Oko czasu [Time's Eye - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Серия: Odyseja czasu #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Vis-
- ISBN: 978-83-61516-00-2
- Переводчик: Stefan Baranowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Oko czasu [Time's Eye - pl]». Краткое содержание книги:
Kapitan Grove poprosił Caseya o przekazanie dotychczas zdobytych informacji. Casey, opierając się na kulach, za pomocą kredy naszkicował na kadłubie helikoptera zarys mapy świata w rzucie Mercatora, a przed nim ustawił ekran.
— OK — powiedział żywo. — Najpierw obraz całości. — Z tuzin oficerów i cywilów, stojących pod niepewną osłoną przybudówki, zgromadziło się, patrząc na migocące obrazy odmienionego świata.
Kształty kontynentów były dobrze znane. Ale wewnątrz ich linii brzegowej ląd stanowił układankę nieregularnych fragmentów zbrązowiałej zieleni lub bieli, pokazując, jak osobliwa fragmentacja czasu miała miejsce na całej planecie. Wydawało się, że niewielu ludzi przetrwało Nieciągłość. Nocna strona planety była pogrążona w niemal całkowitej ciemności, którą rozświetlały nieliczne rozproszone sztuczne światła. A ponadto ta pogoda. Nad oceanami, w okolicy biegunów albo w samym sercu kontynentów, tworzyły się wielkie układy burzowe i przewalały się burze, miotając rozwidlone, fioletowe błyskawice.
Casey postukał palcem w mapę świata.
— Naszym zdaniem oglądamy lądy, które zastąpiono fragmentami ich samych z wcześniejszych epok. Ale o ile jesteśmy w stanie się zorientować — biorąc pod uwagę, że Sojuz nie był odpowiednio wyposażony — istnieją tylko nieznaczne przesunięcia w położeniu kontynentów. To określa granice przesunięć w czasie, chociaż sądzimy, że istniejące małe przesunięcia mogą wystarczyć, aby później stać się źródłem aktywności wulkanicznej.
Ruddy już wcześniej podniósł rękę.
— Oczywiście lądy nie uległy przesunięciu, jak to określiłeś. Dlaczegóżby miało tak się stać?
Casey warknął:
— Dla ciebie Alfred Wegener jest dopiero pięcioletnim chłopcem. Płyty tektoniczne. Dryf kontynentów. To długa historia. Uwierz mi na słowo.
Bisesa zapytała:
— Jak daleko w czasie?
— Sądzimy, że żaden fragment nie jest starszy niż dwa miliony lat.
Ruddy roześmiał się trochę nerwowo.
— Tylko dwa miliony lat, to pocieszające, nieprawdaż? Casey powiedział:
— Plastry czasu przypuszczalnie ciągną się w górę od powierzchni Ziemi i w dół, może aż do samego środka planety. Może każdy taki plaster to wielki klin składający się z rdzenia, płaszcza, skorupy i nieba.
Grove powiedział:
— I każdy fragment ma własną roślinność, mieszkańców i słup powietrza nad nim?
— Na to wygląda. Sądzimy, że mieszanie się fragmentów powoduje zaburzenia pogody. — Postukał palcem w ekran, na którym widniały obrazy potężnych tropikalnych burz, kremowo-białych wirów wydobywających się z południowego Atlantyku i uderzających we wschodnioamerykańskie wybrzeże oraz frontów skłębionych czarnych chmur pędzących nad Azją. Casey powiedział: — Na niektórych plastrach jest lato, na innych zima. A klimat Ziemi waha się w dłuższych cyklach — epoki lodowcowe nadchodzą i mijają — i to także jest przemieszane.
— Pokazał obrazy płatów lądu skutych lodem, regularny, niemal dokładnie prostokątny obszar nad miejscem, gdzie był Paryż.
— Gorące powietrze wznosi się wyżej niż zimne, co wywołuje wiatry; gorące powietrze zawiera więcej pary wodnej niż zimne i nad zimnym lądem pozbywa się jej, stąd deszcze. I tak dalej. Kiedy to wszystko dodać do kupy, mamy taką popieprzoną pogodę.
Abdikadir zapytał:
— Jak wysoko rozciągają się te plastry?
— Tego nie wiemy — odparł Casey.
— Na pewno nie aż do Księżyca — powiedział cicho kapral Batson. — Bo gdyby tak było, znikłby albo został wyrzucony z orbity.
Casey uniósł brwi.
— Słuszna uwaga. Nie pomyślałem o tym. Ale wiemy na pewno, że sięgają co najmniej do wysokości orbit okołoziemskich.
