Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-162-5
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]». Краткое содержание книги:
Spokój jednak nie jest pisany — z jednej strony atakują wrogowie wewnętrzni, dla których kobieta — patron stanowi obrazę, z drugiej zewnętrzni: zrewolucjonizowana Ludowa Republika Haven kolejny raz próbuje zdobyć system Yeltsin. Na drodze do zwycięstwa jednych i drugich stoi tylko jedna przeszkoda — admirał lady Honor Harrington. Admirał, ale nie Królewskiej Marynarki…
Głośna komenda rozległa się dokładnie w chwili, w której Honor złapała za zieloną poprzeczkę oznaczającą koniec rejonu pozbawionego grawitacji i stanęła na pokładzie Terrible. Rozbrzmiał sygnał trąbki — nie dlatego, że była admirałem, bo im przysługiwał świst trapowy, lecz dlatego, że była patronką, co oznaczało konieczność wysłuchania fanfary z „Marsza Patronów” za każdym razem, gdy pojawiała się lub opuszczała okręt. Normalnie lubiła instrumenty dęte, a melodia ta była nie do zagrania na gwizdku bosmańskim, ale nie tym razem, gdyż sygnalista stał tak, że cały dźwięk posłał jej praktycznie prosto w twarz. Zachowała kamienny jej wyraz, ale przyrzekła sobie, że przy pierwszej okazji zmieni ten drobny szczegół ceremoniału.
W ostatniej chwili przypomniała sobie, by oddać honory graysońskiej fladze umieszczonej na grodzi, nim odwróci się ku czekającej w postawie zasadniczej warcie okrętowej. I tłumowi szczelnie wypełniającemu galerie pokładu hangarowego.
Wzdłuż burt stała warta honorowa Marines w brązowo-zielonych uniformach. Od oddziałów lądowych odróżniały ich jedynie emblematy okrętów kosmicznych na kołnierzach. Terrible miał na pokładzie kontyngent złożony z pełnego batalionu wraz z jednostkami wsparcia i na pierwszy rzut oka wyglądało na to, że jest on obecny w komplecie. Na ich czele stał żylasty młodzian w uniformie komandora, który musiał być zastępcą Yu.
Gdy umilkły dźwięki fanfary, komandor zasalutował.
Honor odsalutowała i powiedziała:
— Proszę o pozwolenie wejścia na pokład, sir.
— Pozwolenia udzielam, milady. — Głos, mimo że cichy, był wyraźnie słyszalny w absolutnej ciszy wypełniającej pokład hangarowy.
— Dziękuję.
Honor przeskoczyła linię wymalowaną na pokładzie, formalnie stając pierwszy raz na pokładzie swego okrętu flagowego.
Andrew LaFollet postąpił w ślad za nią z prawej, a Yu z jej lewej strony. Yu następnie zrobił dwa kroki do przodu i stanął obok Honor.
— Witam na pokładzie Terrible, milady — odezwał się formalnie. — Pozwoli pani, że przedstawię swego zastępcę, komandora Allenby.
— Komandorze — Honor wyciągnęła rękę i z lekkim uśmiechem obserwowała, jak usiłując sprostać wymogom wojskowego protokołu, komandor walczy z cywilnymi przyzwyczajeniami.
W końcu Allenby strzelił obcasami i uścisnął jej dłoń z błyskiem w oczach, gdy dostrzegł jej uśmiech.
— Milady — mruknął i cofnął się.
— Pani sztab, ma’am — przedstawił Yu. — Pomyślałem, że swoich pozostałych starszych oficerów przedstawię, za pani zgodą naturalnie, gdy już się pani zadomowi.
— Naturalnie, kapitanie.
Obok Yu stanęła Brigham, przejmując rolę przewodnika.
— Komandor Frederick Bagwell, oficer operacyjny — przedstawiła pierwszego z oficerów, o brązowych włosach i raczej poważnych rysach twarzy oraz precyzyjnych ruchach sprawiających, że brało się go za starszego niż był w rzeczywistości, choć miał trzydzieści kilka lat standardowych.
— Komandorze. — Wymienili rzeczowy i krótki uścisk dłoni.
— Milady.
— Komandor Allan Sewell, astrogator — odezwała się Brigham, gdy Bagwell cofnął się na miejsce.
