Tajemna historia Moskwy
- Автор: Sedia Ekaterina
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Tajemna historia Moskwy». Краткое содержание книги:
Kiedyś był również kochankiem i mężem, optymistą. Patrzył w przyszłość ze swoją żoną Tamarą, dziewczyną tak różową i jasnowłosą jak on, pracującą w zakładach włókienniczych, dzielącą małe mieszkanie z ojcem alkoholikiem i cierpiącą bez skargi matką. Jakow pamiętał o teściowej tylko tyle, że miała najbardziej spektakularne ciemne kręgi wokół oczu, jakie kiedykolwiek miał nieszczęście widzieć.
Zakochali się i pobrali, i zamieszkali u matki Jakowa, którą Tamara chyba lubiła bardziej od własnej, choć czasami kłóciły się o drobiazgi. Jakow miał wrażenie, że obie są lekko zakłopotane, że tak dobrze się dogadują; przesądnie wszczynały zdawkowe utarczki (zwykle związane z zupą), żeby odeprzeć demony poważnej walki.
Nie lubił myśleć o tamtych czasach; gardził swoją naiwną głupotą i żałował, że ją utracił. Nienawidził siebie za tę zmianę, a jednak nie wyobrażał sobie, jak mógłby jej uniknąć. Wciąż pamiętał twarz Tamary, ale tylko dlatego, że jego matka nie zgodziła się, żeby zdjął ich zdjęcie ślubne ze ściany, gdzie wisiało obok ikony świętego Gieorgija. Nie potrafił zrozumieć słabości matki do świętego patrona miasta, smok czy nie smok. Smok zresztą był mało imponujący, chuderlawy, wielkości dużego psa, i nie miał skrzydeł. Mimo to spojrzenie Jakowa zwykle zatrzymywało się na nim, niechętne przesunąć się w lewo, na zaróżowioną twarz Tamary, otoczoną chmurą białego welonu. W końcu zawsze spoglądał.
Teraz łatwiej było myśleć o tych czasach, tutaj, na solidnym bazalcie brzegu martwej rzeki, pod czujnym zadumanym spojrzeniem niebiańskiej krowy, która twierdziła, że stworzyła Drogę Mleczną; łatwiej było wierzyć w magiczną krowę niż we własną zdolność do szczęścia. Kościej Nieśmiertelny siedział opodal po turecku, drażniąc się z duszą przestępcy uwięzioną w tęgim gładkim ciele białego gawrona. Galina i Tatar-Mongoł sprzeczali się o naturę pamięci i o to, czy można wybaczyć przewinę, wciąż o niej pamiętając.
Woda rzeki zafalowała. Mały pokryty łuską wodnik wynurzył się i ruszył do brzegu niezdarną żabką. Jego wodorostowe włosy rozkładały się niczym aureola, a ręce z błonami pławnymi, zielone i nakrapiane wielkimi trójkątnymi łuskami, rozbryzgiwały czarną jak smoła wodę. Wygramolił się na brzeg, jego wielkie wyłupiaste oczy badały ich twarze.
– Elena cię przysłała? – Zapytała Galina.
Mały wodnik nieśmiało pokiwał głową i przetrząsnął festony alg zdobiące jego ciało, by wyjąć zmięty, mokry list pokryty czarnymi wirami rzecznej wody, ale poza tym nieuszkodzony. Galina podziękowała mu i rozwinęła list.
– Co pisze? – Zapytała Zemuna, próbując wcisnąć wielki łeb pod jej łokieć, żeby lepiej widzieć.
– Że zastanawia się nad wysłaniem Fiodora, Wija i Oksany na powierzchnię. Radzi także zachować ostrożność.
– Doskonały pomysł – pochwalił Kościej. – Założę się, że wy, worki mięsa, nawet o tym nie pomyśleliście.
– Uważaj, nie jesteś taki niezniszczalny jak myślisz – mruknął gawron Siergiej. – Wiem, gdzie jest twoja śmierć.
– Ja też – dodał Jakow.
Gawron obrzucił go wyniosłym spojrzeniem.
– Oglądałeś kiedyś W krainie baśni?
– Tak, co sobotę rano… A może w niedzielę?
– W niedzielę. W sobotę była szkoła. Nie wiedziałem, że gliniarze lubili takie rzeczy.
– Miałem dziesięć lat – uświadomił go Jakow, ale się uśmiechnął. – Puszczali głównie filmy z lat czterdziestych i pięćdziesiątych.
– Te bajki były komunistyczną propagandą w przebraniu. Jakow przestał się uśmiechać.
– Nie sądzę.
– Jesteś taki naiwny – powiedział gawron. – Zrobili ci pranie mózgu i nawet o tym nie wiesz. Dlatego zostałeś gliną.
Jakow tylko wzruszył ramionami. Nie lubił, gdy niedawno poznane osoby wyrabiały sobie iluzoryczne wrażenie, że znają go lepiej niż on sam.
