Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]
- Автор: Вулф Джин Родман
- Год: 2007
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-250-0142-1
- Переводчик: Arkadiusz Nakoniecznik
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]». Краткое содержание книги:
— Dzięki mojej głowie — odparł bez wahania chłopiec i chwycił się za nią obiema rękami.
— Zwierzęta też mają głowy, nawet te najgłupsze, jak raki, woły i kleszcze. Myślisz tylko niewielką częścią głowy, która znajduje się w jej wnętrzu, tuż nad oczami. — Dotknąłem jego czoła. — Zapewne wiesz, że gdybyś z jakiegoś powodu zapragnął pozbyć się ręki — na przykład gdyby wdała się w nią jakaś choroba zagrażająca reszcie ciała — to są ludzie, którzy potrafią ją odciąć bez uszczerbku dla twego zdrowia.
Severian ponownie skinął głową.
— Bardzo dobrze. Ci sami ludzie mogą także usunąć tę niewielką część twojej głowy, która pozwala ci myśleć. Naturalnie, potem nie są w stanie włożyć jej z powrotem, a nawet gdyby byli, to ty nie mógłbyś ich o to poprosić, bo nie wiedziałbyś, jak to zrobić. Są jednak tacy, którzy dobrowolnie poddają się temu zabiegowi, gdyż chcą już na zawsze przestać myśleć, twierdząc, iż zależy im przede wszystkim na tym, by zapomnieć o tym wszystkim, czego dokonała ludzkość. W ten sposób stają się zwierzętami o ludzkich kształtach. Zapytałeś mnie, dlaczego nie noszą ubrań; po prostu nie wiedzą, czemu miałyby one służyć i dlatego nie zakładają ich nawet wtedy, kiedy jest bardzo zimno, choć czasem wpełzają pod nie albo próbują się w nie zawinąć.
— Czy ty też jesteś trochę taki jak oni? — zapytał mały Severian, wskazując na moją nagą pierś.
Milczałem przez dłuższą chwilę, zaskoczony jego pytaniem.
— Po prostu stosuję się do zwyczajów obowiązujących w mojej konfraterni — powiedziałem wreszcie. — Nie kazałem sobie wyciąć kawałka głowy, jeżeli o to ci chodzi, i kiedyś nosiłem koszulę… Ale chyba masz rację: jestem trochę taki jak oni, ponieważ nigdy się nad tym nie zastanawiałem, nawet kiedy było mi bardzo zimno.
Wyraz twarzy chłopca powiedział mi, że potwierdziłem jego przypuszczenia.
— Czy właśnie dlatego uciekasz?
— Nie, wcale nie dlatego. Jeżeli już, to chyba można powiedzieć, że wręcz przeciwnie: być może ta część mojej głowy zanadto się rozrosła. Jeżeli natomiast chodzi o zoantropów, to masz rację, właśnie z tego powodu mieszkają w górach. Kiedy człowiek zmienia się w zwierzę, staje się bardzo niebezpiecznym stworzeniem, którego nikt nie będzie tolerował w bardziej zaludnionych rejonach, gdzie są farmy i wioski. Są więc wyganiani w góry albo trafiają tu jeszcze przed pozbyciem się człowieczeństwa, przywiezieni przez przyjaciół lub tych, którzy mają dokonać zabiegu. Oczywiście nadal potrafią trochę myśleć, tak samo jak zwierzęta, dzięki czemu są w stanie zdobyć żywność, choć zimą wielu z nich umiera z głodu. Rzucają kamieniami, wiedzą, do czego służą maczugi, a nawet walczą między sobą o partnerki, ponieważ są wśród nich także kobiety. Ich synowie i córki nie żyją jednak długo, chyba na szczęście dla siebie, gdyż, podobnie jak my, rodzą się obarczeni ciężarem myśli.
Akurat w tej chwili ciężar ten tak mocno dawał mi się we znaki, że po raz pierwszy zrozumiałem, iż dla niektórych może on stanowić takie samo przekleństwo, jakim dla mnie bywa moja doskonała pamięć.