— Sojuz — powiedziała Bisesa.
— Tak. Bis, ich zegary zgadzają się z naszymi co do sekundy. Musieli akurat przelatywać nad nami — to czysty przypadek — kiedy wystąpiła Nieciągłość i porwała ich razem z nami. — Potarł swój wielki nos. — Próbowaliśmy sporządzić mapę tych plastrów i w niektórych miejscach nam się udało. Tutaj jest Sahara… — Wskazał na pustyni skrawki zieleni, na ogół nieregularnych kształtów, ale niektóre z nich były okolone idealnym łukami geometrycznymi i liniami prostymi. — Rozmaite fragmenty pustyni wyglądają mniej więcej tak samo, nawet jeśli dzieli je pół miliona lat. Mimo to można w przybliżeniu określić wiek niektórych z nich na podstawie zmian geologicznych.
Obrócił się i narysował kredą dużą gwiazdkę na terenie środkowej Afryki.
— Ten obszar wydaje się najstarszy ze wszystkich. Widać to po szerokości rowu tektonicznego… I spójrzcie: Sahara nie rozciąga się tak daleko na południe, są tam jeziora i skrawki zieleni. Tak to na ogół wygląda, w terenie wszystko jest przemieszane. — Przemknęły kolejne obrazy. — Sądzimy, że większa część Azji pochodzi sprzed kilku tysięcy lat. Na tamtych stepach widać rozproszone domostwa, ale niczego nowoczesnego — smugi dymu z ognisk, żadnych elektrycznych świateł. Wydaje się, że największe skupisko ludzi znajduje się tutaj. — Wskazał obszar we wschodniej Azji, na północ od Chin. — Nie wiemy, kim są ci ludzie.
Kontynuował swój show, prowadząc niechętnych słuchaczy przez odmieniony świat. Australia przedstawiała się egzotycznie. Chociaż większa część jej centralnego obszaru była wypalona, tak jak w czasach Bisesy, wybrzeża i doliny rzeczne porastała bujna zieleń. Kilka zdjęć w dużym powiększeniu było na tyle szczegółowych, że można było zobaczyć zwierzęta. Bisesa dostrzegła hipopotama pasącego się na skraju małego lasku i jak w krótkiej, animowanej sekwencji z kryjówki wyskoczyło stado jakichś wielkich, wyprostowanych istot, zapewne umykając przed drapieżnikiem. Bisesa pomyślała, że to olbrzymie kangury; wydawało się, że Australia powróciła do swego dziewiczego stanu poprzedzającego pojawienie się człowieka. Tymczasem Ameryka Południowa stanowiła masę jednolitej zieleni, lasy tropikalne, przerzedzone i ginące w czasach Bisesy, powróciły do dawnej wspaniałości.
W Ameryce Północnej wielka płyta lodu ciągnęła się na północ i na wschód, docierając aż do bieguna i Wielkich Jezior.
Casey powiedział:
— Lód na tym obszarze pochodzi z różnych epok. Widać to po tych szczelinach i nierównych krawędziach. — Pokazał zbliżenia południowej krawędzi pokrywy lodowej, która wyglądała jak rozdarty kawałek papieru. Bisesa dostrzegła lodowce wypływające z tej nierównej krawędzi, wielkie, zablokowane przez lód, nieustannie wzbierające jeziora i potężne układy burzowe, powstające przypuszczalnie tam, gdzie zimne powietrze epoki lodowcowej opadało z pokrywy lodowej na cieplejszą ziemię. Na południe stamtąd ląd miał zielono-niebieską barwę, była to tundra skuta wieczną zmarzliną, nad którą szalały wiatry wiejące znad pokrywy lodowej. Na pierwszy rzut oka nie widziała żadnych śladów człowieka, ale po chwili uświadomiła sobie, że ludzie pojawili się w Ameryce dopiero niedawno.
Abdikadir powiedział:
— A co z Alaską? Jej kształt wydaje mi się jakiś dziwny.
Casey powiedział:
— Ciągnie się do Lądu Beringa, no wiesz, pomostu lądowego, który kiedyś łączył Azję z Ameryką, przecinającego Cieśninę Beringa, była to droga, którą pierwsi ludzie dostali się do Ameryki Północnej. Ale potem została przerwana przez morze…
Podróż trwała nieprzerwanie; niespokojnie patrzyli na przesuwające się przed ich oczyma drgające obrazy.
— A Europa? — spytał Ruddy ze ściśniętym gardłem. — Anglia?