Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 163
Перейти на страницу:

– No i co ci chciał powiedzieć w cztery oczy? – nie patrzyłem na nią, myśli, zaciskałem zęby. – Coś o mnie, coś przeciwko mnie?

– Nie, nie o tobie, raczej o mnie – głos jak miauknięcie kota, myśli. – Zaskoczył mnie, nie wiedziałam, co powiedzieć.

– No ale co ci powiedział – mruknął Santiago.

– Że się we mnie zakochał – jak skomlenie Batuque, kiedy był szczeniakiem, myśli.

– W alei Arequipa, we wrześniu, o siódmej wieczorem – mówi Santiago. – Dobrze wiem, Ambrosio, to właśnie wtedy.

Wyjął ręce z kieszeni, podniósł do ust, chuchnął i starał się uśmiechnąć. Zobaczył, że Aida rozkłada ręce, zatrzymuje się, waha, szuka w pobliżu ławki, widział, jak usiadła.

– To ty o tym dotąd nie wiedziałaś? – powiedział Santiago.,- A jak myślisz, czemu zaproponował właśnie taki podział kółka?

– Bo dawaliśmy zły przykład, bo byliśmy czymś w rodzaju frakcji i inni mogli nam to mieć za złe, i ja mu uwierzyłam – głos miała bardzo niepewny, myśli. I że to przecież nic nie zmieni i chociaż będziemy w różnych grupach, to między nami trojgiem będzie tak jak dawniej. Ja mu uwierzyłam.

– Chciał być z tobą sam – powiedział Santiago. – Każdy inny zrobiłby to samo na jego miejscu.

– Ale ty się obraziłeś i już nie szukałeś naszego towarzystwa – zaniepokojona i przede wszystkim zmartwiona, myśli. – i już nie chodziliśmy razem, i nic już nie było tak jak przedtem.

– Nie obraziłem się, wszystko jest jak dawniej – powiedział Santiago. – Po prostu zdałem sobie sprawę, że Jacobo chce być z tobą i że ja jestem niepotrzebny. Ale zawsze jesteśmy przyjaciółmi, tak jak kiedyś.

To kto inny mówił, myśli, nie ty. Teraz już trochę mocniejszym głosem, bardziej naturalnym, Zavalita: to nie on, to nie mógł być on. Wszystko rozumiał, wyjaśniał, doradzał z wysokości swego niezaangażowania i myślał to nie jestem ja. On to było coś maleńkiego i storturowanego, coś, co kurczyło się pod brzmieniem jego głosu, coś, co się wymykało, biegło, rzucało do ucieczki. Nie ambicja, nie rozpacz, nie upokorzenie, myśli, i nawet nie zazdrość. Myśli: to była nieśmiałość. Ona go słuchała nieruchoma, obserwowała go z wyrazem twarzy, którego nie umiał i nie chciał zrozumieć, i nagle wstała i milcząc szli dalej jeszcze kawałek, a tymczasem tamte noże, uparte, bezgłośne, dokonywały dalszej rzezi.

– Nie wiem, co robić, czuję się zakłopotana, mam wątpliwości – powiedziała w końcu Aida. Dlatego do ciebie zadzwoniłam, tak sobie nagle pomyślałam, że mi możesz pomóc.

– A ja wtedy zacząłem o polityce – mówi Santiago. – Masz pojęcie?

– Właśnie tak – powiedział don Fermín. – Opuścić ten dom i Limę, zniknąć. Nie o sobie myślę, ty biedny głupcze, tylko o tobie.

– Ale jak ty to rozumiesz – jakby się dziwiła, myśli, jakby się czegoś przestraszyła.

– Chodzi mi o to, że miłość robi z człowieka indywidualistę – powiedział Santiago. – I nic go już wtedy tak nie obchodzi jak miłość, nawet rewolucja.

– Przecież sam mówiłeś, że te dwie sprawy wcale się nie wykluczają – mówiła cicho, z naciskiem, myśli. – A teraz uważasz, że tak? A skąd możesz wiedzieć, czy sam się kiedyś nie zakochasz?

– Nic nie uważałem, nic nie wiedziałem – mówi Santiago. – Odejść, uciec, zniknąć.

– Ale dokąd, don – powiedział Ambrosio. – Pan mi nie ufa, don, pan mnie wyrzuca.

– W takim razie to nieprawda, że się wahasz, w takim razie ty też jesteś w nim zakochana – powiedział Santiago. – Może w wypadku was dwojga te dwie sprawy się nie wykluczają. A poza tym to dobry chłopak.

– Wiem, że dobry – powiedziała Aida. – Ale nie wiem, czy go kocham.

– Ależ tak, i to też zauważyłem – powiedział Santiago. – I nie tylko ja, wszyscy w naszym kole. Powinnaś go przyjąć, Aida.

