Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światy braci Strugackich - Czas uczniów
Światy braci Strugackich - Czas uczniów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światy braci Strugackich - Czas uczniów

Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:

Antologia opowiadań rosyjskich
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 137
Перейти на страницу:

Selena wyskoczyła z pościeli bezszelestnie i zręcznie jak kot. Sekundę później stała przy oknie, trzymając w ręku króciutki, ale bardzo poważnie wyglądający pistolet maszynowy. (Trzyma go pod poduszką, czy co?) Otworzyła nim lufcik i krzyknęła w mrok przedświtu:

— Hej! Co takiego?

Nikt jej nie odpowiedział. Może nawet ten wcześniejszy okrzyk nie do niej był skierowany.

Selena stała nieruchomo przez jakieś pięć sekund, które wydały się Wiktorowi nieznośnie długie, i w napięciu wsłuchiwała się w ciszę na ulicy. Potem powiedziała szeptem:

— Zaczęło się.

I odłożywszy pistolet na fotel, zaczęła się szybko ubierać.

— Co się zaczęło? — zapytał oszołomiony Wiktor. — Chcę spać.

— Zbieraj się — szorstko i krótko rzuciła Selena.

To był rozkaz i w najbliższym czasie nie należało oczekiwać wyjaśnień.

Selena popstrykała włącznikiem: światło nie zapaliło się. Zwyczajna sprawa w daczach, pomyślał Wiktor. Ale nie w takich…

— A to już zupełnie niedobrze. — Dziewczyna trzymała w ręku głuchą słuchawkę radiotelefonu ze smutno mrugającym zielonym światełkiem. — Przecież nie mogli wszystkiego wyłączyć! — syknęła z niezwykłą złością i poszła do drugiego pokoju.

Boże, kto? Co za oni? — chciał zapytać Wiktor, ale powstrzymał się.

W sąsiednim pokoju Selena, triumfalnie uśmiechając się, stała ze słuchawkami na uszach i rzucała do mikrofonu przenośnej radiostacji jakąś abrakadabrę wywołań, umownych sygnałów i cyfr.

— Jedziemy — zakomunikowała w końcu.

— Jedziemy — pokornie zgodził się Wiktor. — Mogę zapalić?

— Oczywiście, chociaż na czczo nie warto. A trochę później zjemy śniadanie.

Ale jeszcze bardziej brakowało mu alkoholu. Na czczo. Właśnie na czczo. Zimnego, niczym nie rozcieńczonego ginu. Bał się tylko, że ta czarująca, niepaląca sportsmenka, pijąca z reguły tylko mrożone daiąuiri, na pewno nie pozwala sobie na alkohol przed sjestą i wypowie swoją opinię o nim. Śmieszne, ale wstydził się tej dziewczyny.

Dopiero w garażu natarczywe żądanie organizmu zwyciężyło inteligenckie skrępowanie. Wiktor wyjął z kieszeni ulubiony mały płaski termos i zaproponował Selenie:

— Łykniesz?

— Co to? — zapytała z roztargnieniem.

— Gordon’s. Z lodówki. Bardziej lubię Beefeater, ale tym razem Teddy nie miał.

— Daj — powiedziała Selena. — Odrobinę. Bo aż się nie chce siadać za kierownicę.

Było już zupełnie jasno, gdy skręcili z asfaltu na szutrową drogę. Robiło się ciepło i zwyczajna upalna mgiełka zaczynała zaciągać jeszcze przed chwilą przejrzyste poranne powietrze.

— Dokąd jedziemy? — zainteresował się w końcu Wiktor, umyślnie ziewając.

— Do miasta. Po prostu nie chcę jechać drogą prowadzącą z Obozu.

— A nie musisz jechać do pracy?

Wiktor nagle przypomniał sobie, że Selena jest sanitariuszką u Golema w Obozie Beduinów. Nie wiadomo dlaczego, ale nie rozmawiali o tym wczoraj.

— Do pracy jadę właśnie do miasta.

— A doktor Golem jest od rana w Obozie?

— Powinien tam być. Dlaczego pytasz? — W jej głosie pojawiły się nutki agresji.

— Chciałbym z nim pogadać — powiedział Wiktor.

— Po co? — Selena wzruszyła ramionami. — Golem bardzo dużo wie, więcej niż my wszyscy. Ale bardzo mało mówi. Tobie też nic nie powie. Jeśli chodzi ci o Beduinów.

— Nie tylko… Dlaczego ty nienawidzisz Beduinów, a Golem ich kocha? Przecież ich leczy.

— On ci to powiedział? Leczy! Po co ich leczyć? Oni nie chorują.

— N-no… — Wiktor stracił rezon. — Wielu tak mówi…

— Golem po prostu zajmuje się badaniami — sprecyzowała Selena. — A czy ich lubi? Nie wiem. Czy fizycy z laboratorium w Los Alamos kochali bombę atomową? Pewnie kochali…

— Sympatyczne porównanie — zauważył Wiktor.

