W Pogoni Za Rozumem
- Автор: Филдинг Хелен
- Серия: Bridget Jones (pl) #2
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «W Pogoni Za Rozumem». Краткое содержание книги:
15.00.
Pan Darcy ciągle nie dzwoni.
18.05.
Jeszcze nie zadzwonił. Co ja mam robić? Nawet nie wiem, gdzie się spotykamy.
18.15.
Nie dzwoni. Może jego dziewczyna odmówiła wyjścia do sklepu. Może przez cały weekend uprawiali seks i zajadali się lodami włoskimi, i śmieją się ze mnie za moimi plecami.
18.30.
Jude nagle się obudziła i przyłożyła palce do czoła.
– Musimy lecieć – powiedziała dziwnym, mistycznym głosem.
– Zwariowałaś? – syknęła Sharon. – Lecieć? Odbiło ci?
– Nie – odparła zimno Jude. – Telefon nie dzwoni, bo skupia się na nim zbyt dużo energii.
– Pśśś – parsknęła Sharon.
– Poza tym zaczyna tu śmierdzieć. Musimy posprzątać, żeby umożliwić przepływ energii, a potem pójść na Krwawą Mary – powiedziała, spoglądając na mnie kusząco. Parę minut później byłyśmy już na zewnątrz, mrugając w nieoczekiwanie wiosennej szarówce. Rzuciłam się gwałtownie z powrotem do drzwi, ale Shazzer złapała mnie za rękę.
– Idziemy. Na. Krwawą. Mary – syknęła, ciągnąc mnie przez ulicę jak jakiś potężny policjant. Czternaście minut później byłyśmy w domu. Popędziłam do telefonu i zamarłam. Migała lampka na sekretarce.
– A widzicie – powiedziała Jude potwornie mądrym tonem. – A widzicie. Trzęsącymi się rękami, jakby to był niewypał, Shazzer przycisnęła guzik NOWA WIADOMOŚĆ.
– Cześć, Bridget, mówi Colin Firth. – Odskoczyłyśmy jak oparzone. To był pan Darcy. Ten sam bajerancki, głęboki, luzacki głos, którym w BBC oświadczał się Elizabeth Bennet. Bridget. Ja. Pan Darcy powiedział „Bridget”. Na mojej sekretarce. – Zdaje się, że w poniedziałek przyjeżdżasz do Rzymu, żeby przeprowadzić ze mną wywiad – ciągnął. – Dzwonię, żeby się umówić. Jest taki plac, który się nazywa Piazza Navona, łatwo go znaleźć, jadąc taksówką. Spotkajmy się o 16.30 koło fontanny. Miłej podróży.
– 1471,1471 – wybełkotała Jude.- 1471, szybko, szybko. Nie, wyjmij kasetę, wyjmij kasetę!
– Oddzwoń! – wrzasnęła Sharon jak esesman oprawca. – Oddzwoń i poproś, żebyście się spotkali w fontannie. O Jezuniu.
Telefon zadzwonił znowu. Stałyśmy jak głupie, z rozdziawionymi ustami. Po chwili rozległ się głos Toma:
– Cześć, ślicznotki! Mówi pan Darcy. Dzwonię tylko, żeby spytać, czy ktoś mógłby ze mnie zdjąć tę mokrą koszulę.
Shazzer nagle otrząsnęła się z transu.
– Przerwijcie mu, przerwijcie mu! – krzyknęła, rzucając się do słuchawki. – Zamknij się, Tom, zamknij się, zamknij się. Ale było już za późno. Moje nagranie z głosem pana Darcy’ego mówiącego „Bridget” i proszącego mnie o spotkanie w Rzymie przy fontannie zostało stracone już na zawsze. I nikt na całym świecie nie może tego odwrócić. Nikt. Nikt.
Rozdział szósty
21 kwietnia, poniedziałek
56,5 kg (tłuszcz spalony w wyniku podniecenia i strachu), jedn. alkoholu 0: wspaniale (ale jest dopiero 7.30 rano), papierosy 4 (bdb).
7.30.
Fantastycznie przygotowywać się do podróży, kiedy ma się jeszcze tyle czasu. Jak jest to napisane w Drodze rzadziej uczęszczane], istoty ludzkie mają umiejętność rozwoju i zmiany. Wczoraj wieczorem wpadł Tom i przepytał mnie z pytań. Jestem więc całkiem nieźle przygotowana, chociaż szczerze mówiąc, opracowując pytania, byłam nieco wstawiona.
9.15.
Właściwie to mam jeszcze mnóstwo czasu. Każdy wie, że kiedy biznesmeni śmigają między europejskimi lotniskami, pojawiają się czterdzieści minut przed odlotem, i tylko z walizeczką z nylonowymi koszulami. Samolot jest o 11.45. Muszę być na Gatwick o 11, więc złapię pociąg z Yictorii o 10.30 i metro o 10.00. Super.