– Gdzie jest ten wioślarz? – Zapytał Zemunę.
Zamiast udzielić kolejnej wymijającej odpowiedzi, zalecającej cierpliwość i czekanie, Zemuna bez słowa podniosła kopyto. Przez mgłę, która dla odmiany wisiała nieruchomo jak kurtyna, Jakow zobaczył cień i usłyszał cichy plusk.
Mały wodnik zaskrzeczał i skoczył do rzeki, znikając jak kamień.
– Co w niego wstąpiło? – Zapytała Galina. Pomiędzy jej ciemnymi brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka.
– Boi się, że wioślarz weźmie od niego – wyjaśnił Kościej. – Głupie stworzenie. Wioślarza nie obchodzą duchy, bogowie i ci, którzy już zapłacili. Bierze tylko od mięsistych, a ten – wskazał ponurego gawrona, siedzącego mu na ramieniu – ten już nie żyje. Tym sposobem, jak myślę, zostajecie tylko wy dwoje.
Jakow i Galina wymienili zaniepokojone spojrzenia.
– Co zabiera? – Zapytał Jakow. – I dlaczego nikt nas nie uprzedził?
– Niebawem się dowiecie – odparł Kościej i uśmiechnął się drwiąco. – Może to was oduczy paplania o tym, gdzie ludzie chcą trzymać swoją śmierć.
– Kiedyś płynąłem przez rzekę – powiedział Timur-bej. – Bierze wspomnienia, nic innego.
Jakow chciał wiedzieć więcej – jakie wspomnienia i dlaczego – ale wąska łódź z szarego drewna dotknęła brzegu. Starzec popatrzył na nich, na łąki i lasy za ich plecami.
– Wsiadajcie – powiedział obojętnym melodyjnym głosem kupca – wsiadajcie, jedno wspomnienie od grupy za podróż w obie strony.
– Jakie wspomnienia zabierasz? – Zapytała Galina.
– Cenne. Będziesz za nimi tęsknić i zastanawiać się dzień i noc, co takiego zapomniałaś – odparł wioślarz. – Ty płacisz?
– Ja – powiedział Jakow. – Nie sądzę, żeby brakowało mi jakichś wspomnień.
Głęboko osadzone oczy w pomarszczonej, twardej niczym rzemień twarzy wpatrzyły się w niego. Rzadkie pasma białych włosów wioślarza powiewały na wietrze i stapiały się z mgłą.
Jakow poczuł w sobie nieprzyjemną obecność, jakby koścista ręka wioślarza sięgnęła w głąb jego duszy i przesiewała zawartość, wypłukując złote samorodki.
– To będzie dobre – usłyszał w końcu. Poczuł ukłucie, gdy coś się w nim oddarło. – Chcesz pomyśleć o tym ostatni raz?
Jakow pokręcił głową.
– Bierz – powiedział i zamknął oczy.
Wioślarz widział mnóstwo wspomnień, ale to nowe stanowiło cenny dodatek. Miało skomplikowany bukiet – sugestia permanentnego przygnębienia tworzyła gorzkawe tło dla rozgrzanej do czerwoności furii i bezradności. Ta mieszanka sprawiła, że pod wioślarzem ugięły się kolana i chętnie by zapomniał o bieżącym zadaniu. Tyczka wbiła się w muliste dno, pchnęła, uniosła się w znajomym ruchu, który pozwolił mu skupić uwagę na delektowaniu się nowym nabytkiem. Dobry wybór, osądził, dobry wybór. Niezupełnie oryginalny, niemniej jednak ekscytujący. Głębia emocji. Smutek tak wielki, że jego martwe serce stało się nagle szkarłatne i ciężkie, jak róża perska ociekająca miodem i rosą.
Rozwód, powolny melancholijny żal, wir mlecznej bieli przysłaniający pulsującą czarną dziurę w środku pamięci. Wioślarz zdumiewał się, że nie ma tu imion i bezpośrednich nawiązań – tylko zawoalowane aluzje, spowite w wiele cienkich jak gaza warstw okoliczności i nieistotnych szczegółów. Drżąc z podniecenia, zerwał je niczym bandaż z rany, przygotowany na nieuchronny gorączkowy rozkwit gangrenowatego kwiatu.
Jest. Powijaki, niebieski kocyk w żółte kaczuszki i czerwono-zielone arbuzy, wir puszystych białych włosów, skręcony zgodnie z ruchem wskazówek zegara na ciemieniu maleńkiej główki. Zdumienie, to samo u każdego dorosłego, na widok drobnych paluszków i paznokietków, maleńkich jak różowe muszelki znajdowane na piaszczystych plażach Bałtyku. Jakie małe, jakie ludzkie, jakie żywe – aż rozum nie chce dać temu wiary. I uznanie dziecka za własne wykraczało poza granice prawdopodobieństwa.