Desiderium Intimum
- Автор: Gobuss, Lindt Ariel
- Язык: польский
- Жанр: Фанфик
Электронная книга - «Desiderium Intimum». Краткое содержание книги:
Kiedy jedno zdarzenie zmienia całe Twoje życie...
- Zgredek przyniósł kolację Harry'emu Potterowi! - oznajmił skrzat. - Wybrał najlepsze
dania! Wszystko, co lubi Harry Potter.
- Bardzo ci dziękujemy, Zgredku - odparła Hermiona, wstając i wyjmując z rąk
podekscytowanego skrzata tacę z kolacją. - Mam nadzieję, że to nie był dla ciebie
zbyt duży kłopot.
- Och nie! Zgredek zrobił to z przyjemnością! - Skrzat uśmiechnął się szeroko. -
Niech Harry Potter zawoła, jeżeli tylko będzie czegoś potrzebował. - Po tych słowach
Zgredek aportował się z kolejnym głośnym trzaskiem.
Hermiona postawiła tacę na kolanach Harry'ego.
- Nie wyjdziemy stąd, dopóki nie zjesz tego wszystkiego.
Harry wziął do ręki widelec i spojrzał na parujące dania. Kiełbaski, tuczone ziemniaki,
pudding ryżowy i sok z dyni. Jego żołądek zaburczał donośnie. Chyba nigdy w życiu
nie był tak głodny jak teraz, dlatego, niewiele myśląc, zabrał się za jedzenie.
Hermiona obserwowała każdy jego ruch, każdy kęs, który wkładał do ust, każdy łyk
soku z taką uwagą, jakby bała się, że kiedy tylko odwróci wzrok, taca z jedzeniem
wyląduje za oknem.
W końcu Harry nie wytrzymał tego. Przełknął i mruknął do niej:
- Hermiono, czy mogłabyś przestać tak się we mnie wpatrywać? Nie mogę się
skupić. Obiecuję, że nie upuszczę ani okruszka. Mogę nawet wylizać talerz, jeżeli
poprawi ci to humor.
Hermiona rzuciła mu niedowierzające spojrzenie, a jej usta otworzyły się ze
zdumienia.
O co jej chodziło? Czyżby powiedział coś aż tak niezwykłego?
Zanim jednak zdążył o to zapytać, drzwi gabinetu otworzyły się i wyszła zza nich pani
Pomfrey, niosąc w rękach kilka butelek różnobarwnych eliksirów, które postawiła z
trzaskiem na stoliku obok łóżka.
Harry spojrzał na eliksiry i jęknął w duchu.
Chyba uwolnienie się stąd będzie go kosztowało znacznie więcej wysiłku niż
początkowo sądził...
--- rozdział 60 ---
60. I don't believe you
Jeszcze tego samego wieczoru Harry wyszedł ze szpitala. Kiedy w końcu udało mu
się uciec od Rona i Hermiony, nie marnował już więcej czasu i od razu zabrał się za
naukę. Czuł się najedzony, wyspany i wypoczęty, mógł więc całą noc spędzić nad
książką, którą wyszukał ostatnio w bibliotece, a której nie miał jeszcze okazji
dokładnie przestudiować.
Położył się dopiero nad ranem, ale i tak nie mógł zasnąć. Dwadzieścia osiem godzin
snu bardzo skutecznie naładowało jego akumulatory. Rano posłusznie poszedł z
Ronem i Hermioną na śniadanie, a następnie skierował swoje kroki do biblioteki,
gdzie czekał go szlaban. Nie miał jednak najmniejszego zamiaru wykonywać
swojego zadania w sposób, którego od niego oczekiwano. Stwierdził, że to będzie
doskonała okazja do dokładnego przyjrzenia się zbiorom biblioteki i może nawet uda
mu się odkryć jakąś książkę, czy dwie, które mogłyby mu się przydać w
przygotowaniach do starcia z Voldemortem.
Nie zawiódł się. Jeszcze przed obiadem wyszukał bardzo ciekawą pozycję o silnych
zaklęciach ofensywnych opartych na czterech podstawowych żywiołach. Chociaż
uważał, że oblanie Voldemorta wodą nie na wiele mu się przyda podczas walki, to
zaklęcia pozostałych trzech żywiołów wyglądały niezwykle interesująco, chociaż
podejrzewał, że nie wystarczy mu czasu na nauczenie się żadnego z nich, ponieważ
wyglądały na naprawdę trudne i skomplikowane.
Po obiedzie odwiedziła go Hermiona, aby zapytać jak sobie radzi i zaoferować
pomoc, ale Harry zbył ją szybko. Nie mógł dopuścić do tego, by odkryła, jakimi
książkami jest zainteresowany. Idąc na kolację, odczuwał już pewne zmęczenie
całonocną i całodzienną batalią z książkami. Tytuły oraz informacje fruwały mu przed
oczami, mieszając się ze sobą.
