Tajemna historia Moskwy
- Автор: Sedia Ekaterina
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Tajemna historia Moskwy». Краткое содержание книги:
Fiodor milczał – co mógłby powiedzieć? Niczego nie obiecywał, był niewinny, a jednak wina gromadziła się tuż pod powierzchnią, gotowa wypłynąć. Patrzył na szczury omywające ciemnym strumykiem drobne stopy Oksany. Zdawało się, że kolejne wyłażą ze szczelin w chodniku i z domów, dołączając do lśniącej chmary brązowego futra. Podniósł głowę, spojrzał na białe ptaki na drzewach.
– Widać tutaj tylko te albinosy – powiedział, żeby przerwać krępujące milczenie. – Ciekawe, co się stało z czarnymi.
– Nie ma tu takich.
– Chodzi mi o te, które przyleciały z powierzchni. Te, za którymi przyszliśmy.
Oksana pokiwała głową.
– Słyszałam, jak David i Sowin o tym rozmawiali, ale sama ich nie widziałam. Siostra dziewczyny, która przyszła z wami, jest jednym z tych ptaków, prawda?
– Podobno. Ale czy to nie dziwne? Przyleciały tutaj i zniknęły.
– Dziwne – zgodziła się i umilkła.
Wiedział, że Oksana nie chce rozmawiać o ptakach ani o gangsterach, o niczyich sprawach. Rozpamiętywała osobisty ból, który wszystko inne spychał na drugi plan. Fiodor nie miał do zaoferowania pociechy, ale też wiedział, że ona nie chce, by ją pocieszano.
– Czy twoje szczury mają imiona? – Zapytał.
Skinęła głową.
– Ten to Aleks, a tu Sasza, i Sonia, Masza i Artiom.
– Potrafisz je rozpoznać?
– Różnią się. Poza tym powiedziały mi, jak mają na imię. Próbują powiedzieć więcej, ale nie rozumiem.
– Jeden oglądał monetę, którą mi dałaś. Chyba poczuł twój zapach.
Rozbłysk blaskodrzewa przemienił jej uśmiech, nikły i smutny, w chwilowy trupi grymas.
– Lubią mnie, a Sowin nie ma nic przeciw temu, że spędzają ze mną czas. Chcesz zobaczyć ich sztuczki?
– Jasne. – Fiodor chętnie przystałby na wszystko, byle oderwała się od ponurych myśli i przestała użalać nad sobą. – Muszą ich być setki.
Oksana zagwizdała na szczury, które utworzyły formację – niewyraźna plama szarych ciał uformowała się, gdy szczury się rozstąpiły niczym Morze Czerwone i utworzyły równe rzędy po bokach. Ich oczy lśniły w zmierzchu jak czerwone węgle.
Oksana znów gwizdnęła i szczury posłuchały – skakały jeden drugiemu na grzbiet, tworząc wysokie kolumny zamiast rzędów. Fiodor podziwiał ich organizację i architektoniczną pomysłowość – kolumny miały podstawy z kilku tuzinów szczurów i zwężały się ku górze, a szczyt każdej wieńczyło tylko jedno zwierzę.
– Ładne – pochwalił.
Uśmiechnęła się.
– Spójrz na to. – Zagwizdała długą smutną nutę, która drżała w powietrzu o chwilę za długo, i szczurze kolumny skręciły się, runęły jedna na drugą.
Szczury utworzyły łańcuchy, łącząc się splecionymi ogonami i chwytając za przednie łapki; łańcuchy pogrubiały, wijąc się, odrywając od ziemi, przybierając kształt. Fiodor rozpoznał dwie grube nogi i pękaty tułów, dwie łapy i okrągłą głowę z długim pyskiem. Stworzenie stanęło przed nim, chwiejąc się lekko. Roześmiał się.
– To najdziwniejsza rzecz, jaką dotąd widziałem. Niedźwiedź ze szczurów. Umie chodzić?
Dzięki cudowi koordynacji, wysiłku i chęci sprawienia przyjemności, stworzenie zrobiło jeden mozolny, posuwisty krok. Łapy kołysały się swobodnie, niepokojąco sugerując połamane kości.
Oksana przekrzywiła głowę, krytycznie patrząc na stwora.
– Co myślisz?
– Robi wrażenie – odparł Fiodor. – Zawsze mnie zdumiewało, jak bystre są te stworzenia, szczury i wrony. A to tylko szkodniki, prawda?
