Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
— Nasz wiek jest tragiczny — wykrzyknął Andre. — Popatrz na niebo: ileż tam nieszczęść! I jeszcze na domiar złego ci człekokształtni z ich zagadkowymi wrogami. Nasi przodkowie mogli prymitywnie cieszyć się nie wiadomo z czego, my natomiast musimy zastanowić się nad sensem istnienia.
Gotów był wywołać gwałtowną dyskusję, ale odwróciłem się od niego i powtórzyłem propozycję Lusinowi. Lusin początkowo odmówił pod pozorem nawału pracy w stajni, ale przekonałem go, że jego wymówki są śmieszne. Bo czyż po to przyjechał na Orę, aby spełniać zachcianki pegazów i smoków? Tym można równie dobrze zajmować się na Ziemi. Lusina łatwiej jest przekonać niż Andre. Zabraliśmy ze sobą przenośny deszyfrator i pojechaliśmy do hotelu „Gwiazdozbiór Orła”.
Pomysł szukania informacji o Galaktach u Altairczyków przyszedł mi do głowy jeszcze wczoraj. Chciałem też zapoznać się z ich malarstwem. Spychalski tak je zachwalał, że rozpierała mnie ciekawość.
W przedsionku włożyliśmy skafandry i otrzymaliśmy latarki gamma do oświetlania niewidzialnych mieszkańców układu Altairu.
W hali było pusto. Świeciliśmy na wszystkie strony, ale nikogo nie mogliśmy znaleźć.
W odległym końcu sali rozpoczynał się tunel, którym przedostaliśmy się na plac roboczy. Serce ścisnęło mi się na widok krajobrazu, który rozpościerał się dokoła. Na ciemnym niebie wisiała białobłękitna kula imitująca Altair. Wszystko wściekle błyszczało. Ani jednej trawki, ani jednej roślinki, tylko nieznośny biały kamień, skrzypiący biały piasek i kurz unoszący się spod nóg…
— Ładny widoczek — powiedziałem. — Żyć się odechciewa!
Lusin i tym razem nie stracił kontenansu.
— Nieźle! — rzekł. — Żyć tutaj to sztuka. Wielka. Wkrótce napotkaliśmy budowle Altairczyków: kamienne sześciany bez okien, skalne pudełka ciągnące się rzędami aż do horyzontu. Weszliśmy do jednego z sześcianów i zapaliliśmy latarki. Na ścianach zapłonęły obrazy namalowane farbami luminescencyjnymi. Rysunki zmieniały barwę i natężenie, gdy tylko poruszyło się promieniem latarki. Po jej zgaszeniu z wolna nikły. Malowidła sprawiały dziwne wrażenie: same dziwacznie pogmatwane linie. Zdecydowane, miękkie, faliste. Nie urywane kreski, lecz pełne kontury. Przypomniała mi się matematyczna krzywa Peana, linia bez szerokości i grubości, lecz wypełniająca sobą dowolną bryłę. Linie Altairczyków były podobne: zapełniały całą przestrzeń, określały głębię, odtwarzały powietrze i przedmioty. Widziałem na obrazach ten sam pejzaż, który rozpościerał się na zewnątrz budynku: to samo palące słońce, pola, kamienie, piasek i budowle. W tym krajobrazie byli umieszczeni Altairczycy — nitkonodzy, pająkowaci, przemykający się między przedmiotami. Przed jednym z obrazów stałem dłuższą chwilę. Dwóch Altairczyków walczyło z sobą. Wściekle splatali kończyny i przepychali się tułowiami. Artysta wspaniale oddał ich wściekłość, szybkość i energię ruchów. Szedłem wzdłuż jednej ze ścian, a Lusin oglądał przeciwległą. Nagle krzyknął:
— Eli, chodź tutaj! Szybciej!
Rzuciłem się ku niemu myśląc, że przytrafiło mu się coś złego. Lusin pokazywał palcem na rysunek.
Na obrazie byli Galaktowie.
Ten obraz też był rysowany liniami. Na kamieniu leżał umierający brodaty Galakt w czerwonym płaszczu i krótkich spodniach. Jedną rękę bezsilnie odrzucił w bok, drugą przyciskał do piersi. Oczy umierającego były zamknięte, usta wykrzywiał grymas. Opodal stało trzech Galaktów ze skutymi rękami (na wizerunku dokładnie widać było łańcuch krępujący ich ręce wykręcone do tyłu). Artysta z taką samą przerażającą wiernością oddał męki konającego i milczącą rozpacz trzech jeńców. Galaktowie nie patrzyli na widza, głowy mieli opuszczone z bezwolną pokorą. A nad nimi przelatywali Altairczycy. Malarz z równym mistrzostwem ukazał rozterkę mieszkańców Altairu. Każda linia ich ciała krzyczała cierpieniem, chęcią niesienia pomocy i bezsiłą.
