Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]
Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]

Электронная книга - «Miecz Liktora [The Sword of the Lictor - pl]». Краткое содержание книги:

Severian, wygnany z konfraterni katów za złamanie zasad, dotarł do Thraxu. Obejmuje stanowisko liktora i sumiennie wypełnia obowiązki strzegąc więźniów i ścinając skazańców. Mimo poszukiwań nie zdołał zwrócić Pazura Łagodziciela — klejnot o uzdrawiającej mocy zaczyna mu ciążyć, odbierając spokój i sen. Severian wyczuwa coraz bardziej mrok gromadzący się nad światem, zaczyna wątpić w swoje powołanie, aż wreszcie wbrew rozkazowi archonta daruje życie kobiecie skazanej na uduszenie. Musi uciekać z Thraxu i udaje się na północ, w góry zamieszkane przez istoty, które odrzuciły człowieczeństwo. Rozpoczyna niebezpieczną podróż, która wyjaśni wiele kłębiących się wokół niego tajemnic.
1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 74
Перейти на страницу:

Rzecz jasna nic takiego nie nastąpiło, a przez kilka wacht w ogóle nie dostrzegłem śladu człowieka, oczywiście nie licząc odcisków stóp poprzedzającej mnie trójki, nakładających się na tropy jeleni oraz wielkich kotów, które na nie polują. Zwierzęta zapewne szły tędy o świcie, kiedy przestało padać.

A potem ujrzałem ślady bosych stóp znacznie większe od tych, jakie zostawiał starzec. Były nawet większe od moich: jeden od drugiego dzieliła spora odległość. Krzyżowały się ze szlakiem, a jeden z nich zatarł odciski stopy chłopca, co świadczyło o tym, że ktoś zjawił się w tym miejscu już po przejściu Casdoe i jej rodziny.

Natychmiast przyspieszyłem kroku.

Przypuszczałem, iż te wielkie ślady należą do jakiegoś autochtona, choć zastanowienie budziła niezwykła długość kroku — te dzikusy zamieszkujące niedostępne partie gór są zazwyczaj dość niskiego wzrostu. Jeżeli to rzeczywiście był autochton, wówczas Casdoe i jej rodzinie nie groziło żadne poważne niebezpieczeństwo, a co najwyżej utrata skromnego dobytku, który ze sobą zabrali. Z tego, co słyszałem, autochtoni są dobrymi myśliwymi, ale nie grzeszą nadmierną odwagą.

Wkrótce do śladów, które wzbudziły mój niepokój, dołączyły dwa lub trzy nowe.

Sprawa przedstawiałaby się znacznie gorzej, gdyby mieli to być dezerterzy z armii. Stanowili mniej więcej jedną czwartą więźniów Vinculi, trafiali tam zaś za najbardziej okrutne zbrodnie. Dezerterzy z pewnością dysponowali doskonałą bronią, ale należało się spodziewać, że będą także obuci.

Dotarłem do miejsca, w którym szlak zaczynał piąć się ostro w górę. Bez trudu dostrzegłem wgłębienia pozostawione przez okutą laskę kobiety, a także połamane gałązki w tych miejscach, gdzie zapewne pomagała starcowi we wspinaczce. Niektóre z tych gałązek mogli też połamać ci, którzy szli za nimi. Stary mężczyzna z pewnością musiał już być kompletnie wyczerpany i należało się dziwić, że córka zmusza go do uciążliwego marszu, ale może robiła to dlatego, iż wiedziała, że ktoś ich ściga. Zbliżając się do grzbietu wzniesienia usłyszałem ujadanie psa, a zaraz potem (w pierwszej chwili odniosłem wrażenie, iż jest to echo odgłosów, jakie wypełniały miniony wieczór) przeraźliwy, nieartykułowany wrzask.

Nie był to jednak okropny, na pół ludzki a na pół zwierzęcy ryk alzabo, lecz odgłos, jaki często słyszałem, leżąc na twardej pryczy obok Roche'a lub zanosząc posiłki klientom oraz braciom pełniącym służbę w lochach. Tak właśnie krzyczeli klienci przetrzymywani na trzecim poziomie — ci, co już nie potrafili mówić, i dlatego nigdy nie prowadzono ich do pokoju przesłuchań.

Byli to zoantropi, dokładnie tacy, za jakich przebrali się niektórzy spośród gości zaproszonych na maskaradę do Abdiesusa. Dotarłszy na szczyt ujrzałem ich przed sobą, a także Casdoe, jej ojca i syna. Nie sposób nazwać ich ludźmi, choć z daleka byli nawet do nich podobni: dziewięciu zupełnie nagich osobników, krążących w dzikich podskokach wokół kobiety, starca i dziecka. Ruszyłem czym prędzej ku nim, kiedy nagle jeden z nich zadał cios maczugą i stary człowiek osunął się na ziemię.

Zawahałem się wówczas, i to bynajmniej nie dlatego, że doszły do głosu ukryte gdzieś głęboko w moim umyśle obawy Thecli.

To prawda, że dzielnie stawiałem czoło małpoludom z kopalni, ale nie miałem innego wyjścia. To prawda, że zmierzyłem się z groźnym alzabo, lecz alternatywę stanowiła ucieczka w gęstniejącą ciemność, gdzie bez wątpienia szybko by mnie dopadło.

Teraz jednak mogłem dokonać wyboru… i zawahałem się.

