Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
Czerwonogęby oficer starał się nie ustępować i Wiktor poczuł, że powinien interweniować. Oczywiście opowiadając się po stronie Seleny. Pewnie, na początku dziewczyna mogła nie mieć racji, ale nie cierpiał chamów, na których nie działała nawet kobieca uroda. Co prawda w wojsku służył z nim jeden taki wyjątkowy cham, ale świetny kolega, Bob, i jemu wybaczał nawet najgorsze przekleństwa w obecności kobiet. Nawet takich jak Selena… Nawet z pancerza BTR-u, obok szosy, po której pędzą czołgi, przy rozbitym samochodzie, w gęstym obłoku kurzu, przez który nie tylko z trudem można było zobaczyć twarz oficera, ale i jego majorskie dystynkcje. Lecz mimo wszystko Wiktor go poznał. Po głosie. I po charakterystycznych zwrotach.
— Bob! — krzyknął Wiktor.
— Baniew! — zdziwił się Bob. Scena bratania się płynnie przeszła w scenę zapoznawania liniowego oficera z piękną dziewczyną i stała się szczególnie wzruszająca, kiedy okazało się, że piękna dziewczyna również jest oficerem liniowym. Gdy wspominali Ostatnią Wojnę, na której oboje, Bob i Selena, kiblowali przez cały rok, musieli znaleźć wspólnych znajomych, nie mówiąc już o niemal rodzinnych miejscach walk. Dla Wiktora te nazwy w obcym języku miały posmak nie tyle romantyzmu, ile niezrozumiałej apokaliptycznej grozy: „zielonka” pod Jurtanabadem, baza lotnicza Agły-Puri, przełęcz Czatlang…
W końcu nieruchawego po zderzeniu citroena zepchnięto na skraj drogi i nawet oddelegowano żołnierza do ochrony aż do chwili przybycia wezwanej przez Selenę przez radio pomocy drogowej, a pasażerów major po starej znajomości wziął do siebie do BTR-u. Co prawda nie jechał do miasta, lecz do Obozu, ale Selena, skomunikowawszy się z kimś przez radiostację, szybko zmieniła swoje plany, a Wiktorowi po kilku łykach, które miały mu pomóc zapomnieć o przeżytym stresie, zrobiło się wszystko jedno, dokąd jedzie. Osiągnął stan euforii. A poza tym pojawiła się nadzieja na przeniknięcie do Obozu wraz z tą wszechpotężną przywódczynią młodych paranoików.
Wiktor przez całe życie nie cierpiał żelaznych drzwi, drutu kolczastego i systemu przepustek, dlatego przeniknięcie do miejsc, do których zazwyczaj nie dawało się przeniknąć, sprawiało mu niezrównaną rozkosz. A na dodatek strasznie chciał wiedzieć, co się dzieje w mieście i kim są, do diabła, ci Beduini, co to się wszyscy wokół nich kręcą jak poparzeni.
Do rozmowy weteranów udało mu się wtrącić może dwa, może trzy razy i dowiedział się tylko tyle, że Bob sam nie wie, skąd tu się wzięło tyle czołgów. Po prostu dostał rozkaz towarzyszyć oddanemu mu batalionowi specnazu i po przybyciu na miejsce, zgodnie z zadaniem ogólnym dla całego korpusu, zorganizować okrążenie obiektu według schematu numer trzy. Dla Wiktora były to, rzecz jasna, puste dźwięki, lecz Selena po słowach „schemat numer trzy” omal nie podskoczyła, a potem wyszeptała oszołomiona:
— Czy oni tam poszaleli?
Weterani ponownie zajęli się dyskusją na tematy wojenno- techniczne i w sumie Wiktor nie dowiedział się niczego.
A wyglądało na to, że sprawa była poważna. Takiej liczby czołgów Wiktor nie widział w życiu. Do tego wszystkie zgromadzone środki techniczne ustawiły się potrójnym kordonem jak daleko sięgał wzrok. W żółtej gorącej mgle za załamanymi liniami drutu kolczastego gubiły się z oczu rozmyte zarysy dalszych maszyn, ale z tych bliższych wyraźnie widać było, że stoją one dziwacznie, w porządku szachownicy: jedna lufa wycelowana na Obóz, druga w przeciwnym kierunku, następna znowu na Obóz i tak dalej. Na pancerzu najbliższego czołgu siedzieli, z nogami wsuniętymi w luk i automatami zarzuconymi za plecy, dwaj żołnierze i spokojnie jedli arbuza.
BTR dowódcy batalionu, w którym jechali Selena i Wiktor, bez hamowania przeskoczył utworzoną przez komandosów linię pierwszego kordonu. Na drugim kordonie zatrzymano ich. Bob musiał wysunąć się z luku i chwilę rozmawiać z wysokim i ponurym prezydenckim gwardzistą. Na trzecim kordonie zażądano dokumentów, i to od wszystkich osób znajdujących się w wozie. Ten kordon tworzyli dobrzy znajomi Wiktora: młodzieńcy w safari i jacyś ponurzy, brodaci faceci w maskujących mundurach bez dystynkcji — wypisz, wymaluj mudżahedini albo duszmeni, czy jak się oni tam nazywali, Wiktor nigdy nie rozróżniał tych określeń. Bob nie przekroczył kordonu, nie musiał, a Wiktora z Seleną jakimś cudem przepuścili. Ale przedwcześnie się cieszył. Przy wejściu do pierwszego biura przepustek, do którego skierowała się Selena, stał Beduin, bezbronny jak wszyscy Beduini, ale bardzo poważny i nieugięty.
