Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
— Co ma do tego ojciec? — wybuchnęła Selena. — Ty rzeczywiście nic nie rozumiesz.
Poderwała się, wypiła jednym haustem resztę daiąuiri, wbiła zęby w morelę i zaczęła przemierzać pokój.
— Ojciec jest wspaniałym człowiekiem, ma duże pieniądze i istotne kontakty. Ale tu, w mieście i w całym okręgu, nie ma realnej władzy.
— Rozumiem — powiedział Wiktor. — Realna władza należy do specjalnej gwardii prezydenta.
— Należała — poprawiła go Selena — póki była federalnym biurem i nie rozpadła się na osiem różnych specsłużb. Teraz realna władza jest w ręku Beduinów.
— W czyim ręku? — Wiktor omal nie upuścił pustego kieliszka. — Nie, musisz mi zrobić nową porcję, bo zaraz zwariuję.
— Przecież mówiłam, że nie zrozumiesz — mruknęła Selena.
Dla Baniewa Beduini byli pewną szczególną wspólnotą, diasporą o czeczeńsko-cygańskich, tajemniczych korzeniach, ważnym zjawiskiem o znaczeniu etnograficznym i naukowo-medycznym. Być może z tych właśnie powodów uznawano ich za kartę przetargową w wielkiej polityce i niewątpliwie mieli oni wpływ na życie miast i okolicy. Ale Beduini u władzy? To był absurd.
— Nie żartuję — ciągnęła Selena, zatrzymawszy się w końcu i zabrawszy do przyrządzania koktajli. — Już od dawna nie mamy z czego się śmiać. Powinieneś pojąć, co się dzieje. Władze beznadziejnie przegapiły cichą ekspansję Beduinów. Kiedy prezydent i parlament sprzeczali się między sobą o to, kto więcej ukradł, kiedy gwardia, kontrwywiad, resort bezpieczeństwa i wszystkie inne służby dzieliły między siebie gabinety i obowiązki, kiedy my walczyliśmy z muzułmanami w innych krajach, Beduini przejęli tutaj nad wszystkim kontrolę. I co teraz może zrobić gubernialna policja ojca nawet do spółki z federalnym wojskiem? Nic. Oni już przegrali trzy wojny z mudżahedinami. Chcą przegrać czwartą, dlatego że Beduini to ci sami mudżahedini, to piąta kolumna muzułmanów w naszym chrześcijańskim świecie. Prezydent ze swoimi czołgami i ze wszystkimi swoimi szpiclami już przegrał z Beduinami. Tylko my nie chcemy się poddać. I odtąd my będziemy decydować, kto tu będzie rządził. My, weterani Ostatniej Wojny, zastąpimy wszystkie te całkowicie zdemoralizowane i rozbite specsłużby, armię i policję. Oni myślą, że jesteśmy jeszcze dziećmi, że bawimy się, lecz my już od dawna nie jesteśmy dziećmi, od chwili, kiedy rzucono nas na front, w środek piekła. Potrafimy przeżyć tam, gdzie nawet wielbłądzi oset zdycha od gorąca i trującego dymu, i potrafimy zabijać. I będziemy zabijać, dopóki będzie to konieczne. I uratujemy ten szalony świat od muzułmańskiego zagrożenia, zwyciężymy Beduinów i zaprowadzimy tu porządek…
Przy słowie „porządek” Wiktor poczuł palący ból w karku, a do jego gardła napłynęła fala torsji.
— Nowy porządek? — zapytał cicho ze spojrzeniem wbitym w stół.
Selena nie usłyszała. Zawładnął nią własny namiętny monolog; wyglądała w tej chwili przeraźliwie pięknie. Wiktor nie chciał jej słuchać, chciał na nią patrzeć. A poza tym zdjąć z niej dżinsowe szorty z frędzlami, sprać łobuziarze apetyczną pupcię i potem… Wiadomo, co się dzieje potem, gdy spierze się ładną dziewczynę po jędrnym tyłeczku.
Wiktorowi zrobiło się nieznośnie gorąco, jak gdyby pił on nie mrożone daiąuiri, ale ciepłą wódkę z pieprzem. Jeszcze chwila i naprawdę rzuciłby się, aby zedrzeć szorty z tej roznamiętnionej siostry polowej. Ale należało również pamiętać, że prócz tego dziewczyna jest dowódcą drużyny specnazu, a zatem pechowego powieściopisarza gwałciciela może spotkać los owych trzech mudżahedinów.
— Moja droga, przepraszam cię najmocniej — wykrztusił Baniew. — Mogę wziąć prysznic?
