Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]
- Автор: Вулф Джин Родман
- Год: 2007
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-250-0142-1
- Переводчик: Arkadiusz Nakoniecznik
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]». Краткое содержание книги:
— Mimo to prędzej czy później zapadnie ciemność — odparło ze spokojem alzabo głosem Becana. — Wtedy do nas dołączysz.
— Nie. Zabiję cię, jak tylko ogień zacznie przygasać. Na razie poczekam, żebyś stracił jak najwięcej krwi.
Zapadło milczenie, tym bardziej niezwykłe, że spoglądając na alzabo nie sposób było dopatrzyć się jakichkolwiek oznak inteligencji. Zdążałem sobie sprawę, iż tak samo, jak resztki zakodowanych w formie związków chemicznych wspomnień Thecli trafiły do mego mózgu, również osobowości mężczyzny i jego córki błąkały się po mózgu nierozumnego stworzenia, choć nie miałem pojęcia, jakie też myśli i marzenia mogły stać się ich udziałem.
Wreszcie w małej izbie ponownie rozległ się głos Becana:
— Tak więc, za wachtę lub dwie, ty zabijesz mnie albo ja zabiję ciebie. Albo zabijemy się nawzajem. Gdybym teraz odwrócił się i odszedł, czy będziesz mnie ścigał, kiedy Urth ponownie zwróci twarz ku słońcu? A może zostaniesz tutaj, aby oddzielić mnie od kobiety i dziecka, którzy należą do mnie?
— Nie — odparłem.
— Klniesz się na honor? Jesteś gotów przysiąc na miecz, mimo że nie możesz skierować go ku słońcu?
Cofnąłem się o krok, ująłem Terminus Est za ostrze i zwróciłem go w stronę własnego serca.
— Przysięgam na ten miecz, symbol mego posłannictwa, że jeżeli odejdziesz i nie powrócisz tej nocy, jutro nie wyruszę w pogoń za tobą. Przysięgam też, że nie zostanę w tym domu.
Alzabo odwróciło się szybko i bezszelestnie jak wąż — przez chwilę wydawało mi się, że mógłbym zadać celny cios w jego szeroki grzbiet — po czym zniknęło. O jego niedawnej obecności świadczyły jedynie otwarte na oścież drzwi, roztrzaskane krzesło oraz kałuża krwi (znacznie ciemniejszej niż krew zwierząt od wieków zamieszkujących naszą planetę), która zdążyła już częściowo wsiąknąć w podłogę z heblowanych desek.
Zamknąłem i zaryglowałem drzwi, schowałem Pazur do skórzanego woreczka na szyi, następnie zaś przesunąłem stół pod otwór w suficie, wskoczyłem na niego i bez trudności wspiąłem się na strych. Casdoe, starzec oraz mały Severian, skąpani w blasku bijącym od lampy zawieszonej na belce, siedzieli w najdalszym kącie pomieszczenia. Sądząc po wyrazie oczu chłopca, wspomnienia o wydarzeniach tej nocy miały towarzyszyć mu przez najbliższe dwadzieścia lat.
— Przeżyłem, jak widzicie — powiedziałem. — Słyszeliście, co mówiliśmy na dole?
Kobieta skinęła głową.
— Nie uczyniłbym tego, gdybyście przynieśli mi światło, tak jak prosiłem. Ponieważ tego nie zrobiliście, nie czułem się do niczego zobowiązany. Na waszym miejscu opuściłbym ten dom z samego rana i ruszył w kierunku nizin, ale postąpicie, jak będziecie chcieli.
— Baliśmy się… — wymamrotała Casdoe.
— Ja też. Gdzie Agia?
Ku memu zdziwieniu starzec wyciągnął rękę i wskazał miejsce, w którym rozsunięto grubą warstwę słomy tworzącej strzechę. Otwór był dość wąski, ale szczupłe ciało Agii przecisnęło się tamtędy bez najmniejszego trudu.
Noc przespałem przy palenisku, ostrzegłszy uprzednio Casdoe, że zabiję każdego, kto spróbuje zejść ze strychu. Rankiem obszedłem dom; tak jak się spodziewałem, nóż Agii zniknął z okiennicy.
ROZDZIAŁ XVII
MIECZ LIKTORA
— Odchodzimy — powiedziała Casdoe. — Najpierw jednak przygotuję śniadanie. Nie musisz jeść z nami w izbie, jeśli sobie tego nie życzysz.
Skinąłem głową i zaczekałem przed chatą, gdzie przyniosła mi miskę owsianki i drewnianą łyżkę, po czym przeszedłem nad strumień, usiadłem na brzegu i zjadłem posiłek. Myślę, że w pewien sposób pogwałciłem przysięgę złożoną alzabo, gdyż przez cały czas obserwowałem dom, sam będąc ukryty za zasłoną gęstych krzewów.