Honor uśmiechnęła się odruchowo, na co Sewell odpowiedział równie odruchowym błyskiem zębów ostro kontrastujących z czarnymi włosami i prawie czarną skórą. Jak na warunki graysońskie był olbrzymem — mierzył ledwie pięć centymetrów mniej niż Honor — a w ciemnych oczach czaiły się diabelskie błyski. Uścisnął jej dłoń i skłonił się, zręcznie łącząc zwyczaje wojskowe i cywilne zasady dobrego wychowania.
— Witamy na pokładzie, lady Harrington — powiedział głębokim, melodyjnym basem i cofnął się.
— Komandor porucznik Howard Brannigan, oficer łącznościowy, milady.
Brannigan miał orzechowe oczy, blond włosy i wspaniałego wąsa oraz starannie przyciętą brodę, co u graysońskich mężczyzn stanowiło rzadkość. Galony na rękawach munduru miały białe brzegi, co oznaczało rezerwistę, tym niemniej sprawiał wrażenie pewnego siebie i kompetentnego zawodowca.
— Milady. — Głos miał nieco chrapliwy, a uścisk silny, i zdawał się nie mieć żadnych wątpliwości co do tego, jak ją powitać.
— Komandor porucznik Paxton, oficer wywiadu — przedstawiła Mercedes następnego w kolejce.
— Komandorze, jak słyszałam, admirał Matthews wysoko sobie ceni pana pracę.
— Dziękuję, milady. — Paxton był starszy od pozostałych i także był rezerwistą, ale nie sprawiał wrażenia zawodowego wojskowego. Ciemne włosy zaczynały mu rzednąć i pojawiły się w nich pierwsze oznaki siwizny podkreślone przez zupełnie siwe bokobrody. Był też grubawy i miał taką minę, jakby cały świat bezustannie go bawił, lecz brązowe oczy pozostawały uważne i przenikliwe. W lewej klapie kurtki mundurowej nosił wpięty metalowy znaczek przedstawiający zwinięty zwój pergaminu.
Honor dotknęła go lekko wskazującym palcem lewej dłoni i spytała:
— Nadal jest pan członkiem Stowarzyszenia, komandorze?
— Tak, milady, choć obawiam się, że na mocno przedłużonym urlopie.
Nie ukrywał zadowolenia, że rozpoznała jego i znaczek, a Honor uśmiechnęła się lekko — trudno byłoby nie rozpoznać kogoś takiego jak Paxton. Gregory Paxton bowiem był potrójnym doktorem: historii, religioznawstwa i ekonomii. Zrezygnował z przewodniczenia Stowarzyszeniu Graysona i katedry historii na Uniwersytecie Mayhew, by móc służyć w Marynarce Graysona. Honor była zarówno zaskoczona, jak i uradowana, że Matthews oddelegował go do jej sztabu, mimo iż dotąd Paxton miał przydział do Sztabu Generalnego.
Paxton raz jeszcze uścisnął jej dłoń, nim się cofnął, ustępując miejsca kolejnemu komandorowi porucznikowi — tym razem czynnej służby.
— Komandor porucznik Stephen Matthews, oficer logistyczny, milady.
— Komandorze Matthews. — Honor odruchowo przekrzywiła głowę, przyglądając mu się uważnie w trakcie uścisku rąk, na co Matthews uśmiechnął się autoironicznie.
— Tak jest, milady: jeden z tych Matthewsów — przyznał radośnie. — Nos nas zawsze zdradzi.
— Fakt — przyznała z uśmiechem, zastanawiając się równocześnie, jaki stopień pokrewieństwa łączy go z admirałem Matthewsem.
Warunki bytowe na Graysonie zaowocowały olbrzymią i niezwykle skomplikowaną strukturą klanową. Rody często łączyły się lub przenikały, a ród Matthewsów należał do najliczniejszych. Pomijając ogniście rude włosy, komandor porucznik faktycznie na tyle przypominał admirała, że mógł uchodzić za jego syna. Był na to co prawda za stary, ale podobieństwo było uderzające. Widać też było, iż czeka, by Honor powiedziała coś jeszcze, w czym nie było niczego dziwnego — musiał być przyzwyczajony do reakcji na swój widok i nazwisko, tak pozytywnych, jak i negatywnych.
— Spróbuję w takim razie nie nadużywać pańskiego nosa, komandorze — obiecała, wywołując tym szeroki uśmiech na jego twarzy.
— Komandor porucznik Abraham Jackson, kapelan pokładowy, milady. — Mercedes dokonała kolejnej prezentacji.