— Co takiego? — Zaskoczona Selena zamilkła. — Prysznic? Jaki prysznic? — Z trudem przełączała się z wielkich tematów na prozę życia. — Mam basen. Nie chciałbyś wykąpać się w basenie?
— Boże! Już zapomniałem, że istnieje taki luksus! — zakrzyknął Baniew. — Oczywiście, że chcę!
Wisiał tuż pod powierzchnią przejrzystej błękitnej wody, rozrzuciwszy na boki ręce i nogi, i rozkoszował się zapomnianym chłodem. Za taką kąpiel w tym zwariowanym mieście można było oddać wiele. Tak, Selena, kupując go, płaciła hojnie. I miała klasę. Trudno jej było tego odmówić. Ale Wiktor dobrze wiedział, że nie da się go kupić. Wiedział z doświadczenia — jego małoduszne i ofiarne próby prostackiego poddania się tym czy innym reżimom zawsze kończyły się opłakanie. System zmieniał się, transformował, stawał na głowie, a on wciąż stawał w opozycji, wciąż szedł z bagnetem na czołgi i z rozpaczliwą odwagą dobywał z kieszeni chusteczkę do nosa, gdy z państwowych ust leciały na niego wściekłe krople śliny. I jeśli teraz napisze coś na prośbę Seleny, to nie za chłodny basen i na pewno nie za pieniądze, za które, jak wiadomo, można skrzynkami kupować gin Beefeater, a beczkami marynowane minogi. Jeśli napisze, to tylko z jednego powodu:
zakochał się w tej młodej przywódczyni chrześcijańskich bojowników, zakochał się jak chłopak i gotów był jej wierzyć (komuś trzeba wierzyć) i pomagać. Wierzyć i pomagać.
— Wiktorze! — z werandy rozległ się jej dźwięczny głosik. — Strasznie nie lubię wchodzić do wody w stroju kąpielowym. Nie będzie cię szokowała moja nagość?
Tak, jej próby urzeczenia go były po wojskowemu proste, ale było też w tym coś naiwnego, dziecinnego, wzruszającego. Wiktor chciał wyjaśnić, jak będzie działać na niego jej nagość, ale rozmyślił się i powiedział co innego:
— Nie, dziewczyno, szokować na pewno nie będzie. W swoim życiu widziałem już parę nagich kobiet. Choć jestem pewien, że nie były tak piękne jak ty.
Selena zbiegła po stopniach i na mgnienie oka zamarła na brzegu w zachwycająco naturalnej pozie. Nie, nie jak tancerka na scenie ani jak fotomodelka przed obiektywem — już prędzej jak dzika sarna, która wybiegła z lasu do wodopoju. Tak pełne gracji były jej ruchy, tak rzeźbiarsko dokładny kontur jej ciała. Selena uśmiechała się. Uśmiechała się zarówno do zachodzącego słońca, jak i do chłodnej wody. Do Wiktora uśmiechała się również i rzecz jasna zdawała sobie sprawę ze swojej urody, swojej doskonałości.
Radosny krzyk, pluśnięcie, wachlarz tęczowych kropel i oto już zwinne, silne ciało rusałki przemknęło pod nim i pojawiło się znowu na powierzchni, blisko, zupełnie blisko…
Tak, była dzikuską. Całkowity brak zakłopotania i jakichkolwiek kompleksów. Wiktor miał już okazję widzieć takie kobiety, ale u tamtych była to sprawa doświadczenia, czasem zawodowego. Selena miała to od Boga.
Nie oddam nikomu tej zachwycającej dziewczyny! — pomyślał nagle Wiktor. Ani czerwonym, ani brązowym, ani zielonym, ani czarnym, ani Beduinom, ani tym młodym specnazowcom w safari. Nie oddam, dlatego że ją kocham, dlatego że jest lepsza od nich wszystkich razem wziętych, dlatego że trzeba z niej koniecznie ulepić prawdziwego człowieka… A może po prostu nie wolno tyle pić mrożonego daiąuiri, szczególnie po fińskiej mentolówce?
— Posłuchaj, czy my jesteśmy fokami? — szepnął do niej w trakcie niezwykłej, ale bardzo przyjemnej krzątaniny pod wodą. — Chodźmy na górę, chcę być z tobą tam, w tym białym pokoju…
— Ja też — westchnęła Selena. — Płyniemy…
4
Zbudziło ich stuknięcie w okno. ocalało. Potem rozległ się głos: — Czołgi w mieście!
Ktoś rzucił kamyczek, a może szyszkę. Szkło w każdym razie…