Oko czasu [Time's Eye - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Серия: Odyseja czasu #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Vis-
- ISBN: 978-83-61516-00-2
- Переводчик: Stefan Baranowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Oko czasu [Time's Eye - pl]». Краткое содержание книги:
Josh sączył lemoniadę.
— Więc co? Ruddy powiedział:
— Kiedy miałem pięć lat, wysłano mnie do przybranych rodziców w Southsea. Oczywiście jest to normalna praktyka, bo jeśli jesteś emigrantem, chcesz, żeby twoje dzieci wychowywały się w starym kraju. Ale mając pięć lat, nic o tym nie wiedziałem. Znienawidziłem to miejsce, jak tylko się tam zjawiłem. Lorne Lodge, Dom Pustki! — w istocie rzeczy, byłem tam regularnie karany za straszliwą zbrodnię bycia sobą. Razem z siostrą pocieszaliśmy się, bawiąc się w Robinsona Crusoe, ale nigdy nie śniłem, że pewnego dnia zostanę Robinsonem Crusoe w czasie! Zastanawiam się, gdzie jest teraz biedna Trix… Ale to, co mnie w tamtej sytuacji najbardziej bolało, to fakt, że zostałem porzucony — tak to wtedy odbierałem — zdradzony przez rodziców i pozostawiony w tym opuszczonym miejscu, pełnym udręki i bólu.
— I tak też jest tutaj — powiedział w zamyśleniu Josh.
— Kiedyś porzucili mnie rodzice — gorzko powiedział Ruddy. — A teraz porzucił nas sam Bóg.
Wszyscy na chwilę zamilkli. Pod świecącymi na niebie obcymi gwiazdami noc wydawała się ich przytłaczać swoim ciężarem. Od chwili Nieciągłości Bisesa jeszcze nigdy nie czuła się tak opuszczona i zatęskniła za Myrą.
Abdikadir powiedział łagodnie:
— Ruddy, rodzice chcieli dla ciebie jak najlepiej, prawda? Tylko nie wiedzieli, że tak to odbierasz.
Josh powiedział:
— Sugerujesz, że ten, kto jest odpowiedzialny za to, co się stało ze światem — Bóg czy nie — w rzeczywistości chce dobrze?
Abdikadir wzruszył ramionami.
— Jesteśmy ludźmi, a świat został odmieniony przez siły najwyraźniej nadludzkie. Dlaczego mielibyśmy oczekiwać, że zrozumiemy motywy, jakie nimi kierowały?
Ruddy powiedział:
— W porządku. Ale czy ktokolwiek z nas naprawdę wierzy, że ta ingerencja wynikała z życzliwości?
Nikt nie odpowiedział.
14. Ostatnie okrążenie
Nagle okazało się, że to już ich ostatnie okrążenie, może w ogóle ostatnia orbita, po jakiej ludzie okrążali Ziemię, pomyślał Kola w przypływie nostalgii. Ale niezbędne przygotowania nie uległy zmianie i wyszkolenie całej trójki kazało im zacząć pracować razem tak efektywnie, jak musieli, od początku tej osobliwej przygody. W rzeczywistości Kola podejrzewał, że wszystkich cieszyła dobrze znana rutyna.
Pierwszym zadaniem było przeniesienie do przedziału mieszkalnego wszystkich śmieci, w tym większą część zawartości ich zestawu ratunkowego, który już został zużyty. Ale Sabie zapakowała do modułu powrotnego wygrzebany przez siebie sprzęt radioamatorski, bo mógł się przydać po wylądowaniu.
Teraz trzeba było się odpowiednio ubrać. Po kolei wchodzili do przedziału mieszkalnego. Kola najpierw włożył elastyczne spodnie, na tyle obcisłe, aby powodowały przemieszczanie się płynów ustrojowych w kierunku głowy, co powinno pomóc, by nie zemdlał po lądowaniu — rzecz nieoceniona, lecz wielce niewygodna. Następnie założył właściwy skafander. Najpierw musiał wsunąć nogi w otwór znajdujący się w części brzusznej. Warstwa wewnętrzna, wykonana z mocnego, elastycznego materiału, była hermetyczna, a warstwa zewnętrzna, wykonana z wytrzymałej, syntetycznej tkaniny, była zaopatrzona w zamek błyskawiczny i kieszenie z klapkami. W obecności siły ciążenia takiego zestawu prawie nie dałoby się założyć bez pomocy załogi naziemnej. Ale tutaj wiercił się, aż trafił nogami we właściwe miejsce, ręce wsunął w rękawy i wszystko pasowało jak ulał. Przywykł do tego stroju, który nawet przesiąkł jego zapachem, a w wypadku katastrofy mógł uratować mu życie. Ale po okresie swobody w stanie nieważkości czuł się, jak gdyby go zamknięto w oponie samochodowej.