— Tak wychodzi — powiedziała Selena. — Tak… ale…

Nie zdążył dokończyć, ponieważ za ostrym zakrętem otworzył się widok na szosę. Selena gwałtownie zahamowała, otwierając jednocześnie drzwi i wysuwając się z kabiny, żeby lepiej zobaczyć, co się dzieje; a wtedy daleki szum, który pojawił się minutę temu, mocno stłumiony przez las i dobre wyciszenie citroena, natychmiast przeobraził się w ogłuszający ryk, atakujący ze wszystkich stron naraz.

Po szosie, w drgającym powietrzu, w czarnym dymie spalin i brudnożółtych kłębach przydrożnego pyłu, pędziły czołgi. Dusząca woń nie do końca spalonej ropy i rozgrzanego pancerza uderzyła ich w nozdrza szczególnie mocno po pobycie w klimatyzowanym wnętrzu, z delikatnym aromatem drogich perfum i dobrego ginu.

Selena wyszła na zewnątrz, nie zgasiwszy silnika, i jakiś czas kontemplowała ruch cyklopowych mechanizmów. Potem wsiadła z powrotem i trzasnęła drzwiami.

— Jedziemy wzdłuż kolumny — oświadczyła, nie prosząc Wiktora o radę.

Chciał jej powiedzieć, że jazda po szosie obok kolumny pancernej to czynność mało przyjemna i niebezpieczna, ale wóz już ruszył. Selena patrzyła do przodu zdecydowanie i wyraźnie nie miała ochoty na dyskusje.

Szutrową szosę łączyło z drogą główną coś na kształt pochylni, którą w swoim czasie nawet wyasfaltowano, ale nawierzchnia była stara, popękana i trzeba tu było zwalniać praktycznie do zera. Jednak Selena, śpiesząc się, by wyskoczyć na drogę w przypadkowo utworzonej luce między dwoma czołgami, pędziła po koleinach i niemal jednocześnie naciskała na hamulec i gaz. Cała jej uwaga skoncentrowana była na zbliżającym się po lewej stronie szosy czołgu, dlatego kiedy z gęstego obłoku pyłu z prawej wyskoczył BTR, który jechał po poboczu na spotkanie kolumny, pierwszy zauważył go Wiktor.

— Hej! — krzyknął. — Z prawej!

I nie bardzo — wierząc w refleks Seleny, jedną ręką nacisnął na jej lewe kolano, aby w ten sposób zahamować, a drugą ręką gwałtownie szarpnął kierownicę w lewo. Selena w panice patrzyła obok niego i nieco w tył. Nie dusiła już pedału gazu, ale hamulca też chyba nie.

Zawadzili prawym tylnym rogiem, wstrząs był na tle mocny, że Selena wyleciała z wozu przez nie zatrzaśnięte drzwi, a Wiktor upadł piersią na kierownicę i cholernie mocno uderzył głową w deskę.

Selena wykonała profesjonalny przewrót, poderwała się na nogi ze zręcznością zupełnie nie poszkodowanego człowieka, a Wiktor, pocierając błyskawicznie wzbierającego guza na czole, pomyślał: Uff. Chyba się udało. Bez krwi i złamań. Drzwi obok niego się nie otwierały. Wysiadł przez drugie.

Tak, udało im się — samochód mógł się przewrócić. Może zadecydowało to, że we właściwym momencie skręcił kierownicę. Inaczej nie tylne, lecz przednie drzwi przypominałyby zmiętą folię po czekoladce. Nawet nie chciało się rozważać losu pasażera siedzącego za tą cienką metalową ścianką.

BTR wisiał nad nimi niczym ogromny, plamisty, zakurzony potwór. W końcu otworzyła się pokrywa i w drżącym nad pancerzem powietrzu pojawiła się czerwona morda w oficerskie czapce.

— Co za bydlę! No, zaraz mu się oberwie — syknęła Selena, która trzymała już w ręku automat, jak gdyby dokonano na nią zbrojnego napadu.

Wiktor przestraszył się i spróbował ją uspokoić:

— Za co ma oberwać? Przecież sama jesteś winna.

Selena nie słuchała. Wymachiwała pistoletem i jedynie wrzeszczała, usiłując przekrzyczeć hałas kolumny. Gdy obok grzmiał kolejny żelazny potwór, zupełnie nie było jej słychać, potem dało się słyszeć poszczególne słowa: Czyś ty, baranie, oślepł… Bałwan malowany… Fagas prezydencki! Potem znowu wszystko zagłuszał piekielny ryk, a wynurzały się z niego coraz bardziej nieprzyzwoite okrzyki: Wypierdek beduiński… Milcz, dziwko… Przynajmniej wiesz, z kim mówisz… Sram na to, suko obszarpana…

1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)