Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
Nie znaczyło to, że Abbenay cierpiała na niedostatek energii — turbiny wiatrowe i generatory, wykorzystujące do ogrzewania temperaturę wnętrza ziemi, zapewniały jej pod dostatkiem — jednakże zasada organicznej ekonomii nazbyt zasadniczą odgrywała rolę w funkcjonowaniu społeczeństwa, by nie odciskać się głęboko na etyce i estetyce. „Nadmiar to kał — pisała w swojej Analogii Odo. — Kał zatrzymywany w ciele to trucizna.
Abbenay było od niej wolne — puste, widne miasto (rozsypane niczym garstka soli, można je było całe ogarnąć wzrokiem), jasne, ostre kolory, czyste powietrze. Cisza.
Nic do ukrycia.
Place, surowe ulice, parterowe domy i nie otoczone płotami fabryczne dziedzińce kipiały aktywnością i rozgwarem. Szevek był stale świadom, że obok niego przechodzą, pracują, gawędzą inni ludzie; mijały go twarze, słyszał głosy, rozmowy, śpiewy, ludzie żyli, krzątali się, uwijali. Warsztaty i fabryki otwierały się frontem do placów lub wychodziły na nie ogrodzone dziedzińce. W mijanej hucie szkła ujrzał robotnika, wydmuchującego wielką płynną bańkę z takim spokojem, z jakim kucharz podaje zupę. Obok na ruchliwym dziedzińcu odlewano piankowiec do budowy; brygadzistka, rosła kobieta w ubielonym pyłem fartuchu, nadzorowała wylewanie form głośnym i bujnym potokiem wymowy. Dalej znajdowały się mała druciarnia, dzielnicowa pralnia, pracownia lutnicza, gdzie wyrabiano i reperowano instrumenty muzyczne, dzielnicowa rozdzielnia tysiąca i jeden drobiazgów, teatr, wytwórnia dachówek. Aktywność, wraca w każdym z tych zakładów, fascynowała, toczyła się zaś przeważnie na widoku. Wszędzie dokoła kręciły się dzieci; jedne pracowały razem z dorosłymi, inne lepiły pod nogami przechodniów babki z błota, jeszcze inne bawiły się po prostu na ulicy; jakaś dziewczynka z nosem w książce siedziała na dachu ośrodka kształceniowego. Druciarz udekorował swoją witrynę wykonanymi z kolorowego drutu, wesołymi i ozdobnymi wzorami pnącej latorośli. Z szeroko otwartych drzwi pralni buchał duszny kłąb pary i gwar rozmów. Żadne drzwi nie były zamknięte na klucz, tylko nieliczne przymknięte. Żadnego przebrania, żadnych szyldów. Wszystko leżało jak na dłoni, cały trud, całe życie miasta odkryte dla oczu, wystawione na dotyk rąk. Co pewien czas, hałasując dzwonkiem, przetaczał się ulicą Dworcową tramwaj, nabity pasażerami i obwieszony festonami podróżujących na stopniach ludzi; stare kobiety rozkrzyczały się kłótliwie, gdy nie zwolnił na przystanku, aby mogły wysiąść; jakiś brzdąc ścigał go jak szalony na domowej roboty rowerku na trzech kółkach; na skrzyżowaniach tryskały w górze z przewodów niebieskie elektryczne iskry — jakby ta cicha, sprężona aktywność ulicy wzbierała co pewien czas do rozładowania i przeskakiwała szczelinę trakcji ze zgrzytem, błękitnym trzaskiem, w zapachu ozonu. Na widok abbenajskiego tramwaju radowało się człowiekowi serce.
Ulica Dworcowa kończyła się rozległym, na wszystkie strony otwartym placem z trójkątnym parkiem, porośniętym trawą i drzewami, do którego zbiegało się promieniście jeszcze pięć innych ulic. Większość parków na Anarres stanowiły klepiska o nawierzchni z kurzu albo piasku, z klombikiem krzewów i drzewek holum. Ten był inny. Szevek przeciął pusty chodnik i wszedł do parku; ciągnęło go tam — często oglądał to miejsce na fotografiach — a poza tym pragnął zobaczyć z bliska te obce, urrasyjskie drzewa i przyjrzeć się zieleni ich niezliczonych liści. Słońce chyliło się już ku zachodowi; przestronne i czyste, w zenicie mroczniejące purpurowo, rozpościerało się niebo; przez cienką warstwę atmosfery przeświecała czerń kosmosu. Szevek, baczny i ostrożny, wszedł między drzewa. Czyż to nie marnotrawstwo, tyle zbitych w jedną masę liści? Drzewa holum radziły sobie całkiem nieźle mając tylko igły i kolce, bez tego przerostu. Czy to ekstrawaganckie listowie nie było zwykłym nadmiarem, kałem? Takie drzewa nie mogą rosnąć bez żyznej gleby, ciągłego podlewania, nieustannej troski. Potępiał ich obfitość, rozrzutność. Przechadzał się pod nimi, pośród nich. Obca trawa uginała się miękko pod jego stopami. Przypominało to chodzenie po żywym ciele. Spłoszony, wycofał się na ścieżkę. Drzewa wyciągały nad jego głową swe ciemne członki i rozkładały mnogie szerokie, zielone dłonie. Ogarnęło go uczucie nabożnego lęku. Czuł się tak, jakby mu udzielano błogosławieństwa, choć nie prosił o nie.