— On nie może — powiedział, nawet nie zerknąwszy na dokumenty, po czym podniósł na Wiktora pełne współczucia i żalu oczy.
— To pisarz Baniew — zaczęła przymilnie Selena. — Będzie opowiadał o nas w gazetach i w telewizji.
— On nie może — spokojnie i nieubłaganie powtórzył Beduin.
Selena nagle przeszła na nie znany język, gardłowy, piskliwy, okropnie niezwyczajny. Wydawało się, że obce słowa jak piłeczki tenisowe skaczą między gołymi betonowymi ścianami wąskiego przedsionka. Beduin niemrawo odpowiedział w tym samym narzeczu, potem Selena odwróciła się do Wiktora i cicho powiedziała:
— Nie przepuszczą cię. Dzisiaj…
To „dzisiaj” było dodane tak, że Wiktor zrozumiał: nie przepuszczą go nigdy.
Beduin patrzył na niego smutnym, pełnym winy wzrokiem. Selena mimo wszystkich swoich bojowych cech i dzisiejszej energii, gotowa była chyba płakać ze złości.
W innej sytuacji, gdyby Beduini strzelali na postrach w powietrze i przegradzali drogę olbrzymim ciałem wartownika z przeciwczołgową rusznicą na piersi, Wiktor pewnie by sobie przypomniał młodość i runął na chama przed siebie, wywracając krzesła i tłukąc szkło, ale takie zachowanie było tu nie na miejscu, równie dobrze mógłby pysznić się władzą w świątyni. Więc po prostu odwrócił się i rzucił przez ramię:
— Seleno, czekam na ciebie w swoim pokoju w Nacional. Trzecie piętro, pokój numer pięć.
— Poczekaj! — zawołała Selena. — A jak dostaniesz się z powrotem?
Pytanie otrzeźwiło Wiktora. Rzeczywiście, jak? Wyobraził sobie drogę na piechotę — dziewięć kilometrów po wypalonej dolinie, wzdłuż podziurawionej drogi, przez kłęby kurzu i w grzmocie jadących z naprzeciwka czołgów. Przyjemna perspektywa. Zatrzymał się i rozejrzał.
— Wezwę dla ciebie samochód — rzekła Selena. — Jeep z kierowcą będzie czekał przy pierwszym kordonie.
I nagle odezwał się Beduin:
— Panie Baniew, bardzo bym chciał porozmawiać z panem. Nie wpadłby pan jutro do budynku merostwa?
— O której? — agresywnie zapytał Wiktor.
— O siódmej wieczorem.
Gdy Baniew zastanawiał się nad odpowiedzią, Selena jak prowincjuszka plasnęła w dłonie i wykrzyknęła:
— Ojej, a ja nawet panów nie poznałam ze sobą! Wiktorze — to jest Abe Bon-Chafiis.
No i masz, butem w twarz! Chafiis był znanym beduińskim pisarzem, właściwie jedynym pisarzem Beduinem znanym na całym świecie. Wiktor czytał kilka jego rzeczy w przekładach. Po cholerę ona tu sterczy, na wartowni dowództwa Obozu? Czy nie dowództwa? Boże, co za różnica!? Co ma z tym wspólnego Chafiis?
— Przyjdę — powiedział Wiktor.
Selena trzymała już płaską słuchawkę komórkowego telefonu.
— Idź, czekają na ciebie. Jeep z kierowcą — powtórzyła, zakończywszy rozmowę prowadzoną znowu w jakimś psim języku.
Czy kierowca też będzie Beduinem? — zastanawiał się rozdrażniony Wiktor, jednocześnie z odrazą przyłapując się na etnicznej nietolerancji. Ależ skąd! Nigdy na to nie cierpiał. Beduini drażnili go nie z powodu swojej narodowości — to rozdrażnienie miało zupełnie inne korzenie: coś między psychom logicznym niedopasowaniem a… — jak to się mówiło w czasach jego młodości? — …aklasową nienawiścią. Tak, Beduini byli ludźmi z innej klasy, nawet z innego świata, i WiktoraM drażniła izolacja tego świata, jak złościła go, od zawsze, od wczesnego dzieciństwa, każda izolacja: klasztoru, tajnego instytutu, leprozorium czy resortu tajnej policji. Ludzie po tamtej stronie dowolnego kordonu wiedzieli coś, czego on nie wiedział — to było niesprawiedliwe, to ograniczało jego prawo do wiedzy, które Wiktor uważał za święte dla biologicznego rodzaju homo sapiens. Jednakże z upływem czasu liczba utajnionych informacji nie wiadomo dlaczego puchła i ludzie posiadający wyjątkową wiedzę wyróżniali się coraz mocniej od zwykłych ludzi, takich jak Wiktor, i patrzyli na nich z pogardą i protekcjonalnym współczuciem. Czasem to stawało się zupełnie nieznośne, szczególnie gdy nie łyknęło się na czas dobrego ginu…