Nigdy nie byłem specjalnie wrażliwy na piękno, lecz uroda nieba i gór wstrząsnęła mną do głębi, sprawiając, iż nagle zaczęło mi się wydawać, że pojmuję to wszystko, czego do tej pory nie byłem w stanie nie tylko zrozumieć, ale nawet dostrzec. Kiedy po pierwszym przedstawieniu sztuki doktora Talosa objawił mi się mistrz Malrubius — tego akurat nadal nie rozumiałem, choć byłem coraz bardziej pewien, że nie był to sen ani przywidzenie — mówił mi o kolistej strukturze władzy, choć wówczas ten temat niewiele mnie obchodził. Teraz nagle doszedłem do wniosku, iż on sam także był rządzony, jeżeli nie przez rozum, to przez coś usytuowanego wyżej lub niżej od rozumu — gdzie jednak konkretnie, tego nie potrafiłem stwierdzić. Z pewnością instynkt zajmował podrzędne miejsce, ale czy czasem nie mógł stać się czynnikiem nadrzędnym? Kiedy alzabo zaatakowało zoantropów, działało pod wpływem instynktu, który nakazywał mu bronić zdobyczy przed napastnikami; Becan także ruszył do ataku, pragnąc ocalić żonę i dziecko. Oboje uczynili więc to samo, w dodatku zamknięci w tym ciele. Czyżby za plecami rozumu wyższe i niższe instynkty podawały sobie czasem ręce? A może jest tylko jeden instynkt, wyciągający ręce w taki sposób, że pojawiają się jednocześnie po obu stronach rozumu? Czy jednak jest on naprawdę „przywiązaniem do osoby monarchy”, będącym, jak twierdził mistrz Malrubius, jednocześnie najwyższym i najniższym stopniem w strukturze władzy? Ponad wszelką wątpliwość nie mógł wziąć się z niczego. Co prawda jastrzębie krążące nad naszymi głowami budują gniazda kierując się właśnie instynktem, ale kiedyś, v bardzo dawnych czasach, gniazda jeszcze nie istniały, więc jastrząb, który zaczął budować je jako pierwszy, nie mógł odziedziczyć tego instynktu po rodzicach, gdyż oni po prostu go nie posiadali. Taki instynkt nie rozwijał się też stopniowo, gdyż trudno sobie wyobrazić, aby kilka pokoleń jastrzębi kładło w jakimś miejscu jeden patyk, kilka następnych dwa, i tak dalej, aż po niezliczonych stuleciach powstało pierwsze kompletne gniazdo, ponieważ jeden, dwa czy nawet dziesięć patyków do niczego by się ptakom nie przydały. To, co działało przed pojawieniem się instynktu, mogło więc być najwyższą albo najniższą formą manifestowania się woli. Prawdopodobnie dowiedziałbym się wszystkiego od samych ptaków, ale nie potrafiłem odczytać hieroglifów, jakie kreśliły nade mną w powietrzu.
Kiedy zbliżaliśmy się do przełęczy między naszą górą a tą znacznie potężniejszą, którą opisałem wcześniej, wydawało mi się, że przemierzamy całą Urth od bieguna do równika, gdyż teren, po którym pełzliśmy niczym mrówki, przypominał odwróconą na drugą stronę powierzchnię globu. Daleko za nami i przed nami lśniły rozległe lodowo śnieżne pola, poniżej były skaliste zbocza podobne do brzegów skutego lodem południowego morza, jeszcze niżej zaś ciągnęły się łąki porośnięte zmierzwioną trawą, w której kwitło mnóstwo kwiatów. Identyczny pas zielonych łąk mogłem dostrzec za półprzeźroczystą zasłoną błękitnawej mgły, spowijającej stoki ogromnej góry. Rozciągający się niżej sosnowy las z tej odległości wydawał się niemal czarny.
Przełęcz wyglądała zupełnie inaczej, gdyż porastała ją gęstwina liściastych drzew, wznoszących rzadkie korony na trzysta łokci w górę, ku umierającemu słońcu. Ich martwi bracia nadal stali pionowo, podtrzymywani przez sąsiadów oraz oplatające je ciasno liany. W pobliżu górskiego strumienia, gdzie zatrzymaliśmy się na noc, roślinność bardzo przypominała tę, jaką widziałem na nizinach. Teraz, kiedy chłopiec nie musiał poświęcać uwagi wyłącznie forsownemu marszowi, rozejrzał się uważnie dokoła, przez chwilę podziwiał rozciągającą się przed nami panoramę przełęczy, po czym zapytał, czy tam właśnie pójdziemy.
— Jutro — odparłem. — Wkrótce zapadnie zmrok, a ja wolałbym pokonywać tę dżunglę za dnia.
Na dźwięk słowa „dżungla” otworzył szerzej oczy.
— Czy jest niebezpieczna?
— Nie wiem. Z tego, co słyszałem w Thraksie, wynika, że owady nie powinny być nawet w połowie tak groźne jak na nizinach i że nie grozi nam spotkanie z krwiożerczymi nietoperzami (mój przyjaciel, który został kiedyś przez nie pokąsany, twierdzi, że nie należy to do przyjemności). Żyją tam jednak wielkie małpy, a także drapieżne koty i wiele innych zwierząt.