Kiedy się ubrał, wgramolił się z powrotem do modułu powrotnego. Przypięli się wszyscy troje. Musa kazał im założyć hełmy i rękawice, po czym sprawdził ciśnienie w skafandrach.
Po raz ostatni Sojuz przeleciał nad Indiami i ich sygnał radiowy dotarł do Jamrud. Mały głośnik, który Sabie podłączyła do swego radia, nagle ożył.
— …Othic wzywa Sojuz, zgłoście się. Sojuz, Othic, zgłoście się…
Musa odpowiedział:
— Tu Sojuz, Casey. Jaka dziś u was pogoda?
— Leje jak z cebra. Ale co z wami? Musa zerknął na swoją załogę.
— Jesteśmy przypięci tak mocno, że nie możemy się ruszać. Systemy sprawdzone i sprawne, mimo dodatkowego czasu, jaki spędziliśmy na orbicie. Jesteśmy gotowi do zejścia.
— Ten Sojuz to twardy stary drań.
— O tak. Będzie mi przykro się z nim pożegnać.
— Musa, rozumiesz, że nie mamy możliwości śledzenia was. Nie będziemy wiedzieli, gdzie wylądujecie.
— Wiemy, gdzie jesteście — powiedział Musa. — Znajdziemy was, przyjacielu.
— Jeśli Bóg i Karol Marks pozwolą.
Nagle Kola poczuł, że nie chce przerwać z nimi kontaktu. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że Casey i jego ludzie to po prostu jeszcze jedna garstka rozbitków, zagubionych i bezradnych jak oni sami. Ale Casey był przynajmniej głosem dwudziestego pierwszego wieku dochodzącym do nich z ziemi; było tak, jakby znów dotknęli domu.
— Chcę coś powiedzieć. — Musa położył dłoń na panoramicznym hełmofonie. — Casey, Bisesa, Abdikadir — oraz Sabie i Kola — wszyscy. Jesteśmy daleko od domu. Wyruszyliśmy w podróż, której natury nie potrafimy zrozumieć. I wydaje się jasne, że ten nowy świat składający się ze skrawków wyciętych z przestrzeni i czasu nie jest naszym światem: składa się z fragmentów Ziemi, ale nie jest Ziemią. Myślę więc, że nie powinniśmy nazywać tego nowego świata naszym światem, „Ziemią”. Potrzebujemy nowej nazwy.
Casey powiedział:
— Na przykład?
— Już o tym myślałem — powiedział Musa. — Mir. Powinniśmy tę nową planetę nazwać Mir.
Sabie zarechotała.
— Chcesz nazwać planetę imieniem starej rosyjskiej stacji kosmicznej?
Ale Kola powiedział:
— Rozumiem. W naszym języku słowo „mir” znaczy zarówno „świat”, jak i „pokój”.
— Nam, tu na dole, to się podoba — powiedział Casey.
— Więc niech będzie Mir — powiedział Musa. Sabie wzruszyła ramionami.
— Jak chcecie — powiedziała z okrucieństwem w głosie. — Więc chcesz nazwać świat, Musa. Ale jakie znaczenie ma nazwa?
Kola mruknął:
— Wiecie, zastanawiam się, gdzie bylibyśmy my wszyscy, gdybyśmy nie znaleźli się właśnie w tym obszarze nieba, właśnie w tej chwili.
Casey powiedział:
— To zbyt skomplikowane dla kogoś takiego jak ja. Nawet nie potrafię zasłonić… szyi… deszczem.
Musa zerknął na Kolę.
— Tracimy wasz sygnał.
— Tak… my też… już nie…
— Tak. Na razie, Casey…
— …witajcie z powrotem. Witajcie w nowym domu, witajcie na Mirze!… Sygnał zanikł.
15. Nowy świat
Niedługo przed świtem Bisesa i Abdikadir poszli do wraku helikoptera. Padający przez całą noc deszcz nie słabł ani na chwilę i błotnisty plac apelowy był usiany maleńkimi kraterami. Abdikadir na chwilę ściągnął kaptur swojego ponczo i wystawił twarz na deszcz, próbując poczuć jego smak.
— Słony — powiedział. — Tam przewalają się potężne burze. Przy boku strąconego helikoptera ustawiono przybudówkę.
Skuleni pod namiotem Casey i Brytyjczycy byli tak ochlapani błotem, że wyglądali, jakby sami byli uformowani z ziemi. Ale Cecil de Morgan miał na sobie zwykły strój i jeśli nie liczyć paru plam, wyglądał niemal elegancko. Bisesa nigdy nie czuła do niego sympatii, ale podziwiała opór, jaki stawiał naturze.