Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
Rozdział XI
ZAWIĄZEK INTRYGI
Po wizycie u pana de Tréville d’Artagnan bardzo zamyślony wracał do domu okrężną drogą.
O czym to myślał nasz bohater, kiedy nakładał drogi i wpatrywał się w gwiazdy, wzdychając i uśmiechając się na przemian?
Myślał o pani Bonacieux. Dla przyszłego muszkietera młoda kobieta była nieledwie ideałem kochanki. Ładna, tajemnicza, dopuszczona do wszystkich niemal dworskich sekretów, o czym mówiła powaga dodająca szczególnego uroku jej miłej twarzy, nie wydawała się zbyt sroga, co zawsze wabi nowicjusza w miłości; poza tym d’Artagnan uwolnił ją od nicponi, którzy chcieli ją rewidować i wyrządziliby jej krzywdę, a ta przysługa wywołała uczucie wdzięczności, tak łatwo przybierające odcień bardziej tkliwy.
D’Artagnan widział już — tak szybko bowiem mkną marzenia na skrzydłach wyobraźni — jak dogania go wysłannik młodej kobiety i wręcza czuły liścik, złoty łańcuch czy diament. Mówiliśmy już o tym, że młodzi kawalerowie przyjmowali bez wstydu dary od króla. Dodajmy jeszcze, że w owych czasach niezbyt surowej moralności zachowywali się nie inaczej w stosunku do swych kochanek, pozostawiających im niemal zawsze cenne i trwałe pamiątki, jak gdyby trwałością darów chciały przezwyciężyć kruchość swych uczuć.
Bez rumieńca wstydu robiono podówczas kariery przy pomocy kobiet. Te, które były tylko piękne, ofiarowywały swą urodę i stąd zapewne pochodzi przysłowie, że najpiękniejsza w świecie dziewczyna nie może ofiarować więcej, niż posiada. Te, które były bogate, dawały ponadto część swych pieniędzy i można by wyliczyć niemało bohaterów tej rycerskiej epoki, co nie zdobyliby ostróg wpierw i nie wygrali bitew później, bez lepiej lub gorzej wypchanej sakiewki, którą kochanka przyczepiała im do łęku siodła.
D’Artagnan nie posiadał nic; wahania prowincjusza, ów leciutki nalot, nietrwały kwiat, brzoskwiniowy puszek, rozwiały się jak za podmuchem wiatru pod wpływem niezbyt surowych rad, które trzej muszkieterowie dawali przyjacielowi. D’Artagnan, idąc za osobliwym obyczajem czasu, czuł się w Paryżu jak na polu bitwy, i to na polu bitwy we Flandrii: tam Hiszpan, tu kobieta. I tu, i tam trzeba było pokonać nieprzyjaciela i ściągnąć kontrybucję.
Zaznaczmy jednak, że w tej chwili owładnęły d’Artagnana uczucia bardziej szlachetne i bezinteresowne. Kramarz powiedział, że jest bogaty; młodzieniec mógł się domyślić, że przy głupocie pana Bonacieux żona miała klucz od kasy. Ale to wszystko nie wpłynęło ani trochę na uczucia, które wywołał w nim widok pani Bonacieux, a wyrachowanie nie odgrywało niemal roli w początkach tej miłości. Powiadamy: niemal, ponieważ świadomość, że młoda, wdzięczna, piękna i bystra kobieta jest zarazem bogata, nie szkodzi uczuciu; przeciwnie, umacnia je.
Dostatek pozwala na dbałość i kaprysy arystokratyczne, które tak pasują do urody. Cienka i biała pończoszka, jedwabna suknia, koronkowa chustka, zgrabny bucik na nodze, świeża wstążka we włosach nie zmienią brzydkiej kobiety w ładną, lecz ładną mogą uczynić piękną. Nie wspominamy nawet, jak bardzo zyskują na tym ręce; ręce, zwłaszcza u kobiet, muszą być bezczynne, by mogły zachować urodę.
Przy tym d’Artagnan nie był bogaczem. Jak o tym doskonale wie czytelnik, przed którym nie tailiśmy stanu jego fortuny, miał nadzieję, że zostanie nim kiedyś, ale widział tę szczęśliwą chwilę w dość jeszcze dalekiej przyszłości.
Tymczasem jakaż to przykrość nie móc ofiarować kochanej kobiecie tysiąca owych drobnostek, które składają się na jej szczęście! Zresztą kiedy kochanka jest bogata, a kochanek biedny, sama ofiarowuje sobie to, czego on jej dać nie może, a choć za te przyjemności płaci zazwyczaj mąż, rzadko wdzięczność jemu przypada w udziale.