– Prawda – odparła. Jej uśmiech zgasł. – Jak Cyganie, to chciałeś powiedzieć?
– Nie. Wiem, jak widzą was ludzie. Ale gdy byłem mały, mama wciąż powtarzała, że ukradną mnie Cyganie.
– Jasne. Zwalaj winę na wychowanie.
– Chyba chciałem zostać ukradziony. I tak, wiem, że nie kradniecie dzieci, ale nie o to chodzi. Skarżysz się, że traktowali cię inaczej…
– Ty też.
– Ja tylko chciałem czegoś magicznego. Przepraszam. Nie wiedziałem, że inny zawsze musi być zły.
– Oczywiście. Twierdzenie, że inność może być lepsza, jest w rzeczywistości uznawaniem własnej pośledniości, a kto chciałby się na to zgodzić?
Niedźwiedź ze szczurów zrobił kolejny chwiejny krok. Oksana osądziła, że chodzenie jest bezpieczne, i pozwoliła mu podążać za nimi.
Śpiące ptaki albinosy zbudziły się i patrzyły podejrzliwie na niedźwiedzia błyskającego miriadami szczurzych ślepiów, obwieszonego festonami nagich ogonów. Niektóre nawet ciągnęły w ślad za nim, przeskakując z drzewa na drzewo, cicho skrzecząc.
Zawrócili w stronę karczmy, białe ptaki za nimi.
– Przynajmniej ten niedźwiedź nie umrze – powiedział Fiodor. – Stworzyłaś sobie nieśmiertelnego pupila, który cię nigdy nie opuści.
Z uśmiechem skinęła głową i przyśpieszyła kroku, aż spódnica zaszeleściła wokół łydek. Dobrze, pomyślał Fiodor. Wreszcie znalazł właściwe słowa.
10 TIMUR-BEJ
Tej nocy Galina nie mogła zasnąć, a przecież w ciepłym domu Sowina, pachnącym zwierzętami, przesyconym ciężką, upajającą wonią siana, zaśnięcie powinno być łatwe. Jednak za każdym razem, gdy zapadała w półsen, śniła o Maszy, czasami dziewczynie, czasami ptaku. Masza płakała, wyciągała do niej czarne jak smoła skrzydła i wołała ją słodkim głosem.
– Gdzie jesteś, Gałka? Dlaczego po mnie nie przychodzisz?
– Jestem – odpowiedziała Galina. – Szukam cię.
– Nie zostawiaj mnie tutaj – błagała Masza. – Proszę, nie zostawiaj mnie, nie zapomnij o mnie.
– Nigdy cię nie zostawię.
– Znajdź mnie za śmiercią, za rzeką.
Oczy Maszy w ptasiej twarzy zrobiły się duże, szerokie i ludzkie. Galina zbudziła się z drżeniem, wciąż słysząc brzmienie jej wysokiego głosu. Usiadła na dmuchanym materacu, już miękkim; musiała być w nim dziurka. Miała pokój dla siebie – lata niedostatku i przyzwyczajenie do ciężkiej pracy skłoniły Sowina do budowania z rozmachem, gdy nadarzyła się okazja, więc jego dom był wielki, nieregularny, z labiryntem niedużych pokoi. Nagie belki ścian, ciepłe i pogryzione przez korniki, były pod jej palcami szorstkie i krzepiące.
Pomyślała o tym, co powiedział jej Jakow, i poczuła niepokój. Martwiła ją ciemność spowijająca plany wspólników Siergieja i ich podziemnych sprzymierzeńców. Już w dzieciństwie nauczyła się, że zasadniczo wszechświat jest przewidywalny, nawet jeśli życie nie zawsze układa się zgodnie z planem. Nie spodziewała się, że postawiona w liceum diagnoza uniemożliwi jej studia, ale sprawy przybrały właśnie taki obrót i nie mogła znaleźć pracy bez formalnego wykształcenia, z samą tylko dobrą znajomością angielskiego, francuskiego i niemieckiego. Samodzielnie uczyła się języków, w szpitalu psychiatrycznym, po prostu dla zabicia czasu. Wtedy obce słowa i dziwne litery odpierały czyhające wokół łóżka bestie, dyszące i czarne jak smoła. Były jej talizmanami, te słowa, ich różne odcienie, które niczym maski skrywały tę samą treść. Na świecie panował porządek, nawet jeśli od czasu do czasu w przebraniu. Płoszył potwory.