Fabryka bezkresnych snów
- Автор: Баллард Джеймс Грэм
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Fabryka bezkresnych snów». Краткое содержание книги:
Podziwiałem Starka i jego sen o urządzeniach gospo-darstwa domowego, ale myślałem tylko o Miriam St. Cloud i czekałem na nią w nadziei, że założy dla mnie swoją suk-nię ślubną. Obawiałem się, że i ona może pokazać się nago na tych wieczornych ulicach. Choć wchłonąłem ją raz w moje ciało, choć czułem, jak jej kości zderzają się z moimi i jak jej pochwa zaciska się na moim członku, nie pożąda-łem już Miriam seksualnie, gdyż moje pożądanie zostało wyługowane przez nasz wspólny lot. Chciałem ją tylko uści-skać w ten sam sposób, w jaki pragnąłem zespolić się ze wszystkimi innymi żywymi stworzeniami w tym mieście. – Blake, nauczysz nas latać?…
– Nocny lot, Blake… Naucz nas latać nocą. Nastolatki, które rozpierały się na otomanach przed skle-pem meblowym, przeszły przez ulicę, a ich przystrojone kwiatami ciała lśniły w kolorowych światłach, lecz mimo chichotów i nieśmiałości również i te dziewczęta nie zda-wały sobie sprawy z tego, że są nagie. Pomachały do mnie, choć grupka chłopców popychała je w przechadzającym się tłumie.
– Chodźcie tu! -zawołałem. -Pojedynczo… Nauczę was latać.
Kłóciły się między sobą, nie mogąc się zdecydować, która z nich powinna lecieć pierwsza, a wtedy ponad gwarem ludz-kiej ciżby zabrzmiał kobiecy głos.
– Emily, wracaj do domu! Vanesso, i ty też, trzymajcie się z dala od Blake’a!
Miriam St. Cloud szła przez ulicę od strony supermar-ketu, gestem nakazując dziewczętom odejść. Była ubrana w swój lekarski kitel, starannie zapięty i zasłaniający bluz-kę. Uśmiechała się twardym uśmiechem do nagich gapiów, z wyrachowaniem nie okazując zaskoczenia, że nadzy pa-cjenci zebrali się w mieście, jak gdyby oczekiwali na jakieś nocne badania wenerologiczne.
Miriam nakazała dziewczętom odejść od porośniętych tropikalną dżunglą tarasów parkingu, będącego labiryntem pnączy i bugenwilli, a potem uniosła wzrok, mierząc mnie uważnym spojrzeniem. Sądząc po stanowczym wyrazie jej ostro zarysowanego podbródka, postanowiła przezwycię-żyć wszystkie wątpliwości i zmierzyć się ze mną po raz ostatni. Czy pamiętała, że kiedyś już ze mną latała i że przez bramę mego ciała przeniknęła na chwilę do innego świata? Ostatnie promienie niewidocznego już słońca przesunę-ły się nad dachem parkingu. Zostawiłem Miriam, sprzecza-jącą się z młodymi kobietami, zszedłem o jedną kondygna-cję niżej i czekałem na nią pośród samochodów. – Blake… Nauczysz mnie latać?
W srebrzystej ciemności, zaledwie kilka stóp ode mnie, stał jakiś nagi młodzieniec. W świetle ulicznej latarni, od-bijającym się w chromowanych zderzakach, zauważyłem, że bladą skórę chłopaka poraniły cierniste jeżyny, porasta-jące schody i betonowe tarasy. Pomimo wysiłku, na jaki się zdecydował, spoglądał na mnie sceptycznie, jak gdyby nie był jeszcze przekonany do mojej mocy latania. Czekałem, aż podejdzie, taksując w ciemności jego szczupłe biodra i uda.
– Pani St. Cloud kazała mi przyjść do ciebie. Czy tutaj prowadzisz swoją szkołę latania?
Gestem wskazałem mu chromowy mrok. Pożądałem tego młodzieńca. Podniecał mnie zapach strachu chłopaka, czu-łem w ciemnościach smak jego potu, widziałem ostrą biel zębów, osadzonych w niepewnych ustach, i blade dłonie, gotowe mnie uderzyć. Pożądałem młodzieńca, ale nie dla jego ciała czy seksu.
– Dobrze… Nauczę cię latać.
