Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Zapomniałeś, że dzisiaj wychodzisz? – rzekł don Melquíades. – A może już się przyzwyczaiłeś i nie chcesz wyjść, co?
– Od jednego faceta z Chincha dowiedziałem się, że Murzynka umarła – mówi Ambrosio. – Jeszcze jak pracowałem u pańskiego ojca, paniczu.
– Nie, don, wcale nie zapomniałem, don – Trifulcio trzasnął podeszwami i klasnął dłońmi. Skądże znowu, don Melquíades.
– No widzisz, rozgniewałeś Hipólita i zaraz ci się dostało, lepiej sobie przypomnij – powiedział Ludovico. – Przecież ci mówiłem, on lubi takich jak ty.
– Nie odpowiadają, łgają, wykręcają się – powiedział Lozano. – A my nie śpimy, don Cayo. Całymi nocami nie zmrużymy oka. Skończymy z tymi paszkwilami, przysięgam panu.
– Daj tu palec; o tak, a teraz postaw krzyżyk – powiedział don Melquíades. – W porządku, Trifulcio, znów jesteś wolny. Nie chce ci się wierzyć, co?
– To nie jest cywilizowany kraj, to kraj barbarzyńców i ciemnoty – powiedział Bermúdez. – Przestań filozofować i wydobądź z nich wreszcie, co trzeba.
– Ale mizerota z ciebie, kochasiu – powiedział Hipólito. – W marynarce i koszuli to nawet tego nie widać, ale można ci policzyć wszystkie kosteczki, kochasiu.
– Pamiętasz pana Arévalo, tego co ci dał solą, kiedy podniosłeś beczkę? – powiedział don Melquíades. – To wielki pan, ma dużo ziemi. Chciałbyś pójść do niego do pracy?
– Kto i gdzie, ale już, w trymiga – powiedział Ludovico. – Chcesz tak siedzieć całą noc? A jak Hipólito znowu się rozgniewa?
– Jasne, że chcę, don Melquíades – Trifulcio przytaknął głową, rękami i oczyma. – Choćby zaraz albo kiedy mi pan każe, don.
– Sam siebie krzywdzisz, a mnie jest coraz bardziej przykro – powiedział Hipólito. – Bo coraz bardziej cię lubię, kochasiu.
– On potrzebuje ludzi do kampanii wyborczej, bo to przyjaciel Odríi i zostanie senatorem – powiedział don Melquíades. – Dobrze ci zapłaci. Skorzystaj z okazji, Trifulcio.
– Nawet nam nie powiedziałeś, kochasiu, jak się nazywasz – rzekł Ludovico. – Może nie wiesz, a może też zapomniałeś?
– Popij sobie, odwiedź rodzinę, skocz na dziewczynki – powiedział don Melquíades. – A w poniedziałek bądź u niego na hacjendzie, na przedmieściach Ica. Popytaj, każdy ci wskaże drogę.
– Zawsze masz takie małe jaja czy to ze strachu? – powiedział Hipólito. – A psipsiaczka to ci ledwo widać, kochasiu. Też ze strachu?
– Jasne, że do niego pójdę, don, czego mi więcej trzeba – powiedział Trifulcio. – Bardzo dziękuję, że mnie pan polecił temu panu, don.
– Zostaw, on cię już nie słyszy, Hipólito – powiedział Ludovico. – Chodźmy do biura pana Lozano. Zostaw go, Hipólito.
Żandarm klepnął go po plecach, no dobra, Trifulcio, i zamknął bramę za nim, do zobaczenia, Trifulcio, a może i nie do zobaczenia. Szybkim krokiem ruszył przed siebie, w tym dobrze mu znanym powiewie, który szedł od cel z parteru, i wkrótce znalazł się pod drzewami, których także nauczył się na pamięć, a potem, już w innym wietrze., skierował się ku podmiejskim chatom, ale zamiast się zatrzymać, przyśpieszył kroku. Niemal biegiem przemykał się wśród szałasów i wśród ludzi, którzy patrzyli na niego ze zdumieniem, obojętnie albo z obawą.
– Nie żebym był złym synem albo żebym jej nie kochał, nieba bym przychylił Murzynce, tak jak i panu, don – powiedział Ambrosio. – Urabiała się po łokcie, żeby mnie wychować i nakarmić. Ale tak już jest, że życie nie zostawia człowiekowi czasu, to i nawet o własnej matce nie ma kiedy pomyśleć.
– Daliśmy spokój, bo Hipólita trochę zaswędziała ręka i facet zaczął bredzić, a potem zemdlał, señora Lozano – powiedział Ludovico. Mnie się wydaje, że ten Trinidad López to nie apristą, on chyba sam nie wie, skąd się wziął. Ale jak pan chce, to go ocucimy i zaczniemy od nowa.
