Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Rozstaje zmierzchu
Rozstaje zmierzchu - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Rozstaje zmierzchu

Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:

Rozstaje zmierzchu
1 ... 29 30 31 32 33 34 35 36 37 ... 236
Перейти на страницу:

Sądził, że jest bezpieczny (przynajmniej nic mu chyba nie groziło ze strony Seanchan), a jednak pewna kwestia uwierała go niczym cierń w pięcie. Właściwie sporo spraw go niepokoiło — większość z nich wiązała się z samą Tuon — jedna wszakże szczególnie. Zniknięcie Tuon powinno wstrząsnąć ludźmi równie mocno jak pełne zaćmienie słońca w południe, lecz nikt nie podniósł alarmu. I nic się nie zdarzyło! Nic! Nie wyznaczono nagrody ani oferty wykupu, Mat nigdzie nie widział uważnych żołnierzy starannie przeszukujących wozy i furmanki w zasięgu wielu mil, żadne oddziały nie galopowały po okolicy i nie przeszukiwały każdego zakątka i niszy, w której ktoś mógłby ukryć kobietę. Cauthon posiadał w swej zmęczonej głowie jakieś stare wspomnienia o tropieniu porwanego członka królewskiej rodziny, a jednak — z wyjątkiem szubienic i spalonych statków w porcie — Ebou Dar prezentowało się z zewnątrz identycznie jak na dzień przed porwaniem. Egeanin twierdziła, że poszukiwania będą prowadzone w całkowitej tajemnicy, a wielu samych Seanchan ciągle nie dowiedziało się o zaginięciu Tuon. Tłumaczyła to potencjalnym szokiem dla Imperium, złymi omenami dla Powrotu i stratą sei’taer. Mówiła o całej sprawie tonem sugerującym wiarę w każde słowo, ale Mat nie dał jej się zwieść. Seanchanie byli dziwnym ludem, nikt jednak nie mógł być aż tak dziwny. Od ciszy panującej w Ebou Dar sam dostawał gęsiej skórki. Węszył w tym milczeniu pułapkę. Gdy dotarli do Wielkiej Drogi Północnej, był wdzięczny, że miasto skryło się już za niskimi wzgórzami.

Drogę stanowił szeroki trakt. Była to główna aleja handlowa, na której z łatwością zmieściłoby się obok siebie pięć czy sześć wozów. Nawierzchnia składała się z ziemi i gliny, które w trakcie minionych setek lat używania zostały ubite niemal do twardości starożytnego kamienia brukowego pozostałego po dawnych czasach i wystającego w niektórych miejscach kilka cali nad ziemię. Mat i Egeanin pospiesznie przeszli na pobocze po drugiej stronie; Noal niemal deptał im po piętach. Unikali strzeżonej przez kobietę z bliznami na twarzy, dziesięciu mężczyzn o bystrych oczach i w skórzanych kaftanach przykrytych metalowymi dyskami, kolumny kupców, ich toczących się do miasta furmanek oraz rzędu dziwacznie ukształtowanych osadniczych wozów ze spiczastymi czubkami, zmierzających na północ i ciągnionych przez konie, muły lub woły. Między wozami biegali bosi chłopcy, poganiając witkami rogate kozły o długim czarnym włosiu oraz duże białe krowy o wydatnych podgardlach. W tylnej grupie wozów jeden mężczyzna w workowatych, niebieskich spodniach i czerwonej czapce z okrągłym daszkiem prowadził masywnego, garbatego byka na grubym sznurze przywiązanym do kółka w nosie. Gdyby nie strój, osobnik mógłby zupełnie dobrze pochodzić z Dwu Rzek. Przyjrzał się Matowi i jego towarzyszom, jakby pragnął coś powiedzieć, potem jednak potrząsnął głową i mozolił się dalej, nie patrząc już na nikogo. Ze względu na kuśtykanie Cauthona nie poruszali się zbyt szybko i osadnicy mijali ich powoli, lecz nieprzerwanie.

