Kroki w nieznane - 1971
- Автор: Бестер Альфред, Браун Фредерик
- Год: 1971
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Lech Jeczmyk
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane - 1971». Краткое содержание книги:
— Daleka przeszłość, Bóg z nią — mówił dalej First. — Przyznam się, że dostaję dreszczy na samą myśl znalezienia się wśród waszych praszczurów, oglądania jaskiń, gigantycznych drzew zamiast miasta, które w ciągu ostatnich kilku wieków stało się prawie moim. Nie, mnie wcale nie pociąga przeszłość. Jedyne, czego bym pragnął — to znaleźć się znów w legionach wielkiego Cezara. Chociaż kto wie, chyba byłoby mi obecnie przykro walczyć przeciwko Gallom — uśmiechnął się First.
Siedzieli przy oknie i First chwilami spoglądał w stronę starych wież zupełnie takim spojrzeniem, z jakim bardzo starzy ludzie patrzą na cmentarz. Wielka litość wobec tego człowieka, prawdopodobnie jedynego rówieśnika ludzkości, wzruszyła Krafta. Zaczynał rozumieć, iż mało pocieszające jest to, że życie Firsta mierzyło się nie latami, ale dziesiątkami metrów.
— Howard, Pele i Fosler, którzy zniknęli swego czasu z miasta, to za każdym razem też był pan? — spytał Kraft.
— Tak, to ja — odpowiedział spokojnie First — i za każdym razem nie ze swej woli. Na mnie czatują inne niebezpieczeństwa. Jak już wspomniałem, tak jak i ty, nie jestem wolny od przypadków. Oto pewnego razu, zdaje się na początku ubiegłego wieku, byłem na tyle nieostrożny, że wynająłem powóz. Dom, do którego spieszyłem, stał w punkcie dobrze mi znanym. Ale woźnica był pijany i przejechał 10 metrów dalej, a ta odległość znacznie już skracała moje życie. Na zatrzymanie powozu nie było czasu. Wyskoczyłem więc w' pełnym biegu i złamałem nogę. Odtąd nigdy nie jeżdżę powozem. Okazało się to dla mnie zbyt kosztowną przyjemnością. Ale prawdziwego wroga mam tylko jednego.
— Czy to ten, z którym pan walczył wówczas nad rzeką?
— Tak, to właśnie on, Secand. On jest taki sam jak ja, ale jest między nami jedna różnica. On zjawił się później niż ja i z pewnymi właściwościami, zbliżającymi go do rodzaju ludzkiego. Tak jak wy nie wiecie, co się stanie z wami jutro, tak on nie wie, co się stanie z nim na następnym metrze przestrzeni i do jakiego czasu zostanie przerzucony. Jakaś nieznana siła kieruje nim i nieoczekiwanie wyrywa go z czasu według własnego widzimisię. Jest mu o wiele lżej niż mnie. Nie potrzebuje sam decydować, czy odejść od bliskich ludzi do innego czasu, gdzie znajdzie, być może, pustynię lub sterty gruzów na znanym już terenie. Ale mimo to ten idiota uważa, że kierowanie czasem — to ogromne szczęście, którego on jest niezasłużenie pozbawiony. Wówczas gdy pan, panie Kraft, mnie zaaresztował, on rzucił się na mnie nieoczekiwanie i pociągnął do rzeki. Udało mu się zabrać mi pięć metrów życia i musiałem dlatego natychmiast odejść. Nie wiem, po co mu to było potrzebne. Przecież wiedział, kim jestem. My rzadko się spotykamy, ale poznajemy się od pierwszego wejrzenia.
— Gdzie więc on zniknął wówczas?
— Moje uderzenie odesłało go do innego czasu. Możliwe, że obecnie przebywa na tym miejscu z naszymi praprawnukami. Kraft drgnął i spojrzał na opustoszały lokal. Oto przywidziały mu się sylwetki tych jeszcze nie narodzonych ludzi, które w milczeniu usadowiły się niedaleko ich stolika.
— Może być też i inna wersja — powiedział First i głęboki cień przemknął po jego twarzy. — Second podróżuje w czasie do przodu i do tyłu. Tamtego dnia widocznie wrócił z dalekiej przeszłości. Nie może pan sobie wyobrazić, jak przerażające było patrzeć na zwykłą twarz Europejczyka zniekształcaną w strasznym grymasie gęby Neandertalczyka… Wówczas go uderzyłem…
— Jakie to przykre — cicho mruczał Kraft. — Dwóch was tylko i jesteście wrogami!
