Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
Jack Retlock zastanawiał się krótko i powiedział:
– Doody, w jakim my świecie żyjemy, jeśli konieczny okazuje się nawet wydział Copperfielda?
– Przytrzymasz Zdrowie?
– Tak. Czego ci jeszcze trzeba? Bryce spojrzał na listę przed sobą.
– Może zechciałbyś nawiązać łączność z przedsiębiorstwem telekomunikacyjnym. Niech wyłączy Snowfield z połączeń automatycznych. Kiedy świat się dowie, co się tu dzieje, telefony w mieście oszaleją i nie utrzymamy komunikacji podstawowej. Jeśli mogą przeprowadzić całą łączność do i z Snowfield przez kilka dobranych telefonistek, wykluczyć szajbusów i…
– Załatwione – powiedział Jack.
– Oczywiście, możemy w każdej chwili stracić łączność. Doktor Paige miała kłopoty z nawiązaniem łączności, kiedy próbowała zadzwonić po raz pierwszy, więc potrzebuję krótkofalówki. Egzemplarz na podkomisariacie wygląda na rozmyślnie zniszczony.
– Mogę załatwić ci ruchomą stację nadawczo-odbiorczą. To mikrobus z własnym generatorem benzynowym. Urząd Stałego Pogotowia na Wypadek Trzęsień Ziemi ma ich kilka. Coś jeszcze?
– Jeśli jesteśmy przy generatorach; byłoby miło, gdybyśmy nie byli zależni od publicznej sieci energetycznej. To oczywiste, że nasz wróg robi z nią, co chce. Mógłbyś przysłać nam dwa generatory?
– Mógłbym. Coś jeszcze?
– Jak mi coś wpadnie do głowy, zadzwonię.
– Powiem ci coś, Bryce: jako przyjacielowi diabelnie mi się nie podoba, że siedzisz w środku tego wszystkiego. Ale jako gubernator jestem cholernie zadowolony, że to diabelstwo podpada pod twój rejon. Jest kilku nadętych dupków, którzy już by to spieprzyli, gdyby na nich padło. A w razie choroby roznieśliby ją na pół stanu. Jesteś tam potrzebny.
– Dzięki, Jack.
Milczeli obaj przez chwilę.
Po jakimś czasie odezwał się Retlock:
– Doody?
– Co, Jack?
– Uważaj na siebie.
– Będę, Jack. Wiesz, muszę teraz dorwać Copperfielda. Zadzwonię później.
– Koniecznie, Bryce – powiedział gubernator. – Zadzwoń do mnie później. Nie zniknij, stary druhu.
Bryce odłożył słuchawkę i rozejrzał się po podkomisariacie. Stu Wargle i Frank zdejmowali przednią płytę z radia. Tal i doktor Paige ładowali broń. Gordy i mała Lisa Paige, największa i najmniejsza osoba w grupie, parzyli kawę i szykowali jedzenie.
Nawet tu, w Krainie Gdzie Wszystko Zdarzyć Się Może, pomyślał Bryce, musimy wypić kawę i zjeść kolację. Życie toczy się dalej.
Podniósł słuchawkę, żeby zadzwonić do Copperfielda w Dugway, Utah.
Nie było sygnału. Nacisnął widełki.
– Halo – powiedział. Nic.
Bryce poczuł, że ktoś – albo coś – słucha. Czuł czyjąś obecność, tak jak opisała to doktor Paige.
– Kto to? – zapytał.
Nie oczekiwał naprawdę odpowiedzi, ale otrzymał ją. To nie był głos ludzki. Był to szczególny, choć znajomy dźwięk: krzyk ptaków, może mew; tak, okrzyk mew, skrzeczących wysoko nad brzegiem smaganego wiatrem morza.
Dźwięk zmienił się. W klekot. Grzechot. Jak fasola wrzucana do pustej tykwy. Ostrzegawczy sygnał grzechotnika. Tak,, nie ma wątpliwości. Bardzo wyraźne ostrzeżenie grzechotnika.
I znów się zmienił. Elektroniczny bzyk. Nie, nie elektroniczny. Pszczoły. Pszczoły brzęczą, roją się.
I jeszcze raz krzyk mew.
I wołanie innego ptaka, muzyczny tryl.
I ziajanie. Jak u zmęczonego psa.
I warczenie. Nie pies. Coś większego.
I fuknięcia, miauczenie walczących kotów.
Choć w samych dźwiękach nie było nic groźnego – może z wyjątkiem klekotu i warczenia – Bryce'owi mróz poszedł po kościach.
Zwierzęce hałasy urwały się. Bryce czekał, nasłuchiwał.
– Kto tam? – spytał. Żadnej odpowiedzi.
– Czego chcesz?