Przygarbiona Egeanin wolną ręką przytrzymywała sobie szal pod brodą. Nagle wypuściła powietrze i rozluźniła palce drugiej dłoni, która niemal boleśnie wbijała się Matowi w bok. Po chwili kobieta wyprostowała się i przeszyła pełnym nienawiści wzrokiem plecy idącego przed nią farmera; wydawała się mieć ochotę dopaść go i wytargać za uszy najpierw mężczyznę, a później jego byka. Kiedy farmer oddalił się dobre dwadzieścia kroków, obrzuciła gniewnym spojrzeniem spory oddział seanchańskich żołnierzy — mniej więcej dwie setki ich maszerowały czwórkami środkiem drogi w tak szybkim tempie, że wkrótce dogonili osadników oraz ich przykryte mocno naprężonym płótnem, zaprzężone w muły wozy. Osadnicy rozstąpili się, pozostawiając dla wojska pusty środek drogi. Na czele kolumny jechało konno pół tuzina oficerów w hełmach z pióropuszami skrywającymi im całe twarze z wyjątkiem oczu. Oficerowie nie rozglądali się na boki, czerwone płaszcze starannie rozłożyli na zadach swoich wierzchowców. Na sztandarze Seanchan znajdował się przekreślony długą strzałą i postrzępioną złotą błyskawicą znak przypominający wyszczerbiony srebrny grot lub może kotwicę, pod nim natomiast mieścił się jakiś napis i liczby, których Mat nie mógł wyraźnie dojrzeć z powodu podmuchów wiatru szarpiących sztandarem we wszystkie strony. Ludzie na wozach z zapasami nosili granatowe płaszcze i spodnie oraz czapki w czerwono-niebieską kratę, żołnierze byli zaś ubrani bardziej krzykliwie niż większość Seanchan: w złożone z segmentów zbroje poprzecinane na dole błękitnymi i srebrzyście białymi pasami, natomiast wyżej pasami czerwonymi i złociście żółtymi; ich hełmy z kolei zostały pomalowane na wszystkie cztery kolory i wyglądali w nich jak straszne pająki. Na przedzie każdego hełmu przymocowano dużą odznakę z kotwicą — Mat uważał, że emblemat jest jednak kotwicą — a także strzałą i błyskawicą. Chyba każdy żołnierz (z wyjątkiem oficerów) niósł przy boku zakrzywiony łuk, a przy pasie najeżony strzałami kołczan i krótki miecz.

— Łucznicy statku — mruknęła Egeanin, zerkając na żołnierzy spode łba. Puściła szal, nadal wszakże zaciskała tę rękę w pięść. — Tawerniani awanturnicy. Gdy zbyt długo przebywają na lądzie, zawsze sprawiają kłopoty.

Matowi wydawali się przede wszystkim dobrze wyszkoleni. Nigdy w każdym razie nie słyszał o żołnierzach, którzy od czasu do czasu nie wpakowaliby się w jakąś burdę, szczególnie kiedy sobie popili lub po prostu się nudzili, a znudzeni żołnierze lubią się napić. Cauthon mimowolnie zadał sobie pytanie, jak daleko niosą ich łuki. Myśl była jednakże tylko teoretyczna, ponieważ nie chciał mieć nic wspólnego z żadnymi seanchańskimi wojakami. Gdyby mógł wybierać, nie chciałby mieć już nigdy nic wspólnego w ogóle z żadnymi żołnierzami. Nie miał wszakże takiego szczęścia. Los i szczęście to, niestety, dwie różne sprawy. Po chwili krótkiej zadumy zdecydował, że w najlepszym razie niosą na dwieście kroków. Z dobrej kuszy można było strzelać dalej, podobnie jak z łuków używanych w Dwu Rzekach.

— Nie jesteśmy w tawernie — wysyczał przez zaciśnięte zęby. — A oni wcale się w tej chwili nie awanturują. I nie kłóćmy się jedynie z powodu twojego strachu, iż jakiś farmer zechce z tobą pomówić.

Zacisnęła szczęki i posłała mu spojrzenie tak twarde, że gdyby wzrok potrafił zabijać, Mat leżałby teraz na ziemi z roztrzaskaną czaszką. Oboje wiedzieli jednak, że miał rację. Egeanin bała się, iż jeśli się odezwie, ktoś natychmiast rozpozna jej akcent. W jego przekonaniu wykazywała się mądrą ostrożnością, jednak tę kobietę jawnie wszystko denerwowało.

— Jak będziesz się w nich tak wgapiała, za chwilę podejdzie do nas chorąży. Eboudarianki słyną ze skromności — skłamał. Cóż mogła wiedzieć o miejscowych zwyczajach?

Tym razem posłała mu marsowe spojrzenie z ukosa — może próbowała zrozumieć, co w tym przypadku oznacza skromność — przestała się wszakże krzywić, kiedy patrzyła na łuczników. Teraz wyglądała raczej na gotową ukąsić, niż uderzyć.

— Ten mężczyzna ma tak ciemną cerę jak Atha’an Miere — szepnął Noal, popatrując na mijających ich żołnierzy. — Tak ciemną jak Sharanie. Przysiągłbym wszak, iż jego oczy są niebieskie. Widziałem wcześniej podobne... ale gdzie? — Usiłując otrzeć sobie skronie, o mało nie uderzył się w głowę bambusową wędką, po czym zrobił krok w stronę mężczyzny, jakby pragnął go wypytać, gdzie się urodził.

1 ... 29 30 31 32 33 34 35 36 37 ... 236
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)