły w bulgocący potwornie lej. Wessało mnie. Ciągnęło głębiej i głębiej. Dusząc się, dławiąc, zobaczyłem pulsujące czerwono ognie i straciłem przytomność.
Odzyskałem ją w torsjach. Leżałem na brzuchu, na czymś elastycznym, napiętym, ustami i nosem wykrztuszałem wodę. Leżałem tak długo. Coś płaskiego, śliskiego uderzało mnie w bok — ten ruch zamierał i po jakimś czasie pojawiał się, to trzepotanie, jakby żywej istoty, trzeźwiło mnie. Wsparłszy się na rękach, siadłem. Zaczynałem widzieć. Dokoła była ciemność, ale przy mnie stał bardzo słaby, szarawy pobrzask. Opodal spoczywał jakiś duży, świecący blado przedmiot. Wciąż kaszląc, podniosłem ręce do twarzy, żeby ją przetrzeć, i znieruchomiałem. Moja koszula, mokra, jak wyżęta, przylepiona do ciała jak i szorty, mętnie przeświecała. Moje dłonie, palce, nagie przedramiona wydzielały fosforyczny, szarawy blask. Całe moje ciało żarzyło się mętnym, nie grzej ącym ogniem. Przetarłem kurczowo oczy, bo ogarniał mnie zawrót głowy. To nic, to tylko halucynacja — mówiłem sobie bez głosu. Otwarłem powieki. Obraz nie znikał, przeciwnie, odkrywałem coraz nowe szczegóły. Owym kształtem opodal był Robert. Ciało jego połyskiwało jak moje. Z największym wysiłkiem uniosłem się i na kolanach dopełzłem do niego. Potrząsnąłem go za ramię, raz i drugi — ocknął się, zobaczyłem jego oczy, nie świecące i przez to odznaczaj ące się ciemnymi plamami w twarzy. Zaczął oddychać głębiej, zakrztusił się gwałtownie, wyrzucając ustami wodę. Zbyt słaby, by go podźwignąć, siedziałem cierpliwie, czekając, aż oprzytomnieje do reszty.
— Co to… Karol? Gdzie… my…? — odezwał się na koniec ochryple. Milczałem patrząc, jak wstaje chwiejąc się, jak odkrywa ten sam fenomen świecenia, który tak mnie przed chwilą poraził. Siły wracały mi powoli. Oddychałem głęboko, czując, jak przejaśnia mi się w głowie. Stanąłem przy Robercie. Spojrzeliśmy na siebie; znajome rysy uniezwyklało mętne, blade jarzenie skóry.
— Co to? — powiedział Robert, postąpił naprzód i zatoczył się, a spod nóg wyprysnęło mu coś, trzepocąc głośno. Schyliłem się i przez palce przemknął mi drgający, śliski kształt.
— Ryba — powiedziałem zdumiony.
— Ryba? Ależ… ależ ona świeci… — wybełkotał Robert. Rzeczywiście, ryba pełgała bladą poświatą, która zdawała się przenikać przez jej łuskę.
— Jak my… ale słabiej… — rzuciłem, rozglądając się. Dokoła niewyraźnymi plamami fosforyzowały ryby, tłukące niemrawo o podłoże. Zauważyłem, że podłoże to lekko uginało się pod krokami. Usiłowałem zbadać je, pochylając się nisko. W regularnych odstępach ziały w nim okrągłe otwory, tak wielkie, że mogłem przecisnąć przez nie dłoń.
— Gdzie my jesteśmy?… — doszedł mnie głos Roberta, który patrzał bez ruchu, jak po bark wciskam rękę w otwór. Nie natrafiłem na żaden opór — pod spodem była pustka.
— Nie wiem. Nic nie rozumiem. Musimy rozejrzeć się… o ile to możliwe, tutaj — powiedziałem, wstając. — Skoro dostaliśmy się tu, musi, być jakieś wejście, trzeba je znaleźć.
Sam nie wiem, dlaczego nie wierzyłem w to, co mówiłem. — Chodźmy — zgodził się Robert. Odrywał mokrą koszulę od piersi, przeciągnął kilka razy palcami po świecących udach.
— Co to może być? — mruknął.
Ruszyłem z miejsca. Posuwaliśmy się niemal po omacku w głębokiej ciemności, której prawie nie rozwidniały nasze jarzące się ciała. Idąc ostrożnie, na ugiętych nogach, z rozpostartymi rękami, bo ta poddająca się substancja pod stopami nie budziła zaufania, napotkaliśmy kilka kroków dalej trochę ryb, dających słabe znaki życia. Jedna, śnięta, nie świeciła wcale. Zwróciłem na to uwagę. Postępowaliśmy po łagodnie wznoszącej się pochyłości. laraz Robert natrafił na ścianę, a właściwie zaklęsłą, gładką powierzchnię. Dotykając jej od dołu do góry, doszedłem do przekonania, że znajdujemy się we wnętrzu jakiej ś dużej wnęki czy pieczary o obłych kształtach. Dalej dziury w podłożu znikły, tak że posuwaliśmy się nieco szybciej. Robert wyprzedził mnie. W brzasku, jaki rzucała jego postać, dostrzegłem drugą, przeciwległą ścianę, tak samo sklepioną.
— To jakieś okrągłe koryto podziemne, czy co… — odezwał się. Nic nie odpowiedziałem. Robert wydobył składany nóż, przytknął go do matowej powierzchni i pchnął. Ostrze weszło prawie po rękojeść, tak że wyciągnął je nie bez trudu. W jakimś bezsensownym gniewie dźgnął jeszcze kilka razy podatną substancję.
— Daj spokój — rzuciłem surowo. — To nie ma sensu. — Proszę cię, proszę — Robert schował nóż i ruszył dalej. Blado świecąc, jego sylwetka poruszała się w mrokach przede mną. Stanął, pochylił się, a potem znów wyprostowany, wezwał mnie w podnieceniu.
— Tu jest coś… — jakaś droga…
W ścianie chodnika, którym szliśmy dotąd, otwierał się rozległy lej czy może wylot wiodącego dokądś przewodu nie mogliśmy zrazu tego stwierdzić, ale zapatrzony w mroczną głąb, aż kłuła mnie w oczach, odniosłem wrażenie, że daleko tli się tam opalizująca iskierka. Dno tego leja leżało na wyższym poziomie niż chodnik. Wstąpiliśmy do środka. Pod nogami uginało się wciąż bo samo elastyczne podłoże. Światełko zbliżało się, rosło, aż zajaśniało tuż nad naszymi głowami. Po wklęsłym stropie biegła rozjarzona smużka, zrazu cienka jak nitka, potem coraz grubsza, aż przeszła w błękitnawą żyłę, która wiodła w głąb korytarza. Z boku pojawił się w ścianie otwór. Wysuwała się zeń cienka, świecąca żyłka i łączyła z tą, która biegła pod stropem. Jakby zmówiwszy się przystanęliśmy.