Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Ale wszystko się udało i teraz cała zasługa po twojej stronie – powiedział pułkownik Espina. – Prezydent pomyśli, że jeśli który z nas dwóch naprawdę ma jaja, to mój podwładny, a nie ja.
– Ej, ty, Trifulcio! – krzyknął don Melquíades. – Nie słyszysz, że ciebie wołam? Na co czekasz?
– Prezydent wie, że tobie zawdzięczam stanowisko – powiedział Bermudez. – Wie, że na jedno twoje mrugnięcie podziękuję za wszystko i znowu będę sprzedawał traktory.
– Ej, ty! – wrzasnęli żandarmi wymachując rękami. – Chodź no!
– Trzy noże i kilka pałek, nic strasznego – powiedział Bermudez. – Na użytek prasy kazałem jeszcze dołożyć parę rewolwerów i kastety.
Wstał, biegiem rzucił się przez podwórze wznosząc tuman piasku za sobą, zatrzymał się przed don Melquíadesem. Spacerujący więźniowie znieruchomieli, inni, obudzeni z drzemki, skulili się obserwując, słońce lało żar z nieba.
– Aha, więc jeszcze do tego wzywałeś dziennikarzy? – powiedział pułkownik Espina. – Nie wiesz, że komunikaty podpisuje minister, że konferencje prasowe zwołuje minister?
– Chodź no, Trifulcio, podnieś tę beczułkę, don Emilio
Arévalo chce zobaczyć – powiedział Melquíades. – Tylko mi nie zrób zawodu, powiedziałem, że dasz radę.
– Wezwałem ich, żebyś ty do nich mówił – powiedział Bermudez. – Tu masz szczegółowe informacje, karty zatrzymanych, broń, którą damy im sfotografować. Wezwałem ich z myślą o tobie, Góral.
– Ja nic nie zrobiłem, – don Trifulcio mrugał powiekami i krzyczał, i czekał, i znowu krzyczał. – Nic. Daję słowo, don Melquíades.
– W porządku, nie mówmy o tym więcej – powiedział pułkownik Espina. – Ale weź pod uwagę, że ja chciałem oczyścić San Marcos, jak tylko się policzymy ze związkami zawodowymi.
Beczka, czarna, cylindryczna, stała pod balustradą, u stóp don Melquíadesa, żandarmów i nieznajomego w białym ubraniu. Inni więźniowie, zaciekawieni albo też z pewną ulgą, patrzyli na Trifulcia i na siebie nawzajem z kpiącymi minami.
– Ognisko w San Marcos nie zostało zlikwidowane, ale teraz jest na to odpowiednia chwila – powiedział Bermudez. – Tych dwudziestu sześciu to tylko czołówka, a większość przywódców została na wolności i teraz właśnie trzeba by na nich położyć rękę.
– Nie bądź durniem i podnieś tę beczkę – powiedział don Melquíades. – Ja wiem, że nic nie zrobiłeś. No, ruszaj się, niech pan Arévalo zobaczy.
– Związki zawodowe to ważniejsza sprawa niż San Marcos, tam właśnie trzeba zrobić czystkę – powiedział pułkownik Espina. – Dotąd nawet nie pisnęli, ale Apra jest mocno ugruntowana wśród robotników, wystarczy jedna iskra i wszystko wybuchnie.
– Zapaskudziłem celę, ale to dlatego, że jestem chory – powiedział Trifulcio. – Nie mogę się wstrzymać, słowo honoru, don Melquíades.
– Zrobimy z tym porządek – powiedział Bermudez. – Oczyścimy wszystko, co będzie trzeba, Góral.
Nieznajomy zaczął się śmiać, don Melquíades zaczął się śmiać. Całe podwórko huczało od śmiechu. Nieznajomy oparł się o poręcz, włożył rękę do kieszeni, wyciągnął z niej coś błyszczącego i pokazał Trifulciowi.
– Czytałeś podziemną „Trybunę”? – powiedział pułkownik Espina. – Wyzwiska pod adresem wojska i moim. Trzeba raz na zawsze skończyć z tą brudną szmatą.
– Całego solą za podniesienie beczki, don? – Trifulcio zamknął oczy, otworzył je i wybuchnął śmiechem. – A jakże, czemu nie, don!
– Jasne, w Chincha o nim gadali, don – powiedział Ambrosio. – Że zgwałcił nieletnią, że kradł, że zabił faceta w bójce. Tyle rzeczy naraz to nieprawda. Ale coś tam musiał narozrabiać, bo za co by siedział tyle czasu.
– Wy wojskowi ciągle macie na myśli taka Aprę, jaka była dwadzieścia lat temu – powiedział Bermúdez. – Liderzy się już zestarzeli i zdemoralizowali, nie mają ochoty się narażać. Nic nie wybuchnie, nie będzie rewolucji. A ta szmata zniknie, masz moje słowo.