Kiedy wszedł do Wielkiej Sali, jego wzrok mimowolnie musnął odległy stół
nauczycielski. Ciemnej sylwetki znowu przy nim nie było. Nie widział jej ani na
śniadaniu, ani na obiedzie.
To dobrze. Najchętniej nie oglądałby jej już nigdy w życiu.
Usiadł obok Rona i pomachał siedzącej kilka miejsc dalej Ginny. W jakiś sposób jego
zemdlenie rozładowało napiętą sytuację pomiędzy nim a rodzeństwem Weasleyów.
Ron zachowywał się teraz naprawdę przyzwoicie, chociaż mogło to mieć coś
wspólnego również z tym, jak on sam się czuł od przebudzenia. Jakoś... inaczej.
Chociaż nie potrafił powiedzieć, dlaczego ani co się zmieniło.
Plask.
Harry spojrzał z zaskoczeniem na swój talerz, na którym wylądowała kopiasta łyżka
sałatki z tuńczyka, a zaraz za nią kolejna.
- Weź dużo, Harry. Jest naprawdę dobra - powiedziała Hermiona, uśmiechając się do
niego zachęcająco.
- Hej, mogłabyś mi też nałożyć? - zapytał Ron, patrząc wygłodniale na sałatkę.
Hermiona rzuciła mu takie spojrzenie, jakby poprosił ją co najmniej o to, aby weszła
na stół i zaczęła tańczyć. - No co? - Ron zapadł się w sobie pod jej spojrzeniem. -
Jemu nałożyłaś.
- Ponieważ Harry musi jeść. A ty wręcz przeciwnie. Gdyby zebrać wszystko, co
pochłaniasz, można by tym wykarmić małą wioskę.
- Wielkie dzięki - burknął Ron urażonym tonem, ale w tej samej chwili Harry przestał
zwracać na niego uwagę, ponieważ kątem oka dostrzegł mignięcie czarnej peleryny.
Błyskawicznie odwrócił głowę i... zobaczył go.
Snape'a.
Mężczyzna wszedł do Wielkiej Sali pospiesznym krokiem i usiadł na swym miejscu
przy stole nauczycielskim.
I Harry... doznał dziwnego wrażenia... jakby widział go po raz pierwszy... tak
naprawdę widział, ponieważ wcześniej jedynie... patrzył. I dlaczego wydawało mu
się, że Wielka Sala nagle się zmniejszyła? I dlaczego jego serce... serce, które
przecież powinno być zamrożone... dlaczego zaczęło reagować w taki niezrozumiały
sposób? Dlaczego?
Zacisnął zęby i spojrzał z powrotem na talerz... i na swoje drżące pięści.
Działo się coś bardzo niedobrego. Z nim. Ze... wszystkim. I bardzo mu się to nie
podobało.
Jakby... jakby... pojawiały się...
Nie!
Zamknął oczy i wziął bardzo głęboki oddech. Kiedy je otworzył, napotkał badawcze
spojrzenie Hermiony.
- Miahaś hację, Hehmioho... haprahdę dohra... - wymamrotał Ron z ustami pełnymi
sałatki.
Harry przełknął ślinę i wziął do ręki widelec.
Voldemort. Tylko Voldemort. Tylko on się teraz liczy. Tylko on.
Zabrał się za jedzenie, ale przez cały czas miał dziwnie ściśnięte gardło. Wydawało
mu się, że w Wielkiej Sali panuje o wiele większy zaduch niż zwykle. Gdzieś na
granicy jego widzenia wciąż majaczyła ciemna sylwetka, siedząca przy stole
nauczycielskim, która zdawała się ściągać jego uwagę.
Był zły na siebie. I ta złość potęgowała się z każdą chwilą, osiągając apogeum w
momencie, kiedy skończył jeść, z trzaskiem odłożył widelec na stół i sterowany
jakimś niezrozumiałym wewnętrznym głosem... podniósł głowę i spojrzał prosto na
niego. Prosto na Snape'a.
Mistrz Eliksirów siedział z lekko pochyloną głową i właśnie unosił kieliszek do ust, ale nagle jego ręka zatrzymała się i mężczyzna, jakby wyczuwając na sobie czyjś
wzrok... poderwał głowę. Zaczął się rozglądać po wypełnionej uczniami sali i po
chwili... odnalazł spojrzenie Harry'ego.
Ich oczy spotkały się.
I Harry poczuł się tak, jakby nagle cała Wielka Sala skurczyła się do rozmiaru tego