Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
Wsiadła do samochodu Olsona. Z policyjnego radia wydobywały się jakieś trzaski. Spojrzała na parking. Spłonęły cztery samochody. Porsche leżało na środku, do góry kołami. Została z niego tylko wypalona, pogięta rama. Obok szczątków kręciło się paru strażaków i ludzie z ekip ratowniczych. Policjant zagradzał parking żółtą taśmą. Dotknęła guza na potylicy. Nie było krwi. Łzy spływały jej po twarzy.
Olson zatrzasnął drzwi i wyjechawszy spośród zaparkowanych samochodów, ruszył ku St. Charles. Włączył niebieskie światła, ale bez syreny.
– Czy chce pani porozmawiać? – spytał.
– Przypuszczam… – zaczęła -…że nie żyje… prawda?
– Tak, Darby. Przykro mi. Rozumiem, że był sam w aucie.
– Tak.
– W jaki sposób odniosłaś obrażenia?
Podał jej chusteczkę. Wytarła oczy.
– Chyba upadłam… Były dwa wybuchy i ten drugi przewrócił mnie. Nie pamiętam. Proszę, niech mi pan powie, kim jest Rupert.
– Nie mam pojęcia. Nie znam żadnego gliniarza o takim nazwisku. Poza tym nikt od nas nie nosi kowbojskich butów.
Rozważała jego słowa.
– Kim był Callahan z zawodu?
– Wykładał prawo w Tulane. Jestem jego studentką.
– Komu mogło zależeć na jego śmierci?
Spojrzała na uliczne światła i potrząsnęła głową.
– Jest pan pewny, że to morderstwo?
– Bez wątpienia. Siła eksplozji była naprawdę potężna. Znaleźliśmy kawałek… jego nogi w siatce ogrodzenia, trzydzieści stóp dalej. Przepraszam… takie są fakty. Callahan został zamordowany.
– Może ktoś pomylił samochody?
– Niewykluczone. Sprawdzimy wszystko. Rozumiem, że miałaś jechać z nim.
Chciała odpowiedzieć, ale nie mogła powstrzymać łez. Ukryła twarz w chusteczce.
Zaparkował pomiędzy dwoma ambulansami, obok wjazdu do izby przyjęć Szpitala Miłosierdzia. Nie wyłączył niebieskich świateł. Pomógł jej wejść do środka i poprowadził szybko do brudnej sali, gdzie znajdowało się jeszcze z pięćdziesiąt obolałych bądź poranionych osób. Znalazła wolne krzesło w pobliżu dystrybutora z wodą. Olson rozmawiał podniesionym głosem z rejestratorką w okienku, ale nie słyszała, co mówi. Obok na kolanach matki siedział zapłakany mały chłopczyk ze stopą owiniętą zakrwawionym ręcznikiem. Młoda czarna dziewczyna właśnie zaczynała rodzić. W pobliżu nie było żadnego lekarza czy choćby pielęgniarki. Nikt się nie śpieszył.
Olson przykucnął przed Darby.
– To potrwa parę minut. Trzymaj się. Przestawię samochód i zaraz wrócę. Porozmawiasz ze mną?
– Jasne.
Odszedł. Znów dotknęła guza i sprawdziła, czy nie krwawi. Rozsunęły się skrzydła szerokich drzwi i dwie zdenerwowane pielęgniarki zabrały rodzącą dziewczynę i pognały z wózkiem korytarzem.
Darby odczekała chwilę, a potem ruszyła za nimi. Z zaczerwienionymi oczami i chusteczką przy nosie mogła grać rolę matki chorego dziecka. Korytarz izby przyjęć przypominał zoo. Roiło się w nim od pielęgniarek, sanitariuszy i rozkrzyczanych pacjentów. Skręciła za róg i ujrzała napis WYJŚCIE. Przeszła przez kolejne drzwi, za którymi był jeszcze jeden korytarz, znacznie spokojniejszy. Minęła trzecie drzwi i znalazła się na jasno oświetlonej rampie. “Nie uciekaj. Bądź silna. Wszystko będzie dobrze. Nikt cię nie obserwuje” – kołatało jej się po głowie. Zeszła wprost na ulicę i ruszyła szybko przed siebie. Chłodne powietrze osuszyło jej oczy. Nie chciała już płakać.
Olson nie będzie się spieszył. Kiedy wróci do szpitala, pomyśli, że zabrali ją do izby przyjęć na opatrunek. Będzie czekał i czekał…
Skręciła za róg i znalazła się na ruchliwej ulicy. Tu się zgubi. Po Royale spacerowali turyści. Poczuła się bezpieczniej. Weszła do hotelu Holliday Inn i wynajęła pokój na czwartym piętrze, płacąc kartą kredytową. Przekręciła zamek w drzwiach i założyła łańcuch. Zwinęła się na łóżku, nie gasząc świateł.
