Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
Pokój numer 46 znalazł w mieszkalni, w długim korytarzu, w którym wszystkie drzwi były zamknięte. Były to najwyraźniej pojedynki, zdziwił się więc, dlaczego portierka tu go skierowała.
Odkąd skończył dwa lata, mieszkał zawsze w noclegowniach, w pokojach z czterema — a i dziesięcioma — łóżkami. Zapukał. Cisza. Otworzył drzwi. Pokój numer 46, mała pojedynka, był pusty, skąpo oświetlony wpadającym z korytarza światłem. Zapalił lampę. Dwa krzesła, biurko, wysłużony suwak logarytmiczny, kilka książek i ręcznie tkany pomarańczowy koc, złożony porządnie na tapczanie. Ktoś tam mieszkał, portierka pomyliła się. Zamknął drzwi — po czym otworzył je, aby zgasić światło. Pod lampą na biurku leżał świstek papieru, na którym nabazgrano: „Szevek, dziek. fizyki, rano 2-4-1-154. Sabul”.
Położył palto na krześle, buty postawił na podłodze. Czas jakiś stał i czytał tytuły książek — typowych podręczników z fizyki i matematyki, w zielonych okładkach z wytłoczonym na nich Kołem Życia. Zawiesił palto w szafie, odstawił na bok buty. Starannie zaciągnął firankę w szafie. Przemierzył pokój w kierunku drzwi: cztery kroki. Jeszcze przez chwilę stał niezdecydowany, a potem — pierwszy raz w życiu — zamknął drzwi własnego pokoju.
Sabul był przysadzistym, niechlujnym czterdziestoletnim mężczyzną. Owłosienie twarzy, gęstniejące w regularną brodę na podbródku, miał ciemniejsze i bardziej szorstkie niż przeciętny Anarresyjczyk. Nosił ciężką zimową tunikę, której, z wyglądu sądząc, nie zdejmował od ubiegłej zimy — mankiety rękawów sczerniały z brudu. Sposób bycia miał bezceremonialny i opryskliwy. Mówił urywanymi zdaniami — podobnymi do notatek, które gryzmolił na strzępkach papieru. Pochrząkiwał.
— Będziesz się musiał nauczyć ajońskiego — burknął na Szeveka.
— Ajońskiego?
— Powiedziałem: ajońskiego.
— Po co?
— Żebyś mógł czytać fizyczne prace Urrasyjczyków! Atro, To, Baisk — te nazwiska. Nikt tego nie tłumaczył na prawieki — i pewno nie przetłumaczy. Najwyżej sześć osób na Anarres jest w ogóle w stanie cokolwiek z tego zrozumieć. W dowolnym języku.
— W jaki sposób mam się nauczyć ajońskiego?
— Z gramatyki i słownika!
Szevek nie dawał za wygraną.
— Gdzie je znajdę?
— Tu — warknął Sabul. Zaczął grzebać wśród małych książeczek w zielonych okładkach, upchanych na brudnych półkach. Ruchy miał porywcze i zdradzające irytację. Dogrzebał się w końcu na dolnej półce dwóch opasłych, nie oprawionych tomów i huknął nimi o biurko. — Zawiadomisz mnie, kiedy będziesz w stanie czytać Atro po ajonsku. Do tego czasu nie mamy ze sobą o czym rozmawiać.
— Jaką matematyką posługują się Urrasyjczycy?
— Nic takiego, z czym byś sobie nie poradził.
— Czy ktoś zajmuje się tu chronotopologią?
— Tak, Turet, możesz się z nim konsultować. Nie widzę potrzeby, żebyś chodził na jego wykłady.
— Miałem zamiar uczęszczać na wykłady Gvarab.
— Po co?
— Z powodu jej prac nad częstotliwością i cyklicznością…
Sabul usiadł, by zaraz się zerwać. Był niemożliwie niespokojny — a przy tym sztywny: tarnik do drzewa, nie człowiek.
— Nie trać czasu. W teorii następstw znacznie wyprzedziłeś tę staruchę, zaś inne idee, które ona płodzi, to kupa śmieci.
— Interesują mnie zasady jednoczesności.
— Jednoczesność! Co za paskarskim gównem karmi was tam Mitis?
Zmierzył Szeveka wściekłym spojrzeniem, pod szorstką szczeciną na skroniach nabrzmiały mu żyły.
