Desiderium Intimum
- Автор: Gobuss, Lindt Ariel
- Язык: польский
- Жанр: Фанфик
Электронная книга - «Desiderium Intimum». Краткое содержание книги:
Kiedy jedno zdarzenie zmienia całe Twoje życie...
warto było się zatrzymywać i zaczynać zastanawiać, bo wtedy... wtedy...
Nieważne.
Westchnął ciężko i po prostu... zaczął iść, chociaż czuł się tak, jakby za tymi
drzwiami pozostawił coś bardzo cennego.
***
W ciemności blask, który wydobywał się z trzymanej przez Harry'ego szklanej kulki,
wydawał się o wiele jaśniejszy. Nie wiedział, jak długo się w nią wpatruje. Wyjął ją od
razu, kiedy tylko usłyszał chrapanie Rona i Neville'a. Nie zastanawiał się, dlaczego to
zrobił. Po prostu patrzył... patrzył w te czarne jak smoła oczy... w to surowe oblicze,
które rozjaśniało się lub pochmurniało, w zależności od tego, jaki obraz twarzy
Snape'a przywoływał...
O, a teraz był... wygłodniały, zachłanny... taki, jak wtedy, kiedy... kiedy...
Zmarszczył brwi, wpatrując się w ogień tańczący w źrenicach mężczyzny.
Jak mógł tak... w jaki sposób to robił? Jak mógł patrzeć na Harry'ego w taki sposób,
skoro przez cały czas udawał? Jak ktoś, kto ma w sobie jedynie lód, może być tak...
gorący? Jak ktoś, kto nienawidzi, może spoglądać tak, jakby spalał się od środka z
pragnienia?
Jak ktoś, kto odczuwa jedynie wstręt, może szeptać z taką naglącą potrzebą...?
Pokaż mi, jak się masturbowałeś, kiedy o mnie myślałeś.
Echo tego głosu, w swojej głowie... w połączeniu z takim spojrzeniem...
Mimowolnie rozsunął rozporek, nie spuszczając wzroku z przypatrującej mu się ze
szklanej kulki twarzy.
A teraz wyjmij go powoli.
Zrobił to. Był gorący. Nabrzmiały. I tęsknił za dotykiem.
Możesz zaczynać.
Na próbę przesunął po nim dłonią. Poczuł szarpnięcie w lędźwiach. Och, jak bardzo
za tym tęsknił... Przesunął po raz kolejny, naciągając napletek na wrażliwej,
zaczerwienionej główce.
Och tak...
Przyspieszył, poruszając dłonią w górę i w dół. Penis drżał mu pod palcami.
Pulsował.
Tak, tak, tak. Merlinie, prawie zapomniał jakie to było przyjemne...
Wolniej.
Wykonał polecenie, chociaż sprawiło mu to ogromną trudność. Pragnienie było zbyt
silne...
I nawet jeżeli zaciskał wargi najmocniej, jak potrafił, to i tak nie był w stanie
powstrzymać wymykających mu się z ust cichych pojękiwań.
Właśnie tak. Jęcz. Jęcz dla mnie.
O bożeeee...
To było zbyt... zbyt...
Jego powieki same się przymykały...
Ciepły, ciasny tunel więził jego penisa, przesuwając się po nim coraz szybciej i
szybciej i...
Patrz na mnie, Potter.
Gwałtownie otworzył oczy i zobaczył to wbite w siebie, dzikie, rozpalone spojrzenie,
płonące jak w gorączce, pochłaniające go...
Orgazm chwycił go w swoje szpony mocno i brutalnie, szarpiąc jego ciałem i
miażdżąc wszystkie mięśnie, wysysając z niego niemal każdą kropelkę białej cieczy,
która zalała mu dłoń i brzuch, oraz zamieniając spazmy w przyjemność tak silną, iż
wydawało mu się, że zaraz zemdleje. Przed oczami widział jedynie gwiazdy. I dwa
niekończące się tunele.
Tak długo...
W końcu napięcie zamieniło się w drżenie, a zalewające go fale żaru powoli zaczęły
odpływać. Rozprostował zaciśnięte konwulsyjnie palce i spojrzał w parę źrenic, które
teraz pałały tylko jednym... satysfakcją...
Doskonale.
Zanim jednak echo orgazmu na dobre się uciszyło, a żar odpłynął... jego dłoń
gwałtownie zacisnęła się na kulce i to z taką siłą, jakby chciał ją zmiażdżyć. Pod jego
drżącymi palcami obraz Snape'a zaczął się rozpływać i w końcu całkowicie zniknął.
Napłynął chłód.
Co on najlepszego zrobił? Co zrobił?!
Miał o nim zapomnieć, a nie... a nie...
