Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
— Oczywiście, słucham pana.
— Dlatego że nie wiedzieliśmy, z kim walczymy i po co walczymy, dlatego że nie mieliśmy idei, a nasi wrogowie mieli. Dokładnie wiedzieli, że idą do boju za Allacha, a u nas jedni wykonywali internacjonalistyczny obowiązek, drudzy mieli prywatne porachunki, trzeci zarabiali pieniądze, a w sumie wszyscy solidarnie uznali, że to była interwencja, haniebna agresja i w ogóle błąd.
— Przepraszam — przerwał mu Wiktor — ale przecież to wszystko prawda. Niech się pan nie kompromituje, opowiadając takie banały.
— Nie skończyłem jeszcze — twardo rzucił Anton. — To tylko niezbędna preambuła. Przepraszam, jeśli przypomniałem panu ogólnie znane rzeczy. Kelner! Podwójny koniak. Dla mnie i dla pana Baniewa. Pan nie odmówi?
— Na razie nie — powiedział Wiktor.
— Tak więc istota mojej myśli polega na tym, że tak naprawdę to nasza wojna była nie atakiem, lecz obroną. Jak zwykle wcześniej od innych poczuliśmy największe światowe zagrożenie i wzięliśmy na siebie ciężar uderzenia. Zaangażowaliśmy się w świętą wojnę, nie rozumiejąc jej sensu, i dlatego musieliśmy j ą przegrać. Ale teraz wszyscy już widzą złowieszczy sens wielkiej opozycji Północ-Południe, która zastąpiła historyczną już opozycję Wschodu i Zachodu. Chcemy tego czy nie, żartował pan czy mówił poważnie, ale Ostatnia Wojna nie była ostatnią, ma pan rację, przyjdzie nam znowu toczyć bój. Ale teraz to my zwyciężymy, musimy zwyciężyć, bo inaczej…
— Przepraszam — znowu przerwał mu Wiktor. — Coś tym razem nie do końca pana rozumiem. Kim jest ten wróg z Południa, któremu wypowiedział pan świętą wojnę?
— O Boże! Dobrze mówił Golem, że pisarze to lud niewykształcony. Czytał pan Salmana Rushdiego?
— Szatańskie wersety? Słyszałem o tej książce.
— Napisał nie tylko Szatańskie wersety, napisał wiele rzeczy o muzułmanach. To on powiedział, że głównym zagrożeniem dla współczesnej cywilizacji jest świat muzułmański. Nie obchodzi mnie, czy to Arabowie, Turcy, Pusztunowie czy Bośniacy, oni wszyscy są muzułmanami, a zatem wrogami. Wiem, co to islam, proszę mi wierzyć. Tak, jestem inspektorem do spraw narodowościowych, ale to nie znaczy, że jestem nacjonalistą, jak twierdzą niektórzy rozpasani obrońcy prawa. Wcale nie wynoszę pod niebiosa jakichś narodów, ja popieram bardziej humanistyczną religię i wyższą kulturę. Ot i wszystko.
Wiktor aż przestał jeść. Patrzył na Antona i dziwiła go zmiana, jaka w tym człowieku zaszła — z szacownego, zrównoważonego urzędnika z pagonami w kieszeni przekształcił się w perorującego, prawie histerycznego polityka czy dowódcę liniowego z rozpaczliwą odwagą porywającego pluton na bój z nieprzyjacielskim batalionem. Anton zaś kontynuował, coraz bardziej podniecony: — Trzeba, w końcu trzeba wcześniej czy później dokonać wyboru, jeśli naprawdę nie chcemy doprowadzić do zguby cywilizacji. Naszej cywilizacji. Ile można krzyczeć o równości wobec prawa i Boga (jakiego Boga?), ile można gardłować o wolności i sprawiedliwości, skoro w odpowiedzi wrzeszczą: „Dżihad!” albo „Gazawad!”, a innych słów nie znają i nie chcą znać. Nie mamy o czym z nimi rozmawiać. Ich trzeba po prostu wytrzebić.
— Przepraszam, co pan mówi? Pana szefostwo pozwala panu mówić na głos takie rzeczy?
— A co ja takiego powiedziałem? — zapytał Anton, niemal jak chłopak, który coś przeskrobał. Drugą, jadowitą część pytania, po prostu puścił mimo uszu. — Niech pan odstawi te humanistyczne sztuczki: nie zabijaj, nie kradnij, humanizm-onanizm. Pan zaczyna strzelać, kiedy pana żona znajduje się już w obozie koncentracyjnym albo kiedy na pańskie dzieci lecą bomby, a strzelać trzeba wcześniej, żeby to nie nastąpiło. Trzeba zadawać ciosy prewencyjne i dobrze wybrać cele. Na dziś cel mamy wybrany. Ale czasu zostało bardzo mało. Islam to nie religia, islam to choroba, epidemia rozszerzająca się ze straszliwą szybkością. Tu nie ma co filozofować, trzeba dezynfekować. Chce pan przez resztę życia modlić się do Allacha czy woli pan swoją wiarę?