— Zorganizowałem kurs samokształceniowy na ten temat.
— Wydoroślej, wydoroślej. Pora wydorośleć. Teraz jesteś w Abbenay. My zajmujemy się tutaj fizyką, a nie religią. Porzuć mistycyzm i wydoroślej. Jak prędko możesz się nauczyć ajońskiego?
— Nauczenie się prawickiego zajęło mi dobrych kilka lat — odparł Szevek. Lekka ironia w jego słowach całkowicie uszła uwagi Sabula.
— Mnie to zajęło dziesięć dekad. Nauczyłem się na tyle, by móc przeczytać Wstęp To. Do licha, będziesz potrzebował jakiegoś tekstu do ćwiczeń. To się może nadać. Zaraz. Czekaj no.
Zaczął przetrząsać przepełnioną nad wszelką miarę szufladę i dokopał się wreszcie książki o dziwnym wyglądzie, w niebieskiej oprawie, bez Koła Życia na okładce. Tytuł był wytłoczony złotymi literami i zdawał się brzmieć: Poilea Afioite, co nic nie znaczyło; kształty niektórych liter były dla Szeveka obce. Przyjrzał się książce, wziął ją od Sabula, ale nie otwierał. Oto trzymał ją, tę rzecz, którą tak pragnął ujrzeć, wytwór obcych rąk, posłanie z innego świata.
Przypomniał sobie książkę, którą pokazał mu kiedyś Palat, księgę liczb.
— Zajrzyj znowu, jak już będziesz umiał to przeczytać — mruknął Sabul.
Szevek odwrócił się do wyjścia. Sabul krzyknął za nim burkliwie:
— Trzymaj te książki przy sobie! Nie są przeznaczone do powszechnego użytku.
Młodzieniec przystanął, odwrócił się i rzekł po chwili spokojnym głosem, jak gdyby onieśmielony:
— Nie rozumiem.
— Nie dawaj ich czytać innym!
Szevek nie odpowiedział.
Sabul wstał i podszedł do niego.
— Posłuchaj. Jesteś teraz członkiem Centralnego Instytutu Naukowego, syndykiem fizyki, i pracujesz ze mną, Sabulem. Rozumiemy się? Przywilej to odpowiedzialność. Zgadza się?
— Mam zdobywać wiedzę, której nie wolno mi dzielić z innymi — stwierdził po krótkiej pauzie Szevek, wygłaszając to zdanie tak, jakby było twierdzeniem logiki.
— Gdybyś znalazł na ulicy paczkę z kapiszonami, czy podzieliłbyś się nimi z każdym przechodzącym dzieckiem?
Te książki to materiał wybuchowy. Rozumiemy się teraz?
— Tak.
— To świetnie. — Sabul odwrócił się od niego z twarzą wykrzywioną gniewem, który zdawał się właściwy mu, trwały. Młody człowiek wyszedł — przejęty odrazą, zżerany ciekawością — niosąc ostrożnie ów dynamit.
Zabrał się do nauki ajońskiego. Pracował w samotności, w pokoju numer 46 — z powodu ostrzeżenia Sabula, ale także dlatego, że samotna praca stała się dla niego czymś aż nadto naturalnym.
Od najwcześniejszej młodości zdawał sobie sprawę, że jest — pod pewnymi względami — inny od wszystkich znanych mu osób.
Świadomość takiej odmienności bywa dla dziecka nader bolesna, ponieważ — niczym się jeszcze nie wykazawszy, niezdolne do dokonania czegokolwiek — nie znajduje dla niej usprawiedliwienia.
Jedynym dla takiego dziecka oparciem może być obecność kochających i godnych zaufania dorosłych, którzy również — na swój sposób — są inni; Szevekowi tego zabrakło. Owszem, Palat był nadzwyczaj kochającym i godnym zaufania ojcem. Akceptował Szeveka takim, jakim był, godził się ze wszystkim, co robił. Ale nie ciążyło na nim przekleństwo odmienności. Był jak inni, jak ci wszyscy, którym życie we wspólnocie przychodziło tak łatwo. Kochał Szeveka, ale nie potrafił go nauczyć, czym jest wolność — to uznanie samotności drugiej osoby, które jako jedyne jest ją w stanie przekroczyć.