Pani Verheek podniosła swój cenny, obfity tyłek z małżeńskiego łoża i podniosła słuchawkę.
– Do ciebie, Gavin! – wrzasnęła w stronę łazienki.
Małżonek wszedł do sypialni z twarzą do połowy namydloną pianką do golenia i odebrał słuchawkę od żony, która natychmiast zakopała się w pościeli. “Jak maciora w błocie” – pomyślał.
– Słucham – warknął.
– Mówi Darby Shaw. – Nie znał głosu tej kobiety. – Czy wie pan, kim jestem?
Uśmiech rozjaśnił mu twarz. Przypomniał sobie bikini i St. Thomas.
– Tak, oczywiście. Mamy, zdaje się, wspólnego znajomego.
– Czy… czytał pan dokument, w którym przedstawiłam moją teorię w wiadomej kwestii?
– A… tak… Raport “Pelikana”. Tak o nim mówimy.
– My, to znaczy kto?
Verheek usiadł na krześle obok nocnego stoliczka. Nie była to rozmowa towarzyska.
– O co chodzi, Darby?
– Szukam odpowiedzi na kilka pytań, panie Verheek. Jestem śmiertelnie przerażona.
– Mam na imię Gavin, jasne?
– Tak… Gavin. Co się stało z raportem?
– Czytało go paru ludzi. Czy… wszystko w porządku?
– Moment, najpierw opowiedz mi dokładnie, co zrobiłeś z raportem.
– No… przeczytałem go, potem przekazałem do innego wydziału, gdzie zajęli się nim ludzie z Biura. O ile wiem, raport trafił do dyrektora Voylesa, któremu, jak słyszałem, bardzo się spodobał.
– Czy dostał się w ręce ludzi spoza FBI?
– Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, Darby.
– W takim razie ja nie powiem ci, co się stało z Thomasem.
Verheek rozważał jej słowa przez długą chwilę. Czekała cierpliwie.
– W porządku. Raport wyszedł poza FBI. Ale nie wiem, kto go czytał i czy był to jeden człowiek, czy wielu ludzi.
– On nie żyje, Gavin. Został zamordowany… wczoraj… koło dziesiątej. Ktoś podłożył bombę w jego samochodzie… Mieliśmy zginąć oboje… Los chciał, że wsiadł sam do auta… ale wiem, że mnie szukają.
Verheek pochylił się nad stolikiem i zaczął robić notatki.
– Jesteś ranna?
– Fizycznie nic mi nie dolega.
– Skąd dzwonisz?
– Z Nowego Orleanu.
– Czy to, co mówisz, jest pewne, Darby? To znaczy, wiem, że tak, ale, do cholery… kto mógłby chcieć go zabić?!
– Spotkałam już paru.
– Jak uda…
– To długa historia. Kto czytał raport, Gavin? Thomas przekazał ci go w poniedziałek wieczorem. Musiało go czytać wielu ludzi, skoro już po czterdziestu ośmiu godzinach zamordowano Callahana. To samo może spotkać mnie. Raport trafił w niewłaściwe ręce, nie sądzisz?
– Czy… w tej chwili nic ci nie grozi?
– Do jasnej cholery! Kto wie o raporcie?
– Powiedz mi, gdzie się zatrzymałaś. Podaj numer telefonu…
– Powoli, Gavin. Muszę działać ostrożnie. Dzwonię z automatu, więc możesz sobie darować wszystkie sztuczki.
– Przestań, Darby! Nie wygłupiaj się! Thomas Callahan był moim najlepszym przyjacielem. Musisz mi zaufać.
– A co to oznacza?
– Posłuchaj, Darby! Daj mi piętnaście minut, a zaopiekuje się tobą tuzin agentów. Złapię najbliższy samolot i przylecę do ciebie koło południa. Nie możesz chodzić po ulicach.
– Dlaczego, Gavin? Kto mnie szuka? Powiedz mi!
– Powiem ci na miejscu.
– Nie… sama nie wiem. Thomas nie żyje, bo rozmawiał z tobą. W tej chwili nie zależy mi bardzo na spotkaniu z tobą.
– Darby, posłuchaj… Nie wiem, kto cię szuka ani dlaczego, ale przysięgam, że grozi ci niebezpieczeństwo. A my możemy cię ochronić!
– Może później.
Wziął głęboki oddech i usiadł na krawędzi łóżka.
– Zaufaj mi, Darby.
– Dobrze, ufam ci. Ale co z innymi? Mam ciężki orzech do zgryzienia, Gavin. Mój raport bardzo kogoś zaniepokoił, nie uważasz?