Inny dźwięk pojawił się na linii. Przeszył serce Bryce'a jak ostry sopel lodu. Krzyki. Mężczyzn, kobiet i dzieci. Więcej niż kilka osób. Dziesiątki, setki. Nie udawane krzyki; nie fabrykowana groza. Były to wyraźne, wstrząsające krzyki potępionych: jęki agonii, lęku i spalającej serce rozpaczy.
Bryce poczuł gorycz w ustach.
Serce waliło mu jak opętane.
Wydało mu się, że połączył się z trzewiami piekieł.
Czy to krzyki umarłych ze Snowfield nagrane na taśmę magnetofonową? Przez kogo? Po co? Czy to odgłosy na żywo, czy zarejestrowane?
Jeden, ostatni krzyk. Dziecko. Mała dziewczynka. Krzyczała, przejęta grozą, bólem, niewyobrażalnym cierpieniem, jak rozrywana żywcem. Jej głos rósł, wznosił się coraz wyżej i wyżej…
Milczenie.
Milczenie – nawet gorsze niż krzyk – ponieważ bezimienna istota była nadal na linii i Bryce czuł ją tym silniej. Uderzyła go świadomość czystego, nieubłaganego zła.
Ono było blisko.
Szybko odłożył słuchawkę.
Trząsł się. Nie stał twarzą w twarz z żadnym niebezpieczeństwem – a przecież trząsł się.
Rozejrzał się po “zagrodzie byków". Ludzie nadal zajmowali się tym, co im przydzielił. Chyba nikt nie zauważył, iż jego ostatnia rozmowa telefoniczna bardzo różniła się od wcześniejszych.
Pot spływał mu po szyi.
W końcu będzie musiał powiedzieć innym, co się stało. Ale nie teraz. Bo teraz nie potrafił zaufać własnemu głosowi. Z pewnością usłyszeliby nerwowe drżenie i zorientowali się, że to dziwne przeżycie mocno nim szarpnęło.
Dopóki nie zjawią się posiłki, dopóki ktoś ich nie wesprze w Snowfield, dopóki nie umocnią się, dopóki nie przestaną mniej się bać, będzie lepiej, aby inni nie widzieli, jak telepie się w dzikim przerażeniu. Przecież ufali mu, przewodził im; nie mógł ich zawieść.
Wziął długi, głęboki, oczyszczający oddech.
Podniósł słuchawkę i natychmiast dostał sygnał. Z ogromną ulgą zadzwonił do Cywilnego Oddziału Obrony CBW w Dugway, Utah.
Gordy Brogan spodobał się Lisie.
Na początku robił wrażenie groźnego i posępnego. Było z niego takie chłopisko, z tak wielkimi dłońmi, że człowiekowi przychodził na myśl Frankenstein. Twarz miał całkiem przystojną, ale kiedy się marszczył, nawet jak nie był zły, nawet kiedy po prostu martwił się czymś albo myślał szczególnie uporczywie, brwi łączyły mu się w surowym grymasie, a głębokie, czarne oczy robiły się jeszcze czarniejsze niż zwykle i wyglądał jak demon przeznaczenia.
Uśmiech przemieniał go. To było po prostu nie do uwierzenia. Kiedy się uśmiechał, od razu wiedziałeś, że masz przed sobą prawdziwego Gordy'ego Brogana. Wiedziałeś, że tamten Gordy to tylko wymysł wyobraźni. Ciepły, szeroki uśmiech podkreślał uprzejmość bijącą z oczu, łagodność szerokiego czoła.
A kiedy się go rozgryzło, okazywało się, że jest jak wielki szczeniak łaszący się o pieszczoty. Jeden z tych niewielu dorosłych, którzy potrafią mówić do młodszych bez skrępowania, zniżania się albo protekcjonalności. Był w tym jeszcze lepszy niż Jenny. I nawet w obecnej sytuacji potrafił się śmiać.
Gdy przygotowali na stole jedzenie: mielonkę, chleb, ser, świeże owoce, pączki, i parzyli kawę, Lisa powiedziała:
– W ogóle nie wyglądasz na glinę.
– Ho, ho – zdziwił się Gordy. – A jak ma wyglądać glina?
– Psiakość. Źle powiedziałam? Czy “glina" to obraźliwe słowo?
– W niektórych miejscach, tak. W więzieniach na przykład. Była zdumiona, że dalej potrafi się śmiać, po wszystkim, co wydarzyło się tego wieczoru.
– Ale serio. Jak według ciebie należy się zwracać do stróżów prawa? Panie policjancie?
– To bez znaczenia. Jestem zastępcą, policjantem, gliną – jak chcesz. Tylko żebyś nie myślała, że nie pasuję do nich.