Zresztą d’Artagnan, choć stworzony na najczulszego kochanka, był przecież bardzo oddanym przyjacielem. Wśród miłosnych marzeń, których przedmiotem była żona kramarza, nie zapomniał o swoich druhach. Śliczna pani Bonacieux była kobietą, z którą chętnie by się wybrał na przechadzkę do Saint-Denis[*] lub na jarmark do Saint-Germain w towarzystwie Atosa, Portosa i Aramisa; z dumą pokazałby im swą wybraną. A jako że chodząc długo człowiek nabiera apetytu, co d’Artagnan mógł stwierdzić od niejakiego czasu, urządzano by owe rozkoszne obiadki, kiedy to jednocześnie dotykasz ręki przyjaciela i nóżki kochanki.
Wreszcie, w trudnych chwilach i w groźnych sytuacjach, d’Artagnan byłby wybawcą przyjaciół.
A pan Bonacieux, którego d’Artagnan popchnął w ręce zbirów wypierając go się głośno i przyrzekając po cichu, że go uratuje? Musimy wyznać naszym czytelnikom, że d’Artagnan wcale o tym nie myślał, a jeśli myślał, to jedynie po to, by sobie powiedzieć, że panu Bonacieux jest dobrze tam, gdzie jest. Miłość to najbardziej egoistyczna ze wszystkich namiętności.
Niech się jednak nasi czytelnicy pocieszą: jeśli d’Artagnan zapomina o swym gospodarzu lub udaje, że o nim zapomina pod pozorem, iż nie wie, dokąd go zaprowadzono, my o nim nie zapomnimy i wiemy, gdzie jest. Ale na razie zachowamy się tak jak zakochany Gaskończyk, a do zacnego kramarza powrócimy nieco później.
Rozmyślając o swych przyszłych amorach, przemawiając do nocy, uśmiechając się do gwiazd, nasz bohater szedł ulicą Cherche-Midi[*] czy Chasse-Midi[*], jak ją nazywano podówczas. Ponieważ znajdował się w dzielnicy, gdzie mieszkał Aramis, przyszło mu do głowy, że warto odwiedzić przyjaciela i wyjaśnić mu, dlaczego posłał Plancheta z prośbą, by Aramis zjawił się natychmiast w pułapce. Jeśliby Planchet zastał Aramisa w domu, muszkieter bez wątpienia przybiegłby na ulicę des Fossoyeurs i, znalazłszy tam prawdopodobnie tylko dwóch przyjaciół, nie wiedziałby, podobnie jak i tamci, co to wszystko znaczy. Rzecz wymaga wyjaśnienia — oto co mówił sobie głośno d’Artagnan.
Potem pomyślał, że byłaby to wyborna okazja do rozmowy o ślicznej pani Bonacieux, która jeżeli nawet nie podbiła jego serca, to zawróciła mu w głowie.
Od pierwszej miłości nie należy żądać dyskrecji. Pierwszej miłości towarzyszy tak wielka radość, że musi znaleźć sobie ujście, inaczej cię udusi.
Paryż od dwóch godzin był ciemny i pustoszał coraz bardziej. Wszystkie zegary przedmieścia Saint-Germain wydzwoniły jedenastą; pogoda była piękna. D’Artagnan szedł uliczką znajdującą się tam, gdzie biegnie dziś ulica d’Assas, wdychając wonne powietrze, niesione wiatrem od ulicy Vaugirard i ogrodów odświeżonych wieczorną rosą i nocnym powietrzem. Z daleka, z kilku szynkowni rozrzuconych po równinie, dobiegały śpiewy pijaków tłumione przez grube okiennice. Znalazłszy się przy końcu uliczki d’Artagnan skręcił w lewo. Dom, w którym mieszkał Aramis, znajdował się między ulicą Cassette[*] i ulicą Servandoni.
D’Artagnan przebył już ulicę Cassette i rozpoznał bramę domu przyjaciela tonącą w gąszczu sykomorów i powojów, kiedy ujrzał cień wychylający się z ulicy Servandoni. Ów cień owinięty w płaszcz wydał się d’Artagnanowi zrazu mężczyzną, ale drobne kształty, niepewność ruchów i lękliwy krok wskazywały raczej na kobietę. Zdawało się, że ta kobieta nie wie zbyt dobrze, gdzie znajduje się dom, którego szuka, rozglądała się bowiem wokół, przystawała, cofała się, potem wracała znowu. Wzbudziło to ciekawość d’Artagnana.