Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Pan był zazdrosny o swego przyjaciela – mówi Ambrosio.
– A zazdrość to najgorsza trucizna.
– Z Jacobem działo się to samo co ze mną-mówi Santiago.
– Ale nie pokazywaliśmy tego po sobie, ani ja, ani on.
– On też pewno czasem marzył o czarodziejskiej różdżce, żeby móc się pana pozbyć i zostać z dziewczyną – śmieje się Ambrosio.
– Był moim najlepszym przyjacielem – mówi Santiago. – Nienawidziłem go, a jednocześnie kochałem i podziwiałem.
– Nie powinieneś być takim sceptykiem – powiedział Jacobo. – To typowo burżuazyjne: wszystko albo nic.
– Nie jestem sceptykiem – mówił Santiago. – Ale my tylko gadamy i gadamy, i kręcimy się w miejscu.
– To prawda, jak dotąd była sama teoria – rzekła Aida. – Powinni byśmy zacząć coś robić, nie tylko dyskutować.
– Sami nie możemy powiedział Jacobo. – Najpierw trzeba nawiązać kontakt z postępowymi elementami na uczelni.
– Już dwa miesiące studiujemy, a nikogo takiego nie spotkaliśmy – powiedział Santiago. – Jeszcze trochę, a przestanę wierzyć w ich istnienie.
– Muszą być ostrożni, to całkiem logiczne-rzekł Jacobo. – Wcześniej czy później, ujawnią się na pewno.
I rzeczywiście pokazali się, zamknięci w sobie, nieufni, zagadkowi, ujawniali się z wolna, po trochu, jak ledwo uchwytne cienie: jesteście na pierwszym roku literatury, prawda? W przerwach między wykładami siadali zwykle na ławce w patío, wyglądało, że robią zbiórkę pieniędzy na jakiś cel, albo kręcili się wokół zbiornika z wodą na wydziale prawa, zbierali na kupno materacy dla aresztowanych studentów i podczas tych zbiórek wymieniali zawsze parę słów ze słuchaczami innych wydziałów, aresztowanych trzymają w lochach więzienia karnego, śpią na gołej ziemi, i w tych szybkich, ukradkiem wymienianych zdaniach, za zasłoną nieufności i podejrzliwości – czy nikt dotąd im nie mówił o zbiórce pieniędzy? – dostrzegali albo też sądzili, że dostrzegają ostrożne wybadywanie poglądów rozmówcy; nie było w tym nic zpo-lityki, tylko dyskretny sondaż, chodzi o humanitarną akcję, no i nie zobowiązujące wskazówki, żeby się przygotowali do czegoś, co ma nastąpić, to nawet sprawa chrześcijańskiego miłosierdzia, albo znów skryte wezwanie, żeby w ten sam zakamuflowany sposób okazać, że i na nas można polegać: czy moglibyście dać choćby jednego solą? Pojawiali się samotni i ledwo zauważalni na dziedzińcach San Marcos, podchodzili, żeby chwilę pogadać na obojętny temat, znikali na dłuższy czas i nagle znów się zjawiali, serdeczni, ale dalecy, z tym samym wyrazem uśmiechniętej rezerwy na tych samych twarzach: indiańskich, metyskich, chińskich, murzyńskich, z tymi samymi wieloznacznymi słówkami wymawianymi z prowincjonalnym akcentem, i zawsze w tych samych zniszczonych i spłowiałych ubraniach i w starych butach; czasami z jakąś książką albo pismem pod pachą. Co studiowali, skąd pochodzili, jakie były ich imiona, z czego się utrzymywali? I oto błyskawica na pochmurnym niebie, ów chłopak z wydziału prawa to jeden z tych, co zamknęli się w San Marcos podczas rewolty Odrii, nagły przypływ zwierzeń w jednej chwili łamał tok nijakich rozmów, zabrali go i w więzieniu robił strajk głodowy, rozmowa zaczynała ich rozpalać, ogarniała ich gorączka, wypuścili go zaledwie przed miesiącem, i te rewelacje, te odkrycia – a znowu tamten to delegat wydziału ekonomii z czasów, kiedy działały Zrzeszenie Studentów i Federacja Uniwersytecka – budziły w nich pełne niepokoju podniecenie – to było jeszcze zanim rozpadły się organizacje studenckie, zanim uwięziono przywódców – budziły zażartą ciekawość.
