Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
W tym miejscu przerwałem Wierze:
— To nie dotyczy Galaktów, którzy mają rozwiniętą cywilizację maszynową.
— Na razie wiemy o nich bardzo mało. Możliwe, żekiedyś zawrzemy z Galaktami sojusz, aby pomagać społeczeństwom na niskim stopniu rozwoju. Obecnie to zadanie stoi jedynie przed nami.
Przypominam sobie, mówiła dalej, jak zmieniały się stosunki między ludźmi. Ludzkość zaczynała od zaciekłej wzajemnej nienawiści. „Człowiek człowiekowi wilkiem!”, „Padającego popchnij!” — oto okrutne symbole wiary owych dalekich czasów. Co zastąpiło je, kiedy ludzkość osiągnęła jedność? Dumna formuła: „Człowiek człowiekowi przyjacielem, towarzyszem i bratem!”… Niemal pięć stuleci żyliśmy zgodnie z tym hasłem, bowiem nie znaliśmy nikogo innego poza ludźmi. Obecnie nadszedł czas, by nadać tej formule postać: „Człowiek przyjacielem wszystkiego co dobre i rozumne we Wszechświecie!” Tymczasem Romero oświadcza, że przeczy ona zasadzie: „Społeczeństwo żyje dla dobra człowieka, każdemu według jego potrzeb”. Maszyna go popiera. Ale twierdzę, że po przyjęciu proponowanej przeze mnie poprawki zasada: „Każdemu według jego potrzeb” pozostanie nie naruszona. Stare, pochodzące z dwudziestego wieku starej ery pojęcie „potrzeby”, zaprogramowane w pamięci maszyny, stało się zbyt wąskie. Wówczas do potrzeb zaliczano zorganizowanie dostatniego, sprawiedliwego życia człowieka wśród innych ludzi, gdyż Niebian nie znano. Obecnie człowiek stanął twarzą w twarz z innymi światami. Czy możemy przejść obojętnie wobec rozumnych istot cierpiących z braku ciepła, pokarmu i światła? Czy potrafimy im powiedzieć: „Wy sobie, a my sobie, cierpcie, skoro inaczej nie umiecie…” A ponieważ zjawiły się nowe obowiązki, wynikły również nowe potrzeby: powinniśmy stać się godnymi samych siebie. Tymczasem nasze maszyny państwowe zastygły na poziomie czasów, kiedy ludzkość znała tylko siebie. Są wyrazem naszego niemowlęctwa, my zaś stajemy się dorośli. Nie poddawać się decyzji komputerów, lecz zmienić ich program — oto mój plan. Wątpię, aby Romero mógł długo triumfować.
Poglądy Wiery bardzo mi odpowiadały. Musiałem jednak wskazać kilka słabych punktów jej argumentacji. Wszystko znów sprowadzało się do problemu Galaktów. Czy siostra nie usłyszy w odpowiedzi, że niebezpiecznie jest zaczynać przeobrażenia kosmiczne w chwili, kiedy nie wiemy, co nas czeka jutro?
— Tak, niewątpliwie usłyszę to. A nawet już usłyszałam. Od Romera! Ale mam na to odpowiedź. Wytężymy wszystkie siły i dowiemy się, jakie realne niebezpieczeństwo kryje się w informacji o Galaktach. Poza tym nie należy wpadać w panikę! Przez miliony lat te tajemnicze istoty nie odwiedzały naszego układu i tylko na niektórych gwiazdach przetrwały podania na ich temat, czemu więc mamy zachowywać się tak, jakbyśmy jutro oczekiwali napadu? Przecież to niegodne trząść się ze strachu przy pierwszej niejasnej wiadomości o czymś zupełnie na razie nieznanym! Wreszcie, i to jest najważniejsze, jeżeli gdzieś w przestrzeniach międzygwiezdnych szaleją okrutne wojny i wojny te mogą nas dotknąć, musimy zawczasu zjednoczyć się z gwiezdnymi sąsiadami dla odparcia ataku wrogów. Czyż po zjednoczeniu nie staniemy się silniejsi? Przecież wówczas nie jeden układ planetarny, lecz tysiące gwiazd będą tworzyć niezniszczalną zaporę na drodze nieznanego napastnika. Kto dowiódł, że będą jedynie przeciwnicy? Czyż Galaktowie, tak podobni do nas, staną się naszymi wrogami? Całkowicie zgadzam się z Andre, który twierdzi, że najpewniej będą naszymi przyjaciółmi.
