Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]
Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]

Электронная книга - «Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]». Краткое содержание книги:

Severian, wygnany z konfraterni katów za złamanie zasad, dotarł do Thraxu. Obejmuje stanowisko liktora i sumiennie wypełnia obowiązki strzegąc więźniów i ścinając skazańców. Mimo poszukiwań nie zdołał zwrócić Pazura Łagodziciela — klejnot o uzdrawiającej mocy zaczyna mu ciążyć, odbierając spokój i sen. Severian wyczuwa coraz bardziej mrok gromadzący się nad światem, zaczyna wątpić w swoje powołanie, aż wreszcie wbrew rozkazowi archonta daruje życie kobiecie skazanej na uduszenie. Musi uciekać z Thraxu i udaje się na północ, w góry zamieszkane przez istoty, które odrzuciły człowieczeństwo. Rozpoczyna niebezpieczną podróż, która wyjaśni wiele kłębiących się wokół niego tajemnic.
1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 74
Перейти на страницу:

CZĘŚĆ CZWARTA

ŚMIERĆ RYBY

Gdyby chcieć opowiedzieć o wszystkich przygodach Żaby — jak żył wśród wilków, uczył się polować i walczyć — należałoby zapełnić karty wielu książek. Jednak ci, w których żyłach płynie krew ludzi zamieszkujących górski szczyt daleko od brzegów Urth, prędzej czy później muszą usłyszeć jej zew, dlatego też w końcu nadszedł czas, kiedy Żaba stanął przed Senatem Wilków i powiedział:

— Oto Czerwony Kwiat. W jego imieniu obejmuję rządy.

A kiedy nikt mu się nie sprzeciwił, poprowadził za sobą wilki i nazwał je ludem zamieszkującym jego królestwo. Wkrótce potem poczęli się do niego garnąć także prawdziwi ludzie, bo choć był tylko chłopcem, to wydawał się większy od dorosłych mężczyzn, ponieważ miał w sobie krew Wczesnego Lata.

Pewnej nocy, kiedy zakwitły dzikie róże, przyszła do niego we śnie Wczesne Lato i opowiedziała o jego matce, Leśnym Ptaku, a także o ojcu, bracie i wuju. Wkrótce potem Żaba odnalazł brata, który był pasterzem i wraz z wilkami, Czarnym Zabójcą oraz tłumem ludzi udał się do wuja, by upomnieć się o swoje dziedzictwo. Wuj był już stary i samotny, gdyż jego synowie pomarli bezpotomnie, zwrócił mu więc wszystko, co niegdyś odebrał. Ryba wziął z tego miasto i pola, Żaba zaś niedostępne góry.

Ludzi, którzy szli za nim, przybywało. Mężczyźni porywali kobiety i płodzili dzieci, a kiedy wilki stały się niepotrzebne i wróciły tam, gdzie zawsze mieszkały, Żaba postanowił, że jego lud musi mieć swoje miasto otoczone wysokim murem, który chroniłby je w razie wojny — Ze stada należącego do Ryby wziął białego byka i białą krowę, zaprzągł je do pługa i zaorał bruzdę, wyznaczając przebieg muru. Kiedy ludzie brali się już do budowy, przybył Ryba i zażądał zwrotu swojego bydła. Pokazano mu wówczas bruzdę i powiedziano, co ona oznacza, a on roześmiał się i przeskoczył ją jednym susem. Wtedy ludzie Żaby zabili go, ponieważ wiedzieli, że z małych, ośmieszonych rzeczy nigdy nie wyrosną wielkie. Ryba był już podówczas dorosłym mężczyzną, a więc przepowiednia ogłoszona po przyjściu na świat Wiosennego Wiatru w pełni się sprawdziła.

Kiedy Żaba ujrzał martwego Rybę, pogrzebał go w bruździe, aby zapewnić ziemi żyzność. Tak nauczył go Nagi, którego zwano także Dzikusem albo Squanto.

ROZDZIAŁ XX

KRĄG CZARNOKSIĘŻNIKÓW

O pierwszym brzasku zagłębiliśmy się w górską dżunglę z takim uczuciem, jakbyśmy wchodzili do domu. Za naszymi plecami promienie słońca padały na trawę, zarośla i kamienie, a przed nami, za zasłoną z pnączy tak gęstą, że musiałem dobyć miecza i wyrąbać nam przejście, widziałem jedynie głębokie cienie i potężne pnie drzew. Nie słychać było ani brzęczenia owadów, ani śpiewu ptaków, nie docierał tu także choćby najsłabszy powiew wiatru. Ziemia, po której szliśmy, początkowo niczym nie różniła się od jałowej gleby na górskich stokach, ale już po niecałej mili stała się bardziej miękka i sprężysta, aż wreszcie dotarliśmy do niezbyt długich schodów ponad wszelką wątpliwość wyrąbanych w niej za pomocą łopaty.

— Spójrz — powiedział chłopiec, wskazując jakiś czerwony przedmiot o niezwykłym kształcie, leżący na najwyższym stopniu.