Casdoe mieszkała w górach, a więc zapewne słyszała o zoantropach, choć całkiem możliwe, iż nigdy ich nie spotkała. Chłopiec wczepił się kurczowo w fałdy jej sukni, ona zaś walczyła wymachując laską, jakby to była szabla. Jej piskliwy głos bez trudu przebijał się przez wrzaski napastników, choć jednocześnie wydawał się dobiegać z niezmiernej dali. Ogarnęło mnie przerażenie — jak każdego, kto jest świadkiem ataku na kobietę — mimo że gdzieś w głębi mojej duszy kołatało przekonanie, że ta, która nie chciała walczyć u mego boku, powinna teraz samotnie zmierzyć się z niebezpieczeństwem.

Rzecz jasna taka sytuacja nie mogła trwać w nieskończoność. Te istoty albo uciekają od razu, albo nie uciekają w ogóle. Jedna z nich Wyrwała laskę z ręki kobiety, a ja wówczas wyciągnąłem Terminus Est z pochwy i pognałem co sił w nogach ze szczytu wzniesienia. Nie spuszczałem jednak oka z tego, co dzieje się przede mną, i ujrzałem, jak naga postać rzuca Casdoe na ziemię — jak przypuszczałem, po to, by ją zgwałcić.

Jednocześnie coś wielkiego wypadło spomiędzy drzew po mojej lewej stronie. Było tak ogromne i poruszało się tak szybko, iż w pierwszej chwili wziąłem to za rdzawobrązowego rumaka bez jeźdźca i siodła. Dopiero kiedy dostrzegłem błysk kłów i usłyszałem wrzask rozszarpywanego zoantropa, uświadomiłem sobie, że to alzabo.

Pozostali natychmiast rzucili się w kierunku zwierzęcia. Ich wznoszące się i opadające maczugi z drzewa żelaznego przypominały groteskowo zniekształcone głowy kur dziobiących rozsypane na ziemi ziarna, a potem kolejny zoantrop poszybował wysoko w powietrze; jeszcze niedawno był zupełnie nagi, teraz zaś wydawało się, iż przywdział jakąś szkarłatną szatę.

Kiedy włączyłem się do walki, alzabo zostało już powalone na ziemię i przez chwilę mogłem nie zwracać na nie uwagi. Zatoczyłem mieczem szerokie koło, a powietrze zaśpiewało cicho, przecinane długim ostrzem. Jeden z przeciwników padł bez życia, po nim drugi. Tuż obok mojego ucha przeleciał ciśnięty z ogromną siłą kamień; gdyby trafił mnie w głowę, bez wątpienia zginąłbym na miejscu.

Na szczęście tym razem nie miałem do czynienia z małpoludami zamieszkującymi nieczynną kopalnię, których było tak wielu, że nigdy nie zdołałbym wyciąć ich wszystkich. Wywijałem mieczem we wszystkie strony, tnąc z góry na dół, przez żebra, ukośnie, odcinając ramiona, i poziomo, odrąbując głowy.

Wreszcie zapadła cisza, w której słychać było jedynie płacz chłopca. Na trawie leżało siedmiu zoantropów; czterech zabił Terminus Est, trzech zaś alzabo. Częściowo pożarte ciało Casdoe tkwiło w paszczy zwierzęcia. Stary człowiek, który znał Fechina, leżał niczym zepsuta lalka; z całą pewnością znakomity artysta uczyniłby z jego śmierci wspaniałe dzieło sztuki, ukazując ją z zupełnie nowej, niezwykłej perspektywy oraz przekazując posłanie dotyczące godności, a jednocześnie ulotności ludzkiego życia. Niestety, Fechina tutaj nie było. Obok starca spoczywał nieruchomo pies z zakrwawionymi szczękami.

Rozejrzałem się w poszukiwaniu chłopca i stwierdziłem z przerażeniem, że tuli się do grzbietu alzaba. Bez wątpienia bestia zawołała go głosem ojca, więc przyszedł do niej. Tylna część ciała zwierzęcia drżała jak w febrze, ale oczy były zamknięte. Odciągnąłem chłopca, a wówczas spomiędzy przerażających kłów wysunął się język, jakby alzabo chciało polizać dziecko po ręce, po czym ogromnym ciałem wstrząsnął gwałtowny dreszcz i potwór wyzionął ducha. Częściowo wysunięty język znieruchomiał na trawie, dłuższy i grubszy od języka wołu.

— Już po wszystkim, mały Severianie — powiedziałem do chłopca. — Nic ci nie jest?

Pokręcił głową i rozpłakał się na dobre. Przytuliłem go do piersi, po czym długo chodziłem z nim w tę i z powrotem, starając się ukoić jego ból.

* * *

Zastanawiałem się nawet, czy nie użyć Pazura, choć przecież zawiódł mnie niedawno w chacie Casdoe, podobnie jak wiele razy przedtem. Gdyby jednak teraz zadziałał, kto wie, jakie byłyby tego skutki? Nie miałem najmniejszej ochoty przywracać życia ani zoantropom, ani alzabo, bezgłowe ciało kobiety zaś z pewnością niewiele skorzystałoby z jego pomocy. Co do starca, to i tak stał już nad grobem, a teraz zginął w okamgnieniu, bez niepotrzebnych męczarni. Czy podziękowałby mi, gdybym teraz wezwał go z powrotem tylko po to, żeby za rok lub dwa musiał ponownie umrzeć? Wyjąłem klejnot i popatrzyłem na niego z powątpiewaniem; co prawda błysnął jasnym światłem, lecz było to jedynie światło słońca, nie zaś blask Łagodziciela, gegenschein Nowego Słońca, schowałem go więc do woreczka i zawiesiłem na piersi. Chłopiec przyglądał mi się szeroko otwartymi oczami.

1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 74
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)