— Cóż zrobić? Ja z Secondem przebywam na tej samej przestrzeni, wy zaś żyjecie ze swymi wrogami w tym samym czasie. Ale to nie jest istotne. Przeraża mnie co innego: to stałe odczuwanie skończonej przestrzeni, nieustanne zbliżanie się do punktu granicznego, te marne dziesiątki metrów, które mi pozostały… Przejęty niezwykłością sytuacji Kraft zdecydował się wreszcie zadać Firstowi ostatnie pytanie, które nurtowało go od początku spotkania.
— Czy pan też boi się śmierci? First opuścił głowę.
— A czy wy wiecie o niej cośkolwiek?
— Absolutnie nic. Zawsze myślałem, że strach przed śmiercią powstaje dlatego, że o niej nic nie wiemy.
— Rozumiem was — powiedział First — sam nieraz krajałem trupy i dobrze wiem, jak wygląda człowiek na skraju swej drogi w czasie. Ale co stanie się ze mną, gdy zabraknie mi przestrzeni?… Bar już zamykano, więc obaj wyszli na ulicę. Pożegnali się przed domem Krafta. First zabrał część swych rękopisów. Nazajutrz znów mieli się spotkać.
Kraft długo nie mógł zasnąć tej nocy. Rozmyślał nad niezwykłą okazją, którą mu stworzył przypadek. Oto ostatnie swoje dni spędzi na rozmowach z człowiekiem, który widział to, o czym nie napisano jeszcze w żadnej z książek.
Nazajutrz First nie przyszedł na umówione spotkanie. Koło południa Kraft, kupiwszy poranną gazetę, przeczytał w niej notatkę o nieznajomym młodym człowieku, który przechodził wczoraj wieczorem ulicą w północnej części miasta i został uderzony przez jadący powóz. Woźnica zabrał rannego, który stracił przytomno ść, i wiózł przez całe miasto do szpitala. Kiedy zatrzymał się przed szpitalem, w powozie nie było nikogo. Dokładnie przeszukano cały teren w pobliżu, ale bez skutku. Udało się odnaleźć tylko zakrwawioną teczkę pełną arkuszy z rysunkami kości i czaszek, prawdopodobnie należącą do rannego. Ranny młody człowiek przypuszczalnie spadł z mostu do rzeki i został uniesiony z prądem.
przekład: Mikołaj Dubrawski
Stanisław Lem
Szczur w labiryncie
Ułożyłem na półkach teczki z protokołami doświadczeń i zamknąłem szafkę. Powiesiwszy klucz na gwoździu, poszedłem do drzwi. Kroki donośnie rozbrzmiewały w nagrzanej ciszy. Sięgając do klamki, zatrzymałem się z podniesioną głową. Usłyszałem lekki, pośpieszny szelest.
— Szczur — przeleciało mi przez głowę. — Wymknął się z klatki? To niemożliwe.
Labirynt, rozstawiony na stołach, mogłem ogarnąć jednym spojrzeniem. Kręte korytarzyki pod szklaną osłoną były puste. To chyba złudzenie. A jednak nie ruszałem się z miejsca. Znowu szmer od okna. Wyraźne szuranie pazurków. Odwracaj ąc się, przysiadłem szybko i zajrzałem pod stoły. Nic. Znów szmer, tym razem z drugiej strony. Podbiegłem do pieca. Zza pleców dobiegł mnie natarczywy, krótki szmer. Zastygaj ąc na miejscu, powoli zwróciłem głowę w bok i patrzałem kątem oka. Było jasno i cicho. Drugi szmer i trzeci, z przeciwnej strony. Roztrąciłem gwałtownie stoły. Nic. Tuż przy mnie bezczelne szuranie, odgłos gryzionego drzewa. Nieruchomy jak posąg obserwowałem pokój. Nic. Raptem trzy, cztery ostre szmery, szurgot pod stołami. Dreszcz obrzydzenia poszedł mi po grzbiecie.
— No, nie boisz się chyba szczurów — skarciłem się. Od szafki, którą zamknąłem przed chwilą, dobiegło energiczne zgrzytanie ząbków. Dopadłem drzwiczek — coś miota się za nimi, kotłuje miękko, ciska. Szarpię zamek… i szary kłąb bucha mi prosto w piersi. Zdławiony strasznym lękiem, bez tchu, z ohydnym skurczem w krtani obudziłem się z takim wysiłkiem, jakbym wyważał sobą kamienną płytę.
W aucie było ciemno. Ledwo dostrzegłem profil Roberta w zielonym świetle zegarów. Odchylił się nonszalancko do tyłu, ręce skrzyżował na kierownicy. Podpatrzył gdzieś ten chwyt, pewno u jakiegoś zawodowego kierowcy.