Podniósł łapska do twarzy (pomarszczonej już wokół powiek, przy podbródku i koło kędzierzawych, siwych bokobrodów) i splunął w nie raz po raz, a potem zatarł dłonie i podszedł do beczki. Obmacał, zakołysał nią, przywarł długimi nogami, wzdętym brzuchem i szeroką klatką piersiową do jej twardej wypukłości i gwałtownie, miłośnie, objął ją długachnymi ramionami.
– Nigdy więcej go nie widziałem – mówi Ambrosio. – Widzieli go po miasteczkach tego departamentu, podczas wyborów w pięćdziesiątym, w kampanii senatora Arévalo. Nalepiał plakaty, rozdawał ulotki. Za kandydaturą don Emilia Arévalo, przyjaciela pańskiego ojca, paniczu.
– O, tutaj mam listę, don Cayo, zrzekło się tylko trzech prefektów i ośmiu podprefektów z tych, których mianowano za Bustamantego – powiedział doktor Alcibiades. Dwunastu prefektów i piętnastu podprefektów wysłało telegramy z życzeniami dla Generała, kiedy objął władzę. Reszta milczy; pewnie chcą jakiegoś potwierdzenia nominacji, ale nie mają odwagi o nie prosić.
Zamknął oczy i gdy podnosił beczkę, rozdęły mu się żyły na szyi i czole, zwilgotniała zniszczona twarz, a grube wargi stały się fioletowe. Pochylony podtrzymywał ciężar wysiłkiem całego swego ciała, podsunął niezdarnie jedną rękę niżej, pod dno beczki, i uniósł ją jeszcze trochę. Zrobił dwa chwiejne kroki ze swym brzemieniem na plecach, spojrzał dumnie w stronę balustrady i jednym ruchem zrzucił z powrotem beczkę na ziemię.
– Góral myślał, że wszyscy zrezygnują jak jeden maż, i chciał na ślepo mianować prefektów i podprefektów – powiedział Cayo Bermúdez. – Sam pan widzi, doktorze, że pułkownik nie zna Peruwiańczyków.
– Prawdziwe byczysko, miałeś rację, Melquíades, to nie do wiary w jego wieku – nieznajomy rzucił monetę i Trifulcio złapał ją w locie. – Słuchaj no, ile ty masz lat?
– Myśli, że wszyscy są tacy jak on, że mają swój honor – powiedział doktor Alcibiades. – Ale niech mi pan powie, don Cayo, dlaczego prefekci i podprefekci mieliby być lojalni wobec biednego Bustamantego, który już nigdy nie podniesie głowy.
– A czy ja tam wiem – Trifulcio śmiał się, dyszał, ocierał sobie twarz. – Mam kupę lat. Więcej lat od pana, don.
– Proszę zaznaczyć w swoim raporcie, którzy z nich wysłali depesze, a którzy nie; a my ich wtedy spokojnie, powolutku zastąpimy innymi ludźmi – powiedział Bermúdez. – A tym, co zrezygnowali, proszę podziękować za pracę i niech Lozano wciągnie ich do kartoteki.
– Mamy tu jednego z takich, jak ty lubisz, Hipólito – powiedział Ludo vico. – Pan Lozano specjalnie nam go poleca.
– Limę w dalszym ciągu zalewają obrzydliwe podziemne paszkwile – powiedział pułkownik Espina. – Co jest, Cayo?
– Chodzi o to, kto i gdzie otrzymuje podziemną „Trybunę”, ale tak raz dwa – powiedział Hipólito. – I pamiętaj, że ja lubię takich jak ty.
– Te dywersyjne śmiecie muszą natychmiast zniknąć – powiedział Bermúdez. – Jasne, Lozano?
– Jesteś gotów, czarnuchu? – powiedział don Melquíades. – Pewno już ci się pali pod nogami, co, Trifulcio?
– Nie wiesz kto ani gdzie? – powiedział Ludovico. – A jak to się stało, kochasiu, że kiedy cię zatrzymano w Vitarte, miałeś w kieszeni numer „Trybuny”?
– Czy jestem gotów? – roześmiał się zaniepokojony Trifulcio. – Na co gotów, don Melquíades?
– Jak się przeniosłem do Limy, to na początku posyłałem Murzynce trochę forsy i wpadałem do niej od czasu do czasu-rzekł Ambrosio. A potem już nie. Umarła i nawet nie miała wiadomości ode mnie. To mnie najbardziej gnębi, don.
– Wsadzili ci to do kieszeni, tak że nawet nie wiedziałeś? – rzekł Hipólito. – Ale z ciebie durna pała, kochasiu. Ty zaf ajdany eleganciku z brylantyną na czuprynie. Więc ty wcale nie jesteś apristą i nie wiesz, kto i gdzie dostaje „Trybunę”?