— Zasoby, Wiero, na tym polega cały kłopot powiedziałem. — Zasoby ludzkości są ograniczone. Rozumiesz, mówię to w imieniu twoich oponentów…
Milczałem chwilę, zanim zadałem Wierze pytanie. Do tej pory nie rozmawialiśmy nigdy o jej sprawach osobistych.
— A co z Romerem? Czy twoje argumenty nie wywarły na nim wrażenia? Zawsze mi się zdawało, że między wami istnieje całkowita jedność ducha.
— Mnie też się tak wydawało — odparła z goryczą. — Myślałam, że nie ma człowieka bliższego mi niż on, poza tobą oczywiście. To zwaliło się na mnie tak nieoczekiwanie… Najprawdopodobniej zwyczajnie przymykałam oczy na wiele jego wad. Wczoraj w nocy zrozumiałam, że nic nas nie łączy. Krzyczał na mnie, tupał nogami, wymyślał… Przecież Paweł jest z nas wszystkich najbardziej opanowany, najuprzejmiejszy!…
— Poprosiłaś, aby się uspokoił?
— Wypędziłam go. Powiedziałam, że nie chcę go widzieć, że wzbudza we mnie wstręt.
— Zawsze byłaś gwałtowna, siostro.
— Miałam rację. Mam rację i to jedynie jest ważne! Ale kiedy on wyszedł, wydało mi się, że głowa mi pęka. Dlaczego akurat Romero? Powiedz, dlaczego on? Gdyby to był ktoś inny, zniosłabym to, różni ludzie trafiają się przecież… Ale Paweł! Wierzyłam w niego jak w siebie, byłam z niego dumna. Ty tego nie zrozumiesz, Eli, bo nikogo jeszcze nie kochałeś!…
Zapał ogarniający ją, kiedy wykładała mi swoje teorie, argumenty i propozycje, wygasł. Wyglądała obecnie na jeszcze bardziej zmęczoną niż rankiem. Uśmiechnęła się smutnie, pochwyciwszy mój wzrok. Zalała mnie gorąca fala współczucia i miłości do niej. Milczałem, nie wiedząc co powiedzieć. Wreszcie wydusiłem:
— Jak wyobrażasz sobie walkę z Romerem? Paweł znajdzie wielu zwolenników.
Niewątpliwie uzyska poparcie, ale prawda jest po mojej stronie. Po powrocie na Ziemię zwrócimy się do ludzi z prośbą o rozsądzenie, kto ma rację. Zespołowy rozum ludzki i wola większości będą naszą najwyższą instancją.
33
Andre oczywiście nie uwierzył, że Altairczycy uciekają słysząc pytanie na temat Galaktów. Chwycił więc deszyfrator i popędził z nim do hotelu „Gwiazdozbiór Orła”. Około południa spotkałem go w stołówce, gdzie z ponurą miną żuł syntetyczne mięso.
— Te piekielne istoty są tchórzliwsze od zajęcy! — złościł się Andre. — Ode mnie uciekali jeszcze szybciej niż od was. Coś jednak zdołałem zapisać.
Okazało się, że Andre zawczasu nastroił deszyfrator na odbiór fal mózgowych Altairczyków i nagrał ich reakcje w chwili ucieczki. W głowach Altairczyków panował kompletny chaos i urządzenie nie potrafiło uchwycić sedna ich myśli. Odnosiło się jednak wrażenie, że panicznie hali się samego słowa „Galakt”.
— Odkrytego przez was obrazu już nie ma — dodał Andre — Altairczycy starli go do czysta.
— Co o tym myślisz?
— Nic nie myślę, wiem natomiast, czemu nie zobaczyliście Niszczycieli obok zakutych w kajdanych Galaktów.
— Prawdopodobnie nie zobaczyliśmy ich z tego samego powodu, dla którego nikt ich dotychczas nie widział, jeśli wierzyć zapisom na Płomienistej B.
— Masz rację. Ale czy pojmujesz, o co tu chodzi? — O ile rozumiem, stworzyłeś swoją kolejną błyskotliwą teorię?
— W każdym razie prawdopodobną. Sekret polega na tym, że Niszczyciele są niewidzialni.
Andre z zimną krwią zniósł moje niebotyczne zdumienie. Kiedy jednak powiedziałem, że próbuje rozwiązać jedną zagadkę przez wprowadzenie innej, jeszcze trudniejszej do wyjaśnienia, rzucił pogardliwie:
— Jesteś pedantem i konserwatystą. Wszystko co nowe odpycha cię tylko dlatego, że jest nowe. Pomyśl o tym w chwili wolnej od innych zajęć. Jeszcze nie jest za późno na poprawę. Oczekuję przełomu.