Nieco przed nim, w głębi mroczniejącej alejki, ktoś siedział na kamiennej ławce i czytał.
Ruszył wolno w tamtą stronę. Zbliżył się do ławki, przystanął przed nią i przyjrzał się owej postaci; w złoto-zielonym mroku pod drzewami siedziała nad książką z opuszczoną głową kobieta lat pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu, dziwacznie ubrana, uczesana w kok. Lewa dłoń, podpierająca podbródek, niemal zakrywała zaciśnięte usta, prawa przytrzymywała na kolanie kartki. Były ciężkie; ciężka była również zimna, przyciskająca je ręka. Szybko zapadał zmrok, a mimo to kobieta nie odrywała od lektury oczu.
Czytała odbitki szczotkowe Organizmu społecznego.
Szevek przyglądał się przez chwilę Odo, po czym usiadł obok niej na ławce.
Pojęcie statusu społecznego było mu obce, a miejsca na ławce było dużo. Popchnęło go do tego kroku uczucie czystego koleżeństwa.
Przyjrzał się wyrazistemu, smutnemu profilowi i dłoniom, dłoniom starej kobiety. Podniósł wzrok na cieniste gałęzie. Po raz pierwszy w życiu uświadomił sobie, że Odo — której twarz znał od dzieciństwa, której idee zajmowały centralne i trwałe miejsce w jego umyśle oraz w umysłach wszystkich jego znajomych — nigdy nie postawiła stopy na Anarres; żyła, umarła i została pochowana w cieniu drzew o zielonych liściach, gdzieś w niewyobrażalnych miastach, wśród ludzi, mówiących obcymi językami, w innym świecie. Była cudzoziemką — wygnańcem.
W gęstniejących ciemnościach siedział obok posągu, niemal równie milczący jak on.
Uzmysłowiwszy sobie wreszcie, że robi się ciemno, wstał, wyszedł z parku i spytał o drogę do Centralnego Instytutu Naukowego.
Nie było to daleko; dotarł tam wkrótce po włączeniu światła.
Portierka — a może strażniczka — siedziała w ciasnym pomieszczeniu i coś czytała. Musiał zapukać w otwarte drzwi, żeby zwrócić na siebie jej uwagę.
— Szevek — przedstawił się.
Rozmowę z nieznajomym przyjęte było zaczynać od podania imienia — niczym rękojeści, której nieznajomy mógł się uchwycić.
Nie było zbyt wielu takich rękojeści do zaoferowania. Nie używano wszak rang, szarż ani konwencjonalnych zwrotów grzecznościowych.
— Kokvan — odpowiedziała kobieta. — Czy aby nie wczoraj miałeś przyjechać?
— Zmieniono rozkład lotów sterowców towarowych. Znajdzie się jakieś wolne łóżko w którejś noclegowni?
— Numer 46 jest wolny. Po drugiej stronie dziedzińca, budynek na lewo. Czeka na ciebie wiadomość od Sabula. Prosi, żebyś z samego rana zajrzał do niego do dziekanatu fizyki.
— Dzięki! — rzucił Szevek i wymachując bagażem, paltem i zapasową parą butów, ruszył przez rozległy brukowany dziedziniec.
W otaczających czworobok dziedzińca pokojach paliły się światła.
Dobiegł Szeveka gwar, świadczący o obecności ludzi wśród ciszy.
Coś poruszyło się w czystym, rześkim powietrzu miejskiej nocy — zapowiedź jakiejś niespodzianki, obietnicy.
Pora kolacji jeszcze nie minęła, zboczył więc do instytutowej stołówki, aby się przekonać, czy nie znajdzie się tam jeszcze dla niego coś do przekąszenia. Stwierdził, że jego imię umieszczono już na stałej liście, jedzenie zaś okazało się wyborne. Podawano nawet deser — smażone w cukrze owoce. Szevek uwielbiał słodycze, a ponieważ był jednym z ostatnich stołowników, owoców zaś zostało pod dostatkiem, wziął sobie dokładkę. Siedział sam przy małym stoliku. Przy sąsiednich, większych stołach grupki młodych ludzi toczyły rozmowy nad pustymi talerzami; dotarły do niego strzępki dyskusji o zachowaniu się argonu w ekstremalnie niskich temperaturach, o zachowaniu się nauczyciela chemii na kolokwium, o przypuszczalnych zakrzywieniach czasu. Kilka osób zerknęło w jego stronę; nie podeszli jednak i nie zagadnęli go, co uczyniliby zaraz ludzie z mniejszej wspólnoty na widok nieznajomego; ich spojrzenia nie były nieprzyjazne, może z lekka wyzywające.