Nalegałeś, Zavalita, to świetny chłopak, szarżowałeś, Zavalita, Aida jest w nim zakochana, żądałeś tego od niej, będzie wam bardzo dobrze ze sobą, i powtarzałeś to w kółko, a ona słuchała w drzwiach swego domu, milcząca, ze skrzyżowanymi ramionami: zastanawiając się nad głupotą Santiago? ze zwieszoną głową: mierząc wielkość jego tchórzostwa? Czy naprawdę chciała ode mnie rady, myśli, a może wiedziała, że ją kochasz, i chciała sprawdzić, czy się ośmielisz jej to powiedzieć? Co by było, gdybym ja, myśli, co by było, gdyby ona. Myśli: ach, Zavalita.

A może to wtedy, na drugi dzień czy w tydzień, w miesiąc potem, jak zobaczył Aidę i Jacoba idących pod rękę przez Colmena, wtedy kiedy dowiedzieli się, że Washington rzeczywiście jest tym upragnionym kontaktem? W kole nie było prawie komentarzy na ten temat, tylko Washington rzucił jakiś żart, ot, macie, tamtych dwoje, w drugim kółku, uwiło sobie gniazdko, co za romantyczna historia, i tak po cichutku, i tylko przelotna uwaga Ave: świetnie, dobrana para. Nie było czasu na nic więcej: zbliżały się wybory na uczelni i zbierali się co dzień, dyskutowali na temat kandydatów, którzy mieli być zgłoszeni do Zrzeszenia Studentów, mówili o tym, jakie powiązania są do przyjęcia i jakie listy będą popierać, i o ulotkach i afiszach rozlepianych na ścianach, a pewnego dnia Washington zwołał zebranie obu kół razem w mieszkaniu Ave i wszedł do domku w dzielnicy Rimac szeroko uśmiechnięty: mam coś dla was, mówię wam, dynamit. „Cahuide”, myśli. Myśli: Organ Peruwiańskiej Partii Komunistycznej. Siedzieli stłoczeni, papierosowy dym przesłaniał odbitki z powielacza, które wędrowały z rąk do rąk, drażnił oczy. „Cahuide”, kartki, które czytali zachłannie, Organ, raz i drugi,

Peruwiańskiej Partii Komunistycznej, i patrzyli w stanowczą twarz Indianina ubranego w chullo, poncho i skórzane sandały, i na jego wzniesioną do walki pięść, i znowu na sierp i młot pod nagłówkiem. Przeczytali wszystko głośno, skomentowali, przedyskutowali, zasypywali pytaniami Washingtona, a potem zabrali odbitki do d«mu. Zapomniał o swoich urazach, o braku wiary, frustracji, obawie, zazdrości. Więc to nie była legenda, partia nie zniknęła z nadejściem dyktatury: istniała. To nic, że Odria, istnieli też jej członkowie, mężczyźni i kobiety, to nic, że Cayo Bermúdez, zbierali się potajemnie, tworzyli coraz nowe komórki, to nic, że szpicle i zesłania, drukowali „Cahuide”, to nic, że więzienia i tortury, i przygotowywali Rewolucję. Washington znał tych ludzi, wiedział, gdzie się znajdują i co robią, i wtedy pomyślałem ja też, myśli, ja też wstąpię, tego wieczoru, gdy gasił lampę przy łóżku, a coś groźnego, ale jeszcze wtedy pełnego wzniosłości, niepokojąco płonęło w ciemnościach, płonęło nawet, kiedy spał: wtedy?

VII

– Siedział za kradzież czy zabójstwo, a może dlatego, że go wrobili w sprawę jakiegoś innego faceta – powiedział Ambrosio. – Niechby zdechł w tym więzieniu, tak mówiła Murzynka. Ale oni go wypuścili i wtedy go poznałem. Tylko raz w życiu go widziałem, don.

– Wzięliście ich dane? – powiedział Cayo Bermúdez. – Wszyscy są apristami? Ile razy już wpadali?

– O, o, leci – powiedział Trifulcio. – O, o, coraz niżej. Było południe, promienie słońca padały prostopadle na piasek, ptak o przekrwionych oczach i czarnym upierzeniu polatywał nad nieruchomymi wydmami. Zataczał koła zniżając się, ze złożonymi skrzydłami, z wyciągniętym dziobem; dygocąca iskra na pustkowiu.

– Piętnastu było w naszych kartotekach – powiedział prefekt. – Dziewięciu apristów, trzech komunistów, trzech niepewnych. Pozostała jedenastka pierwszy raz. Nie, don Cayo, jeszcze nie brano danych personalnych.

Iguana? Dwie oszalałe łapki, maleńki, podłużny obłoczek skłębionego piasku, nitka płonącego kurzu, pełznąca niewidzialna strzała. Ptak szybko i miękko opadł ku ziemi, schwytał dziobem jaszczurkę, uniósł, uśmiercił wzbijając się w powietrze, a potem pożarł z wolna, kawałek po kawałku, ani na chwilę nie wstrzymując swego lotu w górę, w czyste, rozpalone, letnie niebo, i tylko oczy zamknął przed żółtymi pociskami, które słońce wysyłało mu na powitanie.

1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)