Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
Skyline Road, nie zmieniona.
Noc wionęła pustką.
Wszystko spoczywało w bezruchu.
Bryce siadł na skrzypiącym fotelu za biurkiem Paula Hendersona. Reszta zgromadziła się wokół.
– Tak to – powiedział Bryce.
– Tak to – zawtórował Tal. Spoglądali po sobie niespokojnie.
– Ktoś ma coś mądrego do powiedzenia? – spytał Bryce. Nikt nie rzekł słowa.
– Żadnych teorii, co by to mogło być?
– Ohyda. – Lisa zadrżała.
– To prawda, masz rację. – Jenny Paige położyła dłoń na ramieniu siostry, chcąc dodać jej otuchy.
Bryce był pod wrażeniem niezłomności charakteru i odporności lekarki. Miało się wrażenie, że żaden wstrząs, jakim częstowało ją Snowfield, nie był w stanie jej zaszkodzić. Prawdę mówiąc trzymała się lepiej niż jego ludzie. Tylko ona odpowiadała mu spojrzeniem prosto w oczy, pozostali spuszczali wzrok.
Niezwykła kobieta, pomyślał.
– Nieprawdopodobne – powiedział Frank Autry. – Ot co. Właśnie to: nieprawdopodobne.
– Do diabła, ludzie, co się z wami porobiło? – zapytał Wargle. Skrzywił mięsistą twarz. – To był tylko ptak. Nic poza tym. Zwykły, cholerny ptak.
– Idź do diabła – powiedział Frank.
– Jakieś marne ptaszysko – upierał się Wargle, a kiedy nie zgadzali się, dodał: – Słabe światło i te wszystkie cienie zaćmiły wam wzrok. To, coście widzieli, zdawało wam się.
– A co według ciebie nam się zdawało? – zapytał go Tal. Twarz Wargle'a podeszła szkarłatem.
– Czy widzieliśmy to samo co ty? Stworzenie, którego wygląd nie może ci się pomieścić we łbie? – naciskał Tal. – Ćmę? Czy widziałeś jakąś cholerną, wielką, nieprawdopodobną ćmę?
Wargle przyglądał się swoim butom.
– Widziałem ptaka. Tylko ptaka.
Bryce uświadomił sobie, że Wargle jest tak ograniczony, iż nie stać go na objęcie wyobraźnią rzeczy nieprawdopodobnych. Nawet kiedy ujrzał je na własne oczy.
– Skąd się to wzięło tutaj? – spytał Bryce. Nikt nie miał żadnego pomysłu.
– Czego chciało? – pytał.
– Nas – odpowiedziała Lisa. Wszyscy myśleli podobnie w głębi duszy.
– Ale nie to stworzenie zza okna dopadło Jake'a – powiedział Frank. – Jest słabe. Zawodniczka wagi lekkiej. Nie dałaby rady unieść dorosłego mężczyzny.
– To co dopadło Jake'a? – pytał Gordy.
– Coś większego – ciągnął Frank. – Coś o wiele silniejszego i groźniejszego.
Bryce uznał, że czas powiedzieć im o istotach, które słyszał – i czuł – w słuchawce, o milczącej obecności: odległych krzykach mew, ostrzegawczym grzechocie węża i, co najgorsze, rozpaczliwych krzykach umierających ludzi. Nie zamierzał wspominać o tym aż do rana, do nadejścia światła i posiłków. Ale przecież inni mogli dostrzec coś ważnego, co umknie jego uwagi, jakiś strzęp czegoś, co mogłoby być pomocną wskazówką. Poza tym teraz, kiedy wszyscy ujrzeli stworzenie za oknem, incydent z telefonem przestał być tak bardzo szokujący.
Wysłuchali Bryce'a i nowa informacja przygnębiła ich jeszcze bardziej.
– Co za degenerat rejestruje krzyki ofiar? – zapytał Gordy. Tal Whitman potrząsnął głową.
– To mogło być coś innego. To mogło być…
– Tak?
– Cóż, może wolelibyście tego nie usłyszeć.
– Jak zacząłeś, to kończ – przycisnął go Bryce.
– Dobra. A jeśli nie słyszałeś nagrania? Wiemy, że ludzie ze Snowfield zniknęli. Ale na to wygląda, że raczej zniknęli, niż umarli. Więc… co, jeśli ci zaginieni są gdzieś trzymani? Jak zakładnicy? Może to krzyczeli ludzie wciąż jeszcze żywi, torturowani i może wtedy właśnie zabijani, wtedy kiedy byłeś na linii i słuchałeś?
Bryce przypomniał sobie straszliwe krzyki i czuł, jak lodowacieje z wolna do szpiku kości.
– Taśma czy nie – powiedział Frank Autry – ale to chyba błąd widzieć sprawę w schemacie porwania.