Wreszcie z chaty wyłonili się Casdoe, jej ojciec oraz mały Severian. Kobieta niosła na plecach spory pakunek, w ręku ściskała okutą laskę męża, starzec zaś i chłopiec mieli niewielkie sakwy. Pies, który zapewne schował się pod podłogę, kiedy przyszło alzabo (nie mogę powiedzieć, żebym go za to potępiał, choć jestem pewien, że Triskele nie zachowałby się w taki sposób), kręcił im się pod nogami. Casdoe rozejrzała się dokoła, a kiedy nigdzie mnie nie dostrzegła, położyła na progu nieduże zawiniątko.
Patrzyłem, jak idą skrajem małego pola, zaoranego i obsianego nie dalej niż przed miesiącem, które teraz miało zostać okradzione przez ptaki i zarosnąć chwastami. Casdoe i jej ojciec ani razu nie obejrzeli się za siebie, natomiast chłopczyk przystanął na chwilę przed szczytem pierwszego wzniesienia, by jeszcze raz popatrzeć na jedyny dom, jaki do tej pory znał w życiu. Kamienne ściany stały równie pewnie jak zawsze, a z komina wciąż jeszcze wydobywała się strużka dymu. Potem mały Severian odwrócił się i pobiegł za matką, niknąc mi z oczu.
Opuściłem kryjówkę i podszedłem do drzwi. W zawiniątku znajdowały się dwa koce z miękkiej wełny wigonia oraz nieco suszonego mięsa. Mięso schowałem do sakwy, koce zaś rozłożyłem i zrolowałem, tak by móc je nieść przewieszone przez ramię.
Po deszczu powietrze było świeże i czyste. Cieszyłem się, że za chwilę opuszczę kamienną chatę, wypełnioną zapachem dymu i jedzenia. Zajrzałem jeszcze raz do środka, by popatrzeć na plamę krwi pozostawioną przez alzabo. Przy okazji przekonałem się, że Casdoe przesunęła stół na poprzednie miejsce oraz że Pazur nie zostawił na jego powierzchni najmniejszego śladu. W izbie nie zostało nic wartego zabrania, cofnąłem się więc i zamknąłem drzwi.
Wkrótce ruszyłem śladem Casdoe i jej rodziny. Co prawda nie wybaczyłem jej, że nie przyniosła mi światła, kiedy walczyłem z alzabo — mogła to zrobić bardzo łatwo, choćby wystawiając lampę przez otwór w suficie — choć nie miałem do niej pretensji za to, że stanęła po stronie Agii; była przecież tylko samotną kobietą, mieszkającą w chacie otoczonej zewsząd skalistymi twarzami gór, w towarzystwie starca i małego chłopca, równie bezbronnych jak ona — ich dwóch trudno było obarczać jakąkolwiek winą.
Ścieżka była tak miękka, że bez trudu dostrzegłem niewielkie ślady stóp Casdoe, jeszcze mniejsze chłopca oraz duże, należące do starca, z palcami skierowanymi na zewnątrz. Szedłem powoli, żeby ich nie dogonić, a choć zdawałem sobie sprawę, iż z każdym krokiem coraz bardziej zbliżam się do niebezpieczeństwa, to miałem nadzieję, że zawczasu dostrzegę patrol, który zatrzyma trójkę uciekinierów, aby ich przesłuchać — naturalnie, o ile coś takiego w ogóle nastąpi. Ze strony Casdoe nie groziło mi żadne niebezpieczeństwo, gdyż informacje, jakich mogła udzielić żołnierzom, tylko skierowałyby ich na fałszywy trop, natomiast gdyby gdzieś blisko pojawiło się alzabo, chyba wyczułbym zawczasu jego zapach. Bądź co bądź, zobowiązałem się tylko do tego, że nie będę go ścigał i że nie zostanę w domu, nie zaś, że pozostawię bez opieki tych, których upatrzyło sobie na kolejne ofiary.
Dróżka była chyba tylko szlakiem wydeptanym przez zwierzynę i nieco poszerzonym przez Becana, gdyż bardzo szybko zniknęła. Okolica nie dorównywała dzikością tej, przez jaką szedłem nad krawędzią lasu: tutaj, na południowych stokach, rosły mchy i paprocie, na stromych urwiskach zaś zadomowiła się kosodrzewina. Bardzo często natykałem się na strumienie i wodospady. Żyjąca w moim umyśle Thecla pamiętała, że często odwiedzała takie miejsca w towarzystwie nauczyciela i dwóch osobistych strażników, by malować pejzaże. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, iż lada chwila natknę się na sztalugi, Paletę i pudełko z pędzlami, pozostawione przy jakimś wodospadzie i czekające na moment, kiedy promienie słońca ponownie zalśnią w huczącej kaskadzie.