Jego białą skórę pokrywały cętki barwnych latarni ulicz-nych, przypominała zatem kostium arlekina. W oknach ota-czających nas aut widziałem swoje odbicie, poszarpaną skó-rę kombinezonu, spermę, perlącą się na moim członku, i gogle, sterczące mi na czole niczym szkarłatne rogi. Wziąłem chłopaka za rękę i zaprowadziłem między sa-mochodami w głębokie cienie na tyłach kondygnacji. Ob-jąłem go delikatnie na tylnym siedzeniu jakiejś przystrojo-nej kwiatami limuzyny. Pieściłem nerwową skórę młodzień-ca i przyciskałem jego zimne ręce do bram mojego ciała. W ostatniej chwili, kiedy opuściłem go ostrożnie na pier-si, wydał nagły okrzyk strachu i ulgi. Poczułem w swoich nogach jego smukłe nogi, trzony kości chłopaka utworzyły łubki wokół moich kości udowych, a jego pośladki zespoli-ły się z moimi dłońmi. Męskość młodzieńca rozpuściła się i stopniała na moim członku. Ciemiączka jego czaszki otwo-rzyły się znów po raz pierwszy od chwili narodzin. Mozai-ka głowy chłopaka zaczęła przesiąkać przez szczeliny mię-dzy kośćmi mojej czaszki. Grymas jego wykrzywionego przerażeniem i ekstazą oblicza poruszał się w moim ciele i niby szpon pochwycił mnie za twarz. Wraz z ostatnim wes-tchnieniem chłopak zespolił się z moim ciałem jak syn, który odradza się w łonie ojca. Poczułem, jak jego mocne kości spajają się z moimi, jak jego krew rozlewa się jasną falą w moje żyły, a sperma z jego jąder pieni się, pędząc bystrym nurtem na spotkanie mojego własnego nasienia. Kiedy spoczywał we mnie, tracąc swoją tożsamość, zro-zumiałem, że nigdy go nie uwolnię i że jego prawdziwy lot odbywa się teraz po niebie mojego ciała na tylnym siedze-niu luksusowej limuzyny. Ostatnie pyłki jego jaźni pomy-kały mrocznymi arkadami mojego krwiobiegu, i dalej, po-nurymi groblami kręgosłupa, podążając za słabymi okrzy-kami dzieci, które wchłonąłem w siebie tego popołudnia. Jeszcze przez kilka sekund unosił się we mnie, kiedy ujeżdżałem jego ciało w jego ostatnią noc, a ujeżdżając chłopaka, stałem się androgynem zwielokrotnionej płci, anielską figurą, wzniesioną na ciele młodzieńca. Wziąłem go w sobie w ramiona tak, jak gdybym ściskał sam siebie.
30
Dlaczego słońce nie zatrzymało się dla mnie na niebie? Przez cały wieczór i noc sprawowałem rządy nad Shep-perton z serca wielopoziomowego parkingu. Na otaczają-cych mnie mrocznych ulicach rządziła niewinna i jawna ko-pulacja. Całe miasteczko społkowało ze sobą w liściastych altankach, które wyrastały wśród pralek i telewizorów w pasażu handlowym, na otomanach i kanapach koło sklepu meblowego i w tropikalnych rajach prowincjonalnych ogródków. Setki par w najrozmaitszym wieku pieściło się nawzajem, usiłując nauczyć się latać, w przekonaniu, że dzięki okazywanej sobie czułości odzyskają powietrze. Żadna z tych osób nie była świadoma swojej płci. Czy-ści jak cherubiny, nie wiedzieli, co dzieje się między nimi w tych tropikalnych altanach. Widziałem panią St. Cloud, błąkającą się radośnie po pełnych kwiatów ulicach. Brzuch miała umazany smegmą, a piersi posiniaczone dłońmi mło-dych chłopców. Zobaczyłem też dyrektorkę banku, która, trzymając w ramionach pawia, oferowała przechodniom pieniądze. I oni nie zdawali sobie sprawy, że są nadzy. Tymczasem ja odpoczywałem w mroku tylnego siedze-nia limuzyny. Ciało młodzieńca pokrzepiło mnie. Zyska-łem bystrzejszy wzrok, a moje zmysły odbierały tysiące nie-słyszalnych sygnałów, napływających od wszystkich pta-ków i kwiatów. Od chwili przybycia do Shepperton nic nie jadłem i teraz byłem pewien, że moim prawdziwym poży-wieniem są ciała młodych kobiet i mężczyzn. Im więcej ich wchłonę, tym potężniejsze staną się moje moce. Zostałem uwięziony w Shepperton nie przez tych siedmioro ludzi, będących świadkami mojego wypadku, lecz przez całą po-pulację miasteczka. Kiedy wchłonę ich wszystkich, stanę się dość silny, żeby wreszcie stąd uciec.
Leżąc w przystrojonej kwiatami limuzynie, przypomnia-łem sobie przerażające, kompulsywne reakcje, które prze-pełniały ostatnie lata mojego życia. Marzyłem o przestęp-stwach, zbrodniach, bezwstydnych aktach zespolenia ze zwierzętami, ptakami, drzewami i ziemią. Molestowałem małe dzieci. Teraz jednak wiedziałem, że te perwersyjne impulsy nie były niczym więcej jak tylko chaotycznymi próbami antycypacji tego, co działo się obecnie w Shepper-ton, gdzie chwytałem ludzi, by wchłonąć ich w moje ciało. Nabrałem już przekonania, że zło nie istnieje, i że nawet impulsy jawnie złe to tylko nieokrzesane w formie usiło-wania akceptacji wymagań rzeczywistości wyższego rzę-du, istniejącej w każdym z nas. Akceptując owe perwersje i obsesje, otwierałem bramy, wiodące do rzeczywistego świata, gdzie wszyscy będziemy latać, przemieniać się wedle życzenia w ryby, ptaki, kwiaty i proch, i gdzie bę-dziemy mogli połączyć się raz jeszcze z wielką wspólnotą przyrody.
Zaraz po brzasku, kiedy siedziałem wciąż na tylnym sie-dzeniu limuzyny, zauważyłem, że przez szybę przygląda mi się dwunastoletnia dziewczynka, której udało się jakoś po-konać labirynt i pochyłe kondygnacje parkingu, porośnięte krzakami jeżyn i bugenwillami.
– Czy ja też umiem latać, Blake?…
Nie zważając na wyczekujące słońce, które zostawiłem samo sobie, by wykonało zadanie nakarmienia lasu, otwo-rzyłem drzwi i ruchem ręki zaprosiłem ją do środka. Z ner-wowej dłoni dziewczynki wyjąłem należący do jej brata model samolotu, po czym położyłem go obok na siedzeniu. Uspokajającym ruchem pomogłem jej wsiąść do samocho-du obok mnie, a potem przyrządziłem sobie z niej drobne, słodkie śniadanko.