– Tak – podchwyciła Jenny Paige. – Jeśli pan Autry uważa, że nie powinniśmy ograniczać naszego myślenia do sytuacji konwencjonalnych, zgadzam się całym sercem. To po prostu nie pasuje do klasycznego porwania. Tu dzieje się coś cholernie niezwyczajnego, coś, z czym nikt z nas nie zetknął się do tej pory, więc nie zaczynajmy oglądać się wstecz tylko dlatego, że łatwiej, wygodniej będzie nam ze znanymi schematami. Poza tym co ma do terrorystów stworzenie zza okna? Nic.
Bryce skinął głową.
– Ma pani rację. Ale chyba Tal nie sądzi, że ci ludzie są porwani z konwencjonalnych przyczyn.
– Nie, nie – zaprzeczył Tal. – To nie muszą być terroryści albo porywacze. Nawet jeśli ludność wzięto jako zakładników, to jeszcze nie oznacza, że trzymają ich inni ludzie. Jestem nawet gotów brać pod uwagę, że więzi ich coś nieludzkiego. Podoba się wam taka otwartość umysłu? Może o n o ich trzyma, to coś, czego nikt z nas nie potrafi określić? Może rozkoszuje się ich powolnym konaniem? Może drwi z nas, każąc nam słuchać ich krzyków, tak jak Bryce'owi przez telefon? Do diabła, jeśli mamy do czynienia z czymś naprawdę wyjątkowym, naprawdę nieludzkim, to przyczyny porwania – jeśli ono trzyma jakichś zakładników – mogą nam się w głowach nie mieścić.
– Chryste, gadasz jak opętany – dodał swoje Wargle.
Nikt nie zwrócił na niego uwagi.
Przeszli na drugą stronę lustra. Nieprawdopodobne stało się możliwe. Wróg był nieznany.
Lisa Paige odchrząknęła. Twarz miała koloru mąki. Ledwo słyszalnym głosem powiedziała:
– Może rozwinęło gdzieś pajęczynę, głęboko w mroku, w piwnicy albo pieczarze, i może zawinęło wszystkich tych zaginionych, zamknęło, żywych, w kokonach. Odłożyło do chwili, kiedy znów poczuje głód.
Jeśli królestwo możliwości jest nieskończone, jeśli nawet najbardziej wyuzdane teorie mogą okazać się prawdziwe, to może dziewczyna ma rację, pomyślał Bryce. Może na ogromnej, drgającej w mrocznym zakątku pajęczynie wisi setka, dwie albo więcej smakowitych kąsków ludzkich. Pojedyncze opakowania, wygodne i świeże. Gdzieś w Snowfield znajdują się żywe istoty ludzkie, zredukowane do przerażających ekwiwalentów gotowych kanapek. Nie czeka ich nic, staną się pokarmem jakiejś brutalnej, niewyobrażalnie złej, mrocznej, inteligentnej potworności.
Nie. To śmieszne.
Z drugiej strony: a może?
Jezu.
Bryce przykucnął przed krótkofalówką i zmrużywszy oczy wpatrywał się w potrzaskane bebechy. Płytki z obwodami połamane. Kilka części zapoznało się chyba z obcęgami albo młotkiem.
– Zdjęto przednią osłonę, żeby się dostać do środka, tak jak my to zrobiliśmy – powiedział Frank.
– Ale skoro przerobili to na złom – zauważył Wargle – po co zawracali sobie głowę wstawianiem osłony?
– A po co w ogóle zawracali sobie głowę? – zastanawiał się Frank. – Mogli zwyczajnie rozbroić sprzęt wyrywając przewód sieciowy.
Lisa i Gordy podeszli, gdy Bryce odwracał się od radia. – Jak ktoś ma ochotę – powiedziała dziewczyna – to jedzenie i kawa czekają.
– Umieram z głodu. – Wargle oblizał wargi.
– Wszyscy powinniśmy coś zjeść, nawet jak nie mamy ochoty – rzekł Bryce.
– Szeryfie – odezwał się Gordy – Lisa i ja zastanawialiśmy się nad zwierzętami. Nad domowymi zwierzakami. Zaczęliśmy główkować, jak pan powiedział, że słyszał psy i koty przez telefon. Sir, co się stało ze zwierzakami?
– Nikt nie widział psa ani kota – powiedziała Lisa. – Nie słyszał szczekania.
Bryce pomyślał o cichych ulicach, wzdrygnął się.
– Masz rację. To dziwne.
– Jenny mówi, że w mieście było kilka wielkich psów. Parę niemieckich owczarków. Wie o dobermanie. Nawet o dogu. Nie uważa pan, że walczyłyby? Nie sądzi pan, że kilka mogłoby uciec?