9.30.
A jak na przykład nie wytrzymam i go pocałuję? Poza tym mam za ciasne spodnie i brzuch będzie mi sterczał. Chyba się przebiorę. Może też wezmę ze sobą przybory toaletowe, żeby się odświeżyć przed wywiadem.
9.40.
Nie do wiary, że zmarnowałam tyle czasu na pakowanie przyborów toaletowych, skoro najważniejsze to ładnie wyglądać po przyjeździe. Moje włosy wyglądają zupełnie idiotycznie. Będę musiała znowu je zmoczyć. Gdzie paszport?
9.45.
Jedyny problem – nie mogę unieść walizki. Może zredukuję zawartość kosmetyczki z przyborami toaletowymi do szczoteczki do zębów, pasty, płynu do płukania ust, mleczka do demakijażu i kremu nawilżającego. Muszę jeszcze wyjąć z mikrofalówki 3500 funtów i zostawić dla Gary’ego, żeby mógł zacząć zbierać materiały na nową pracowniosypialnię i taras na dachu! Hurra!
9.50.
Bosko. Zamówiłam minitaksówkę. Będzie za dwie minuty.
10.00.
Gdzie jest ta taryfa?
10.05.
Gdzie, do kurwy nędzy, jest ta taryfa?
10.06.
Zadzwoniłam do firmy taksówkowej. Mówią, że srebrny cavalier stoi przed domem.
10.07.
Srebrny cavalier nie stoi przed domem ani nigdzie w pobliżu.
10.08.
Facet z firmy mówi, że srebrny cavalier w tej chwili to już na pewno wjeżdża na moją ulicę.
10.10.
Ciągle nie ma tej taksówki. Pieprzona, pieprzona taksówka i wszyscy jej… Aaa. Jest. Och, kurwa, gdzie klucze?
10.15.
Już siedzę w taksówce. Na pewno kiedyś pokonałam tę trasę w piętnaście minut.
10.18
Aaa. Taksówka ni z tego, ni z owego wjechała na Marylebone Road – z niewiadomego powodu decydując się na wycieczkę krajoznawczą po Londynie, zamiast jechać na Victorię. Siłą woli powstrzymuję się, żeby nie rzucić się na kierowcę, zabić go i zjeść.
10.20.
Z powrotem jedziemy normalną trasą, tzn. już nie kierujemy się w stronę Newcastle, ale panują straszne korki. Teraz w Londynie korki są na okrągło.
10.27.
Ciekawe, czy możliwe jest dojechanie w jedną minutę z Marble Arch do Gatwick Express?
10.35.
Victoria. OK. Spokojnie, spokojnie. Pociąg odjechał beze mnie. Ale jeżeli złapię ten o 10.45, to będę miała jeszcze pół godziny do odlotu. A poza tym lot pewnie będzie opóźniony.
10.40.
Ciekawe, czy zdążę kupić na lotnisku nowe spodnie? Zresztą nie zamierzam się tym denerwować. W samotnym podróżowaniu cudowne jest to, że można udawać kogoś innego, być bardzo eleganckim i w stylu zeń, i nikt cię nie zna.
10.50.
Wolałabym nie wyobrażać sobie ciągle, że paszport wypadł mi z torby i że muszę wracać do domu.
11.10.
Pociąg z jakiegoś powodu się zatrzymał. Nagle wszystkie te dodatkowe zabiegi pielęgnacyjne, jakie wykonałam, np. położenie dodatkowej warstwy lakieru na paznokcie u nóg, wydają się zupełnie bez znaczenia w porównaniu z tym, że mogę w ogóle nie dojechać na miejsce.
11.45.
Nie mogę w to uwierzyć. Samolot odleciał beze mnie. Południe. Dzięki Bogu, panu Darcy’emu i wszystkim aniołom w niebiesiech. Okazuje się, że za godzinę i czterdzieści minut mogę lecieć innym samolotem. Zadzwoniłam do agentki, która powiedziała, że nie ma sprawy, przełoży spotkanie na dwie godziny później. Super, pobuszuję po sklepach na lotnisku.
13.00.
B. zadowolona z zakupu falującej, szyfonowej sukienki w różyczki, chociaż uważam, że powinni je szyć tak, żeby dobrze się układały na tyłku. Cudowne są te sklepy na lotnisku. Sir Richard Rogers, Terence Conran i im podobni zawsze narzekają, że lotniska przemieniły się w wielkie centra handlowe, ale ja myślę, że to dobrze. Może napiszę o tym w swoim następnym wywiadzie z samym sir Richardem, jeśli nie z Billem Clintonem. Jeszcze tylko przymierzę bikini.