Zerwał się z łóżka i ukrył twarz w dłoniach. Wściekłość na samego siebie rozpalała
jego żyły jeszcze skuteczniej niż wcześniejsze podniecenie.
To wszystko, co robił... było żałosne. Musi przestać, musi znaleźć jakiś sposób,
żeby... Musi stąd wyjść! Musi się od tego uwolnić. Odetchnąć. Zapomnieć.
A co najlepiej pomagało zapomnieć? Znał odpowiedź na to pytanie.
I wiedział, jak to zdobyć.
Wrzucił kulkę pod poduszkę, jednocześnie wyciągając spod niej swoją różdżkę.
Szybko się oczyścił, sięgnął po Mapę Huncwotów i błyskawicznie odnalazł
znajdującą się w lochach czarną kropkę z napisem Severus Snape. Rozejrzał się po
korytarzach. Filch był na trzecim piętrze, a pani Norris na piątym. Złapał pelerynę
niewidkę, zerwał się z łóżka, ubrał się ciepło i na palcach wymknął się z dormitorium.
W Pokoju Wspólnym znajdowało się jeszcze kilkoro uczniów, ale dzięki pelerynie
prześliznął się niezauważony. Sprawdzając mapę, aby nie natknąć się na żadnego
nauczyciela patrolującego korytarze, wyszedł z zamku i, brodząc w śniegu, dotarł
pod Wierzbę Bijącą. Unieruchomił ją zaklęciem Immobilus i podziemnym korytarzem
przeszedł do Wrzeszczącej Chaty. Wolałby użyć przejścia znajdującego się za
posągiem Jednookiej Wiedźmy, ale był pewien, że miałby ogromne trudności z
wydostaniem się z Miodowego Królestwa w środku nocy, kiedy sklep był zamknięty.
Uchylił krzywe, ledwie trzymające się na zawiasach drzwi i wydostał się na zewnątrz.
Wiatr był tutaj jeszcze bardziej przenikliwy niż na błoniach. Słyszał, jak wyje i
świszczy w szparach pomiędzy rozpadającymi się deskami. Rozmasował
przemarznięte ramiona i ruszył w kierunku majaczących w ciemności świateł wioski.
Przez chwilę pomyślał, że może dobrze by było spróbować zatrzeć za sobą ślady,
które zostawiał w śniegu, ale bardzo szybko porzucił ten pomysł. To nie było ważne.
Zresztą, kto by go tu szukał?
Hogsmeade w nocy wydawało się niemal wymarłe. Jedyną oznaką życia były
rozświetlone gdzieniegdzie okna, które rzucały na śnieg kwadraty ciepłego światła.
Harry starannie je omijał, zmierzając wprost ku swemu celowi... ku leżącej w pewnym
oddaleniu od głównego traktu karczmie. Wiedział, że będzie otwarta. I że nikt nie
zwróci uwagi na kolejnego, ukrywającego się przybysza.
Przystanął przed drzwiami. Ze środka dochodziły głośne rozmowy, zachrypnięte
śmiechy i pijacki bełkot. Wziął głęboki oddech i pchnął ciężkie drzwi Świńskiego Łba.
Tak, jak się spodziewał, nikt nie zwrócił uwagi na samo-otwierające się drzwi, ani
pojawiające się na zabrudzonej, drewnianej podłodze mokre ślady. Rozejrzał się.
Dostrzegł grupę podchmielonych czarodziejów o długich, splątanych włosach,
ubranych w wytarte, połatane płaszcze, którzy wyglądali tak, jakby karczma była ich
miejscem zamieszkania. Pod ścianą siedziało kilka zakapturzonych postaci, a przy
jednym ze stolików dwie młode kobiety, które zdawały się w ogóle nie pasować do
tego miejsca. Ale w momencie, kiedy jedna z nich odwróciła na chwilę głowę,
dostrzegł jej oczy - miały jadowicie żółty kolor i podłużne źrenice. A więc nie były
ludźmi. Tak samo jak siedzący pod oknem mężczyzna o chropowatej skórze
przypominającej korę drzewa.
To było właśnie takie miejsce. Skupiające wyrzutków. Odmieńców. Tutaj mogli być
sobą i nikt nie zwracał na nich uwagi. Harry do tej pory nie mógł uwierzyć, że Tonks
wybrała właśnie to miejsce na ich świąteczną zabawę. Teraz, bez tych wszystkich
dekoracji, karczma wyglądała jak najgorsza speluna, z podłogą zasypaną słomą i tak
zapuszczonym barem, iż wydawało się, że szorujący go barman jedynie
rozsmarowuje na nim brud. Ale Harry'emu to nie przeszkadzało. Liczyło się tylko to,