— A gdzie są ci, którzy pojmali Galaktów? — zastanawiałem się. — Najwidoczniej to nie Altairczycy, bo oni sami zdają się umierać z przerażenia. Żadnego śladu, żadnej poszlaki wskazującej na Zływrogów! Rozumiesz, co to znaczy'? Po każdym nowym odkryciu tajemniczy Niszczyciele stają się jeszcze bardziej zagadkowi.
— Zagadka. Trzeba szukać. Może jeszcze jeden obraz?
Przechodziliśmy z jednego pustego budynku do drugiego. Pod naszymi latarkami rozjarzały się coraz nowe obrazy, ale nie było wśród nich wizerunku Galaktów.
— Trzeba poszukać Altairczyków — powiedziałem. — Jedynie oni potrafią wyjaśnić zagadki własnych rysunków.
— Chodźmy. Poszukajmy.
Przechodząc rozżarzoną pustynią natknęliśmy się wreszcie na tłum zaciekle pracujących Altairczyków. Wyrąbywali i obciosywali kamienie, które potem nieśli do wznoszonych budynków. Praca była uciążliwa, lecz rzemieślnicy biegli. Nietrudno zresztą być zręcznym, jeśli zamiast dwóch rąk ma się dwadzieścia giętkich i silnych kończyn.
Kula zastępująca Altair świeciła w zenicie i pająkowate istoty jarzyły się w niewidzialnych promieniach, chociaż słabiej niż w hali, gdzie je po raz pierwszy zobaczyliśmy. Tam były półprzezroczyste, tu zaś podobieństwo do widziadeł było wręcz uderzające. Dokoła były jedynie milczące cienie i sylwetki, zarysy ciał, a nie same ciała. „Teraz rozumiem ich dziwaczną manierę malarską” — pomyślałem.
Altairczycy zauważyli nas i porzucając pracę pobiegli naprzeciw. Z takim zapałem cisnęli się ku nam, starając się objąć nas włoskowatymi nóżkami, że musieliśmy wzmocnić pole ochronne. Uregulowałem odpowiednio deszyfrator i życzyłem im zdrowia. Te dobre istoty w zamian życzyły, abyśmy nigdy nie zasypiali. Najwidoczniej sen był u nich czymś wzbudzającym lęk.
Zwróciłem się do Altairczyka wyglądającego nieco mniej wiotko niż jego pozostali pobratymcy.
— Bardzo się nam podobały wasze obrazy, przyjaciele.
— Tak, tak! — wykrzykiwali chórem. — My rysujemy, zawsze rysujemy.
— Chcielibyśmy dowiedzieć się, jakie to istoty, podobne do nas, widnieją na jednym z waszych obrazów. Kiedy deszyfrator przetłumaczył moje pytanie i wypromieniował je w postaci wiązki radiacji gamma, Altairczycy jakby skamienieli. Gdyby mieli oczy, powiedziałbym, że zamarli z wytrzeszczonymi oczami. Solidnie zbudowany Altairczyk odskoczył gwałtownie. Potem przez pierścień otaczających nas istot przebiegło drżenie: tłum zaczął rozpraszać się w popłochu.
— Co się z nimi dzieje? — zapytałem Lusina. Wygląda na to, że zlękli się pytania.
— Powtórz! — poradził Lusin. — Nie zrozumieli. Przez kilka chwil nie mogłem zdecydować się na powtórzenie pytania i Altairczycy powoli uspokajali się. Patrzyłem na nich w milczeniu, oni zaś tak samo milcząco czekali, czy nie powiem czegoś równie okropnego.
Kiedy wreszcie nabrałem odwagi i powtórnie poprosiłem o wyjaśnienie, kogo przedstawia obraz, znów ogarnęła ich panika. Z taką szybkością oddalili się od nas, że po sekundzie zostaliśmy sami. Ucieczka odbywała się w zupełnej ciszy, bo deszyfrator nie przekazał nam ani jednego dźwięku. Obróciłem się ku Lusinowi.
— Ładna historia! Czy ty coś z tego rozumiesz? — Rozumiem — odparł Lusin. — Zagadka.
32
Andre nie znaleźliśmy, do Romera nie chciałem iść, a Spychalski zajmował się sprawami swego ogromnego gospodarstwa, nie mieliśmy więc z kim podzielić się nowym odkryciem i nową zagadką.