— Pan jest wierzący? — szybko zapytał Wiktor, unosząc ze zdziwieniem brwi.
— Nie, użyłem słowa „wiara” w najszerszym sensie.
— No to powiem panu, że w najszerszym sensie jest mi, szczerze mówiąc, wszystko jedno, do kogo się będę modlić. Jeśli każą mi chodzić codziennie do kościoła, to chyba też zacznę wrzeszczeć: „Dżihad!” Antonie, niech pan nie rzuca takimi słowami jak „wiara”. Lepiej niech mi pan wyjaśni, kto będzie wybierał kandydatów do wytrzebienia: pan prezydent osobiście czy szef jego ochrony? I według jakich cech będą wyłapywani muzułmanie? Według braku kawałka ciała? Po wiem panu, co się stanie: najpierw jak zawsze rozstrzelaj Żydów, potem nie zatrzymają się i z powodu jakiegoś nieporozumienia wyrżną wszystkich Ormian, przy tym, ma się rozumieć, ucierpią Czeczeńcy, Kałmucy, Serbowie, Afgańczycy i krymscy Tatarzy. W mniejszym stopniu, ale tez, oberwą Tamilowie, Baskowie, Abchazi, Koreańczycy i Eskimosi. A już zupełnie wyrżnie się, bez względu na narodowość, tak nienawistnych wam obrońców prawa, to znaczy przede wszystkich uczonych, kapłanów i pisarzy. Mnie też zabiją, za co już w tej chwili bardzo panu dziękuję.
— Pan żartuje? — zapytał Anton, oszołomiony kontratakiem. — Wcale a wcale. Niestety. Pan zresztą, jeśli dobrze zrozumiałem, też mówił serio.
— W zasadzie tak.
— W takim razie, jeśli pan pozwoli, lepiej napiję się ginu — wolno powiedział Wiktor, podniósł się i poszedł do baru, żeby osobiście zamówić u Teddy’ego porcję swojego ulubionego na poju z lodem.
Kiedy wrócił, Anton siedział jak gdyby nigdy nic, wciąż t samo biały, wyprasowany i zadowolony z siebie. Gładko wygo łona twarz nie zdradzała cienia wątpliwości w dopiero co wypowiedziane słowa. A w szarostalowych oczach płonął piekielny ogień wyższości i dostępu do jakiejś straszliwej tajemnicy. Wiktor wyobraził sobie nagle, jak kapitan Dumbel w tych sa-f mych śnieżnobiałych spodniach idzie wzdłuż szeregu leżących na asfalcie ciał i metodycznie wykonuje kontrolne strzały w głowę. Obrazek był tak wyrazisty, że poczuł się niedobrze.
Usiadł, napił się ginu i nie wiadomo dlaczego zapytał, choć wcześniej uznał, że nie będzie już wracać do tego tematu:
— A muzułmańskie dzieci też pan chce zniszczyć? — Czułem, że pan nie zrozumie najważniejszego. Przecież powiedziałem: ciosy prewencyjne. Ale co do wieku, od którego należy człowieka uważać za niebezpiecznego, rzecz jasna, będą potrzebne starannie przemyślane decyzje. Ja osobiście nie mogę wziąć na siebie takiej odpowiedzialności, przecież nikt nie może…
Boże, pomyślał Wiktor, w jakich strasznych czasach żyjemy! Każdy może mówić, co chce: państwowi działacze na wysokich stanowiskach, dziennikarze z telewizyjnych ekranów, szeregowi obywatele na ulicy i w sklepie. Pozwolili mówić absolutnie wszystko: począwszy od niecenzuralnych wyzwisk pod adresem pana prezydenta, skończywszy na jawnych wezwaniach do obalenia ustroju i do masowych mordów według narodowościowych albo religijnych cech. Można mówić wszystko, ale wypowiadają się tylko bydlaki, w każdym razie ci, którzy mówią głośno. Ale nic nie można zrobić, ponieważ jeszcze nie pozwolili, to znaczy pozwolili, ale nie dają. Dziwne czasy.
W restauracji pojawiła się znajoma para — młody człowiek w mocnych szkłach i jego długi towarzysz.
Ciekawe, pomyślał Wiktor, czy ci też nienawidzą Beduinów, czy akurat odwrotnie: reprezentują beduińską security service? Zgolili brody i sypią Europejczyków.
Jeszcze raz przyjrzał się wyrazistej parze przy narożnym stoliku i jakieś mętne wspomnienie przemknęło mu przez głowę. Jacy z nich, do diabła, Beduini! Przecież on ich zna, dobrze zna, tylko…