Szedł ciągle naprzód, coraz bardziej zakłopotany, coraz bardziej zagubiony, nie mógł się zorientować w plątaninie tych pierwszych brukowanych ulic, które z taką zaciekłością deptał bosymi stopami, z każdym krokiem bardziej wchłaniany przez miasto, miasto odległe, ogromne, tak różne od tego, co pamiętały jego oczy. Wlókł się bez celu, bez pośpiechu, wreszcie na jakimś placu zwalił się na ławkę w cieniu palmy…
Na rogu był sklepik, wchodziły tam kobiety z dzieciakami, chłopcy rzucali kamieniami w latarnię i szczekały psy. Z wolna, po cichu, nie zdając sobie z tego sprawy, rozpłakał się.
– Pański wuj mi poradził, żebym pana wezwał, kapitanie, a ja też chciałem pana poznać – powiedział Cayo Bermúdez. – Jesteśmy jakby kolegami, prawda? I na pewno prędzej czy później będziemy musieli razem pracować.
– Była dobra, ciężko pracowała, nigdy nie opuściła mszy – mówi Ambrosio. – Ale miała swój charakter, paniczu. Na przykład nigdy mnie nie biła ręką, tylko kijem. Żebyś nie był taki jak twój ojciec, tak mi mówiła.
– Ja pana znam ze słyszenia, señor Bermúdez – powiedział kapitan Paredes. – Mój wuj i pułkownik Espina bardzo pana cenią, mówią, że wszystko stoi na panu.
Podniósł się, obmył twarz pod fontanną na placu, spytał jakichś dwóch mężczyzn, skąd odchodzi autobus do Chincha i ile kosztuje. Przystając od czasu do czasu, żeby popatrzeć na kobiety i na tyle różności, na tyle zmian, poszedł na inny plac, gdzie było pełno pojazdów. Zapytał, wytargował się, wyżebrał i wsiadł do autobusu, który odjechał z dwugodzinnym opóźnieniem.
– Nie mówmy o zasługach, pańskie są o wiele większe, kapitanie – powiedział Cayo Bermúdez. – Wiem, że jest pan całym sercem oddany naszej rewolucji, że pan zdemaskował pewnych oficerów, wiem, że postawił pan na nogi wojskową Służbę Bezpieczeństwa, wiem od pańskiego wuja, proszę nie zaprzeczać.
Przez całą drogę stał trzymając się poręczy, wdychając zapachy i patrząc na połacie piasku, na niebo, na morze, które to pojawiało się, to znikało za wydmami. Kiedy wóz wjechał do Chincha, szeroko otworzył oczy i kręcił głową na różne strony, ogłupiały i zdziwiony, tak tu teraz było inaczej. Ochłodziło się, słońca już nie było, korony palm na rynku tańczyły i szumiały, kiedy przechodził pod nimi, podniecony, z zawrotem głowy, w pośpiechu, w ciągłym pośpiechu.
– Co do oficerów to czysta prawda, nie będę ukrywał – powiedział kapitan Paredes. – Ale jeśli idzie o Służbę Bezpieczeństwa, jestem tylko współpracownikiem pułkownika Moliny.
Ale droga do jej chaty była długa i nieprosta, bo pamięć go zawodziła i coraz to musiał pytać ludzi, którędy wyjść na
Grocio Prado. Przyszedł, kiedy już paliły się olejne lampki, zapadł zmrok, a ranczeria nie była ranczerią, tylko zbiorowiskiem solidnych domów, a tam gdzie dawniej, na skraju, zaczynały się plantacje bawełny, teraz stały domy innej rancze-rii. Ale chata była ta sama i drzwi stały otworem, i zaraz poznał Tomase: gruba, czarna, siedziała na ziemi i jadła, a obok niej druga kobieta.
– Pułkownik Molina to nazwisko, ale pan wprawia w ruch całą tę maszynerię – powiedział Bermúdez. – To także wiem od pańskiego wuja, kapitanie.
– Ona miała bzika na punkcie loterii, don – powiedział Ambrosio. – Jeden lodziarz w Chincha kiedyś wygrał, a ona może Bóg da, że i drugi raz się tu komu poszczęści, i kupowała losy za tę forsę, co jej jeszcze nie wygrała. Nosiła je Świętej Panience, paliła świeczki. Nigdy nie wygrała ani grosika, don.
– Mogę sobie wyobrazić, jak w tym ministerstwie wyglądało za Bustamantego, wszędzie pełno apristów i sabotaże na porządku dziennym – powiedział kapitan Paredes. Ale i tak nie na wiele się to przydało tym durniom.
Wpadł tam jednym susem, z pomrukiem waląc się w pierś, i znalazł się między dwiema kobietami, a nieznajoma wrzasnęła i przeżegnała się. Tomasa, skurczona na ziemi, patrzyła na niego i nagle strach zniknął z jej twarzy. Bez słowa, nie wstając z miejsca, wskazała mu pięścią drzwi. Ale Trifulcio nie wyszedł, zaczął się śmiać, radośnie rzucił się na ziemię i drapał się pod pachami.