Przystanąłem, aby mu się przyjrzeć. Była to głowa koguta; oczy przebito metalowymi szpikulcami, w dziób zaś wetknięto kawałek skóry zrzuconej przez węża. Chłopiec przyglądał się ze zdziwieniem.

— Co to może być? — zapytał.

— Przypuszczalnie ktoś chciał rzucić urok.

— Wiedźma? I co to miał być za urok?

Spróbowałem sobie przypomnieć wszystko — a nie było tego wiele — co wiedziałem o fałszywej sztuce. W dzieciństwie Thecla znajdowała się pod opieką piastunki, która zawiązywała i rozwiązywała supły, by przyspieszyć rozwój dziewczynki, oraz twierdziła, że o północy widziała twarz jej przyszłego męża (czy to była moja twarz?), odbitą w wypolerowanej metalowej tacy, na której zwykle stawia się weselne torty.

— Kogut jest zwiastunem dnia, a w magicznym sensie jego grzebień codziennie rano zwabia słońce. Został oślepiony chyba po to, żeby nie mógł stwierdzić, kiedy wstanie świt. Cykliczne zrzucanie skóry przez węże to symbol oczyszczenia i odmłodzenia. Oślepiony kogut trzyma w dziobie starą skórę.

— Ale co to znaczył — nie ustępował chłopiec.

Powiedziałem, że nie wiem, choć w głębi duszy podejrzewałem, iż może chodzić o urok, który miał za zadanie powstrzymać nadejście Nowego Słońca. Poczułem ból na myśl o tym, że ktoś może mieć coś przeciwko odrodzeniu ludzkości, na które tak bardzo czekałem będąc dzieckiem, choć niespecjalnie w nie wierzyłem. Jednocześnie nie zapomniałem ani na chwilę, że nadal mam przy sobie Pazur Łagodziciela; przeciwnicy Nowego Słońca z pewnością zniszczyliby go, gdyby dostał się w ich ręce.

Nie przeszliśmy nawet stu kroków, kiedy ujrzeliśmy skrawki czerwonego materiału przywiązane do gałęzi drzew; niektóre były czyste, na innych znajdowały się napisy, których nie potrafiłem odczytać — prawdopodobnie były to tajne znaki czynione przez ludzi pragnących udawać, że posiedli wielką wiedzę, którzy w tym właśnie celu kreślą symbole podobne do tych, jakich używają astronomowie.

— Chyba powinniśmy zawrócić — powiedziałem. — Albo pójść okrężną drogą.

— W tej samej chwili usłyszałem jakiś szelest za naszymi plecami i odwróciłem się gwałtownie. Przez jedno lub dwa uderzenia serca wydawało mi się, że dwie wielkookie, pomalowane w białe, czarne i czerwone pasy postaci, które pojawiły się nie wiadomo skąd na ścieżce, naprawdę są demonami, ale bardzo szybko przekonałem się, że to nadzy ludzie o skórze pokrytej różnobarwnymi farbami. Do rąk mieli przymocowane stalowe szpony. Nie zwlekając wydobyłem z pochwy Terminus Est.

— Nie będziemy cię zatrzymywać — powiedział jeden z nich. — Idź dalej, jeśli chcesz.

Odniosłem wrażenie, że pod grubą warstwą farby dostrzegam bladą skórę i jasne włosy mieszkańca południa.

— Lepiej, żebyście zostawili nas w spokoju, bo za pomocą tego długiego ostrza mógłbym zabić was obu, zanim zdołalibyście do nas podejść — odparłem.

— Idź więc — powtórzył jasnowłosy mężczyzna. — Naturalnie, jeżeli nie zależy ci na chłopcu.

Rozejrzałem się pospiesznie dokoła, ale nigdzie nie mogłem dostrzec małego Severiana.

— Jeżeli jednak chcesz, aby do ciebie wrócił, oddasz mi teraz miecz i pójdziesz z nami. — Wymalowany człowiek zbliżył się nie okazując najmniejszych oznak strachu i wyciągnął obie ręce. Dopiero wtedy przekonałem się, że stalowe szpony wystają spomiędzy palców i są przymocowane do krótkiego prętu, który ściska w dłoni. — Nie powtórzę tej prośby.

Schowałem miecz do pochwy, odpiąłem pendent i wręczyłem całość pasiastemu mężczyźnie.

Zamknął oczy. Na powiekach miał wymalowane czarne kropki na białym tle, niczym pewien gatunek gąsienic, które próbują w ten sposób upodobnić się do węży, aby odstraszyć żarłoczne ptaki.

— Wypił dużo krwi.

— Zgadza się — odparłem.

Natychmiast otworzył oczy i przez długą chwilę przyglądał mi się bez drgnięcia powieki. Jego pokryta farbą twarz — podobnie jak twarz drugiego, milczącego człowieka — była nieprzenikniona jak maska.

— Niedawno wykuty miecz nie na wiele by się tu przydał, ale ten mógłby dokonać wielu szkód.

— Mam nadzieję, że zwrócicie mi go wraz z moim synem. Co zrobiliście z chłopcem?

1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 74
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)