– Specjalnie się spóźniasz, żeby nie jeść razem z nami, a kiedy już nam robisz ten zaszczyt, to nawet słowa nie powiesz – mówiła señora Zoila. – Obcięli ci język w tym San Marcos?
– To, co ten mówił, było skierowane przeciw Odrii i przeciw komunistom – powiedział Jacobo. – To chyba aprista, nie? Jak myślicie?
– Udaje niemowę, bo chce być taki strasznie interesujący – powiedział Chispas. – Geniusze nie tracą czasu na rozmowy z głupcami, prawda, mądralo?
– Ile dzieci ma panienka Teté? – mówi Ambrosio. A par ile, paniczu?
– To raczej trockista, bo wyrażał się dobrze o Lechinie – oświadczyła Aida. – Sami mówiliście, że Lechin to trockista?
– Teté ma dwoje, ja nie mam dzieci-mówi Santiago. – Nii chciałem być ojcem, ale może kiedyś się namyślę. W takie sytuacji jak teraz to byłby tylko kłopot.
– Wyglądasz, jakbyś ciągle spał, a oczy masz jak zarzynan; baran – powiedziała Teté. – Może się zakochałeś w której: z tych dziewczyn z San Marcos?
– Ile razy zajrzę, zawsze się u ciebie pali nocna lampki powiedział don Fermín. – Bardzo dobrze, że tyle czytasz, al‹ mógłbyś też być trochę bardziej towarzyski, chudzino.
– Tak, zakochałem się w takiej jednej z warkoczami, c(chodzi boso i mówi tylko językiem keczua – powiedzia Santiago. – Wiesz już teraz?
– Moja stara Murzynka mówiła każde dziecko przynosi z‹ sobą na świat swój kawałek chleba – mówi Ambrosio. – Ja te bym miał całą kupę dzieciaków, mówię panu. Tak mówifc Murzynka, to znaczy moja mamuśka, niech odpoczyws w spokoju.
– Przychodzę zmęczony i dlatego zamykam się u siebie, tato – powiedział Santiago. – W głowie mi nie postało, żeby nit chcieć z wami rozmawiać, nie jestem taki wariat.
– Do ciebie mówić to jak do upartego muła – powiedziafe Teté.
– Nie wariat, ale dziwak – powiedział don Fermín. – Jesteśmy teraz sami, chudzino, bądź ze mną szczery. Mass jakieś kłopoty?
– O, ten to może i należy do partii – powiedział Jacobo. – Dał marksistowską interpretację wydarzeń w Boliwii.
– Nie mam żadnych kłopotów, tato – powiedział Santiago. – Nic mi nie jest, słowo.
– Taki jeden Paneras miał syna w Huacho, to już będzie kupę lat temu, i pewnego dnia żona go rzuciła i więcej jej nie zobaczył – mówi Ambrosio. – Od tego czasu ciągle szuka swego syna. Chce jeszcze przed śmiercią się przekonać, czy syn jest tak samo wredny na gębie jak on.
– No, temu to nie chodzi o wybadanie nas, on chce po prostu pogadać z tobą – rzekł Santiago. – Tylko do ciebie się zwraca, i to z jakim uśmiechem. Podbijasz męskie serca, Aida.
– Ach, ty złośliwcze, ty mieszczuchu – powiedziała Aida.
– Ja to rozumiem, bo też czasem całymi dniami sobie myślę o Amalcie Hortensji – mówi Ambrosio. – Jaka ona będzie i do kogo będzie podobna.
– Uważasz, że to się zdarza tylko mieszczuchom? – powiedział Santiago. – Że rewolucjoniści nigdy nie myślą o kobietach?
– No już dobrze, nie złość się o tego mieszczucha powiedziała Aida. – Człowieku, nie bądź taki drażliwy, to mieszczańskie. Oj, znowu mi się wyrwało.
– Chodźmy na kawę z mlekiem – powiedział Jaco bo. – No już, idziemy.